Czy ten rok był udany? Czy udało mi się zrobić wszystko co zamierzyłam? Czy przyszły będzie lepszy? Co mi się przytrafi? To tylko nieliczne z pytań, które zadaje sobie każdy, gdy zbliża się Nowy Rok.
***
Jak co roku, trzydziestego grudnia wszyscy piłkarze FC Barcelony goszczą na stadionie i razem spędzają przedostatni dzień roku. To już taka Katalońska tradycja. Wszyscy wraz z osobami towarzyszącymi jedzą wspólny obiad i podsumuwują zeszły rok. Ale nie jest to zwykłe spotkanie w dresie. O nie! Na nim każdy chce wyglądać najlepiej jak może. Nie jest to tylko miłe dla nich samych, ale także dla innych. Fajnie jest zobaczyć Barcelonistas w garniturach, a nie tylko w dresie...
Wyglądają naprawdę elegancko.
***
-Cieszę się, że ze mną pojechałaś.
Powiedział Alexis kierując się na stadion.
-No wiesz... Co by pomyśleli, gdybyś zjawił się sam? Przecież jesteś Wielki Sanchez. Nie możesz być samotny.
-Prawda. Mówiłem ci, że ślicznie Ci w tej sukience?
Mówił spoglądając na Dianę.
-Nie słodź, nie słodź.
Diana zaczęła zauważać, że dzieje się z nią coś niedobrego... Zawsze Alexisa traktowała jak kumpla, nigdy nie pomyślała, że mogą być kimś więcej. Dobra, raz tak pomyślała, ale to było na samym początku znajomości, teraz to co innego. Teraz każde słowo, każde zdanie, które chce powiedzieć w obecności Alexisa, zastanawia się nad nim dwa razy. Nie chce się zbłaźnić. Teraz każdy komplement od niego przyjmuje inaczej, bardziej się nad nim zastanawia i zostaje on głęboko w jej sercu. Czy ona się w nim zakochała?
Minęło kilkanaście minut i już byli pod stadionem. Spotkanie zaczynało się o szesnastej. Mieli jeszcze kilka minut, które postanowili wykorzystać na spacer po murawie. Nie byli jedyni. Po trawie chodziło jeszcze kilka osób.
-Co zazwyczaj robicie na takich spotkaniach?
Spytała Diana.
-Wiesz... Najpierw trener podsumuwywuje cały miniony rok, mówi swoje założenia na następny i składa nam życzenia. Później jest wspólny obiad. Rozmowy, śmiechy... Jak wszystko dobrze idzie, to są też tańce. Rok temu to było dopiero coś... Wyobrażasz sobie Fabregasa i Albę tańczących razem na stole? Może w tym roku będzie powtórka...
Kończąc mówić weszli na umówioną salę. Zajęli pusty jeszcze stolik i czekali na przyjaciół. Po kilku minutach sześciu osobowy stolik był już zajęty. Diana z Alexisem, Shakira z Gerardem i Alba z Thiago. Tak Thiago.
Gdy po ponad półgodzinnej przemowie trener Villanova życzył wszystkim wielu sukcesów można było zabrać się za obiad.
-Diana...
Zaczęła Shakira siedząca obok brunetki.
-Od dawna jesteś w Alexisem?
-Co proszę?! Nie jesteśmy razem! Dlaczego wszyscy tak sądzą?
Spytała. Na szczęście nikt inny nie usłyszał pytania Shakiry, gdyż wszyscy zajęci byli sprzeczaniem się jaka gwiazda dostanie w tym roku Oskara.
-Nie? Ale wyglądacie... Dobra. Nie będę się wtrącała. Chyba, że chcesz mi opowiedzieć o tym co jest, a czego nie ma między wami?
Powiedziała i w komiczny sposób poruszyła brwiami.
-Nie chcę. Lepiej ty opowiedz mi o tym, co siedzi w Twoim brzuszku. Mogę dotknąć?
Spytała i już po chwili trzymała rękę na brzuchu Isabel. Nic specjalnego nie poczuła, ale widziała uśmiech na twarzy przyszłej matki.
-To będzie chłopiec. Nie mamy jeszcze imienia, ale jest kilka opcji. Już niedługo się zobaczymy kochanie.
Powiedziała i pogłaskała się po brzuchu.
-Już mu zazdroszczę. Mieć takich wspaniałych rodziców to czysta przyjemność.
Rozmowy trwały długo. Tak samo jak długo nic się nie działo. Ogólnie rzecz ujmując to nic się nie działo. Przez cztery godziny jedli i rozmawiali. Na co innego mogła liczyć, skoro wokół nich było pełno prezesów i dyrektorów...
Gdy po godzinie dwudziestej pierwszej większość z Barcelonistas były już w domu Diana szukała swojego buta...
-Alexis! Gdzieś ty go schował?
Spytała poirytowana całą sytuacją. Ściągnęła buty na chwilę, by nogi odpoczęły. Teraz została z jednym.
-Ja nie wiem. Nie gustuje w takich butach. Wole trampki.
-Alex... No proszę Cię... Jak ja pójdę do domu?
-Nie mam go! Spytaj kogoś innego.
-Alex...
Spytała i popatrzyła na niego wzrokiem skrzywdzonego pieska.
-Już nie rób takich maślanych oczek. Dałbym Ci go, ale nie mam.
-Naprawdę?
Spytała, gdy już opuściła ją nadzieja.
-Tak.
-To kto go ma?
-Nie mam pojęcia.
-Przecież nie będę szła na boso... Jest już zimno i daleko zaparkowałeś...
-Mam pewne rozwiązanie...
Powiedział i podszedł do dziewczyny. Szybkim, zwinnym ruchem ręki wziął ją na ręce i powoli zaczął kierować się do wyjścia. Wyobrażacie sobie jak musiała się czuć? Prawda, zna go już ponad pół roku, są dobrymi przyjaciółmi, ale przecież to nadal boski Sanchez. Sanchez, o którym rok temu tylko marzyła, a dziś on ją nosi na rękach. Dokładnie słyszy jego oddech na swojej szyi i czuje bicie jego serca. Serca, które tak bardzo chciała mieć dla siebie.
-Mam nadzieję, że jutrzejszego sylwestra spędzisz z nami?
Spytał otwierając drzwi od mieszkania.
-A zapraszacie mnie?
-Diano. Ty już nie jesteś obca. Jesteś jedną z nas. Jesteś naszą przyjaciółką. A przyjaciół traktujemy jak rodzinę. Nie musisz uprzedzać jak chcesz przyjść. Ba! Nie musisz nawet dzwonić jak przychodzisz. Zawsze tam gdzie my tam i ty. Nie jesteś sama. Nigdy nie będziesz sama. Zapamiętaj to. Chcę, żebyś przyszły rok zaczęła z nami. Chcę, żebyś cały następny rok była z nami.
-Naprawdę? Jestem dla was ważna?
-Jeszcze się pytasz? W naszym Hiszpańskim życiu jesteś najważniejszą kobietą. Chyba zdążyłaś to zauważyć.
Nikt jej takich słów nie mówił. Czuła się wyjątkowa i doceniana. W głębi serca chciała to usłyszeć. Do pełnego spełnienia brakowało tylko ust Alexisa. Ust na jej ustach.
-Jesteś jak siostra. Młodsza siostra, którą trzeba się zajmować.
Chyba się przeliczyła. Siostra? Ona nie chce być siostrą!
-Siostra... Tak...
-Powiedziałem coś źle?
Spytał natychmiast Alex, który zauważył nagłe pogorszenie nastroju "siostry".
-Nie. Wszystko powiedziałeś idealnie. Jestem po prostu zmęczona. Do jutra.
Powiedziała i zniknęła za drzwiami. ~Baby są jakieś inne...~ Pomyślał i wszedł do mieszkania. Nathan, który przedostatni dzień w roku postanowił przeznaczyć na sprzątanie w szafkach, tak się zmęczył, że leżał na podłodze otoczony stertą ciuchów i śpiewał sobie pod nosem.
-Ty się dobrze czujesz?
Spytał ściągając krawat i widząc brata na podłodze śpiewającego "I'm sexy and I know It!".
-Nie. Nie ogarniam tych ciuchów. Wychodzą mi takie jakieś krzywe jak je składam...
Powiedział zrezygnowany.
-No, ja ci nie pomogę. Sam tego nie umiem.
-I mam je tak zostawić?
-Noo, to Twój pokój i Twoje ciuchy. Rób co chcesz.
Powiedział i poszedł do łazienki się odświeżyć.
-Rób co chcesz...
Powtórzył i zaczął śpiewać dalej.
***
Najczęściej poruszają nas te słowa, które ktoś wypowiedział niechcący, mimochodem. Nie o tym myślał, nie o to mu chodziło, ale właśnie to trafiło... Ale żyjąc wspomnieniami nie zmienimy przeszłości. Nawet jeśli nie wiadomo jak trudne by to było trzeba zaprzestać. Tracimy wtedy tylko cenny czas, który możemy wykorzystać na stawianie nowych kroków. Kroków do przodu. Nigdy nie wiadomo jaka przyjdzie następna karta. Czy będzie to miłość czy choroba. Trzeba brać życie takim jakie jest i sprawić, by liczył się każdy dzień. Żyjąc przeszłością, nie zmienimy przyszłości. Trzeba dbać o jak najlepszą teraźniejszość, by nie tkwić w miejscu.
Każdy chciałby obudzić się, zaparzyć kawę do dwóch kubków i jeść śniadanie ze świadomością, że obok jego szczęście cicho śpi. Tylko czy to szczęście pojmie kim jest zanim będzie za późno...
***
Ta niewiedza, ta nie moc, ta nicość. To coś zbudziło ją ze snu. "Siostra" to słowa tkwiło w jej głowie to teraz. Może tak musi być? Może oni nie są dla siebie? Czy dalej ma się łudzić? Czy próbować?
Wchodząc do kuchni zobaczyła Ricardo, który pakował ciuchy do torby.
-Wyjeżdżasz gdzieś?
Spytała jeszcze zaspana.
-Tak. Może i jestem stary, ale nie mam zamiaru spędzać sylwestra samotnie.
-Dziadku, przecież ja jestem.
-Disiu... Przecież wiem, że nie chcesz spędzać tego dnia z dziadkiem. Już na pewno Alexis coś szykuje. O mnie się nie martw. Jadę do mojego dobrego znajomego pod Madryt. Po za tym mam z nim sprawy do obgadania.
-A jak długo Cię nie będzie?
-No, myślę, że z tydzień do przynajmniej.
-Ile? To niezła balanga się szykuje...
-Diana. Nie balanga, tylko sprawy biznesowe.
-Tak, tak. To baw się dobrze.
-Ty również Disiu.
Powiedział i całując wnuczkę w czoło wyszedł z mieszkania. Została sama. Sama ze swoimi dręczącymi myślami.
Po śniadaniu i doprowadzeniu siebie do porządku postanowiła porozmawiać z Alexisem. Nie mogła tak dłużej żyć. Sama nie widziała co czuje. A to chyba najgorszy stan.
Tak jak powiedział, weszła do mieszkania jak do siebie. Nieuniknione było usłyszenie śpiewu Nathana i tańców do tego bełkotu.
Wyglądali przezabawnie. Nathan siedział na blacie kuchennym z gitarą i śpiewał skoczne piosenki, a Alexis wywijał tyłkiem na prawo i lewo w rytm słów brata.
Nie zraził się nawet widząc stojącą w drzwiach Dianę. Wręcz przeciwnie. Podbiegł do niej i chwytając ją za ręce zaczął tańczyć razem z nią.
-Alex! Puść mnie!
-No co? Trzeba się rozgrzać przed wieczorem!
Powiedział śmiejąc się.
-Alex..
Odpuścił. Widział, że nie jest w humorze. Chyba nie dało się tego nie zauważyć. Szczerze, to nawet nie chciała tego ukrywać.
-Stało się coś?
Zaczął Nathan odkładając gitarę.
Nie odpowiedziała.
-Jadłaś śniadanie?
Spytał na rozluźnienie Alex.
-Ty, jest już po trzynastej. Chyba pora na obiad.
-Faktycznie... Jak ten czas leci...
Powiedział kładąc się na kanapę.
-To chcecie obiad? Zaraz coś ugotuję.
-Nie, to nie jest konieczne. Poleż sobie.
Chciała porozmawiać. A została sama w kuchni. Nathan wrócił do składania ciuchów, a Alexis rozkoszował się chwilą odpoczynku, która nie trwała długo.
-Alexis, chciałam porozmawiać.
Powiedziała Diana siadając w nogach Alexisa.
-Stało się coś?
-Chyba tak... Bo ja...
-No, wyduś to z siebie.
-Bo ja...
-Matko Katalońska! Zapomniałem!
Krzyknął jakby co najmniej zobaczył ducha zmarłej babki. Zaraz po jego krzykach w pośpiechu założył na siebie spodnie i zmienił koszulkę. W tym momencie po Sanchezie nie było już śladu. Zniknął.
-Gdzie on tak pobiegł?
Usłyszała z pokoju, do którego od razu poszła.
-Nie wiem. Co ty robisz?
Spytała widząc to "coś" co robił Nathan.
-Umieram. Tego nie da się złożyć. Te ciuchy to wymysł szatana!
Powiedział i rzucił ciuchy na podłogę.
-Daj to ciamajdo...
Powiedziała i zaczęła składać koszulkę.
-Jak ty to zrobiłaś?
Powiedział zdziwiony widząc idealnie złożoną koszulkę.
-Jestem córką szataana!
Złożyła jeszcze kilka ciuchów i przyszła pora na Sancheza. Oj, nie umie tego chłopak...
-Pomogę Ci.
Powiedziała i złapała chłopaka za ręce.
Z jej pomocą szło mu to dużo lepiej. Przyjaciele? Tego tak bym nie powiedziała... Oboje poczuli się nieswojo, gdy ich ręce się zetknęły. Jakby stresowali się swoją obecnością...
-I widzisz? Udało się.
Powiedziała i usiadła nieco dalej.
-Ledwo, ale udało.
I znów wszystko wróciło do porządku dziennego. Rozmawiali normalnie, bez stresu. Tylko ten dotyk...
-I jak z dzisiejszym wieczorem? Mnie dziadek zostawił samą, mówił, że wy się mną zajmiecie.
Spytała, gdy ciuchy złożone leżały już w szafie, a oni sami oglądali telewizję.
-Możesz nie przetrwać sylwestra z nami... Ja ledwo zeszłorocznego przeżyłem. Pierwszy z piłkarzami z Barcy... Działo się, działo... Jesteś na to gotowa?
-W stu procentach!
-To już Twój wybór.
-Ale... to będzie tutaj?
Spytała niepewnie.
-No co ty! Ja chce jeszcze mieć mieszkanie! Zresztą już nie na długo...
-Nie na długo? Zostawiacie mnie?
Powiedziała smutno.
-Niestety. To mieszkanie jest za małe. Alexis chce czegoś większego. Chce być bliżej kolegów.
-Rozumiem. To gdzie będzie ta impreza?
-U Cesca. Z tego co mi Alexis mówił.
-I ta jego Daniella się zgodziła? Z tego co pamiętam nie wygląda na miłą...
-No co ty! Jest spoko. Zobaczysz.
***
Kobieta płeć piękna i niepowtarzalna. Szczególnie w tą ostatnią w roku noc. Każda, każda bez wyjątku chce czuć się wtedy piękna, atrakcyjna. A co z tym idzie, pełno czasu musi przesiedzieć w łazience, by doprowadzić się do pożądanego wyglądu. Ale efekt jest zniewalający.
Diana nie należała do kobiet, które ślęczą dniami i nocami przed lusterkiem. Ona miała tyle dobrze, że bez makijażu i drogich ubrań podobała się innym. Była po prostu bardzo ładna. Ale w sylwestrową noc chciała wyglądać zniewalająco. Udało jej się to. Alexis i Nathan, przez całą drogę do domu Cesca nie mogli oderwać od niej wzroku. A, że siedzieli obok, mogli w spokoju przyglądać się temu "dziełu" nie przejmując się niczym.
Gdy po kilku dziesięciu minutach byli pod domem Cesca usłyszeli głośnie "gool" dochodzące z salonu. Dlaczego mnie to nie dziwi?
-Cześć!
Powiedział Alexis tuż przy wejściu. W salonie siedzieli Messi, gospodarz domu i syn Danielli- Joseph, którzy grali w Fifę.
-Sanchi! Cześć, siadaj zagrasz z nami.
Powiedział Messi i podał pada Alexisowi, który nie myśląc od razu się przyłączył.~No to świetnie się zaczyna...~ Przemknęło przez myśli Dianie. Gdy Nathan przyłączył się do chłopaków, jedyna dziewczyna w tym towarzystwie postanowiła poszukać kogoś tej samej płci. Gdy chodziła po wielkim domu, usłyszała śmiechy z pokoju gościnnego na piętrze. Nie zastanawiając się weszła do środka. Na łóżku leżała Daniella ze swoją córką i partnerka Messiego z synem. Na co ona brała kilkumiesięczne dziecko na imprezę z przyjaciółmi? No cóż, ona się będzie nim zajmowała...
-Cześć... Nie przeszkadzam?
Powiedziała na wejściu nieco speszona.
-Diana! Cześć. Miło, że przyszłaś.
Powiedziała Antonella, która karmiła dziecko. Nie czekając długo usiadła obok kobiety i przyglądała się dziecku.
-Przyszłaś z Sanchezami?
Spytała Daniella.
-Tak. Z obojgiem.
Odpowiedziała.
-To fajnie! Uwielbiam Alexisa. Jest tak zabawny i miły. Po prostu idealny kumpel.
Dopowiedziała Rocuzzo.
-Tak, kumpel...
***
Około godziny dwudziestej pierwszej zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Na szczęście (lub też nie) Daniella i Antonella postanowiły spędzić sylwestra w cichym i spokojnym miejscu razem z dziećmi. Przyłączyła się do nich Shakira i Patricia, które do porodu miały coraz bliżej. Można powiedzieć, że otworzyły przedszkole, gdyż we czworo opiekowały się ponad dziesiątką dzieci. Szczerze, kto by chciał mieć takiego sylwestra? Ale nie ma się co dziwić... Przynajmniej Iniesta, Valdes, Pinto i Alves nie musieli martwić się o dzieci. Opiekę miały wyborną.
-Nathan, widziałeś Alexisa?
Spytała Diana, gdy dokopała się do Sancheza, który leżał gdzieś w łóżku Fabregasa, a może to nie było jego łóżko?
-Kręcił z jakąś dziewczyną w kuchni... Ale nie jestem pewien.
Poszła sprawdzić. Gdy weszła, jej oczom ukazał się Alexis w objęciach pięknej blondynki. I jakby całe zauroczenie Alexisem pękło. Niczym bańka mydlana. Widząc go całującego się z zupełnie obcą dziewczyną, zdała sobie sprawę, że on nie jest dla niej. Zdała sobie sprawę, że całe to zauroczenie to jedna wielka pomyłka. On jest pomyłką? A może tak jej się tylko wydawało? W jej małej, niczego nieświadomej główce uroiła się myśl, że nie jest odpowiednia dla niego. Nie ma co nawet marzyć. Lepiej będzie jak zapomni. Ale czy to będzie łatwe?
-Cześć Diana! Która godzina?
Spytał gdyby nigdy nic.
-Po dwudziestej drugiej kilka minut. Nie przeszkadzajcie sobie.
Wyszła. Każda normalna dziewczyna w takiej sytuacji załamała by się. Przez kilka lat, ten człowiek jest twoim idolem. Mieszkasz z nim. Zaprzyjaźniasz. Z czasem zauroczysz się tą osobą. Gdy już chcesz mu wszystko powiedzieć, on obściskuje się z kimś innym... Znajome? Nigdy nie dowiesz się jak bardzo lubisz daną osobę, dopóki nie zobaczysz jej lubiącej kogoś innego...
W salonie to był dopiero syf! Kilku chłopaków i ich dziewczyny grali w rozbieranego pokera, więc większość z nich siedziała prawie naga. Inni, ubrani leżeli, tańczyli lub spali w różnych miejscach domu.
-No dajesz Anna, ściągaj bluzeczkę!
Powiedział zadowolony Pique, gdy Anna przegrała kolejkę.
-Czy ty aby Gerard nie zapędziłeś się?
Spytał zazdrosny mąż przegranej.
-Takie są zasady.
Anna nie wyglądała na speszoną. Ochoczo ściągnęła bluzkę i zaczęła grać dalej.
-Co tak sam siedzisz?
Spytała i usiadła obok Villi przy basenie.
-A rozmyślam nad minionym rokiem...
-Mogę się przyłączyć?
Spytała i ujrzała rękę Villi klepiącą wolne miejsce obok niego.
-Ehh...
Zaczął.
-Piękną mamy dziś noc, prawda?
-Prawda.
Odpowiedziała i spojrzała na gwieździste niebo.
-Ten rok nie był moim ulubionym... Mało bramek, problemy rodzinne...
Zaczął. Kto by pomyślał, że David Villa, wielki hiszpański napastnik otworzy się przed niemal obcą osobą.
-Na pewno nie miałeś tak źle jak ja... Nikt nie ma tak źle jak ja. Ty w porównaniu do mnie masz idealne życie. Dom, praca, żona dwie córki i jeszcze syn w drodze... Czego chcieć więcej?
-Ja nie narzekam na moje życie. Ale też nie uważam jego za najwspanialsze.
-Nikt nie ma wspaniałego życia. Wtedy nie byłoby ciekawie. Problemy, upadki i kłopoty są potrzebne. Bez tego życie nie byłoby życiem.
-Ty chyba musiałaś dużo przejść...
-Szczególnie w tym roku. Zaczęło się błahostką. Zerwanie z chłopakiem. Później było już coraz gorzej. Choroba przyjaciółki, brak jakiejkolwiek pracy, aż w końcu śmierć rodziców i siostry.
Nic nie mówił. Siedział i wpatrywał się w zaszklone oczy dziewczyny.
-Zginęli w połowie marca w wypadku samochodowym. Jechali obejrzeć moje nowe mieszkanie. Nie dojechali... To moja wina. To ja naciskałam, żeby przyjechali.
-Nie mów tak! Nie mogłaś tego przewidzieć. To nie ty jesteś winna. Zapamiętaj to!
-David, ja nie umiem. To jest silniejsze ode mnie. I jeszcze jakby tego było mało nie miałam pieniędzy na nic. Dom rodziców musiałam sprzedać, żeby spłacić długi. Nie miałam za co żyć. Ba! Nawet nie miałam gdzie żyć. Na szczęście został mi jeszcze dziadek. Nie wiem co bym zrobiła jakby go zabrakło...
-Ricardo do świetny człowiek. Nie dziwie się, że jest dla Ciebie ważny.
-Tylko on mi został...
***
-Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Nowy Rook!
Wybrzmiało w domu Fabregasa i w całej Europie.
Doczekali się. Mamy 2013 rok. Oby był dobry i łaskawy dla wszystkich. Oby ta 13 nie okazała się pechowa. I żeby Barcelona wygrała Ligę Mistrzów i Ligę Hiszpańską!
-Wszystkiego najlepszego!
Zaczęły się życzenia. Każdy z każdym. A w Hiszpanii czy to na powitanie, czy pożegnanie całuje się bardzo dużo. Tak też było i w sylwestra.
-Dianuś moja!
Usłyszała zza swoich pleców i już była obcałowywana przez Alexisa.
-I żebyś...
Pocałunek w prawy policzek.
-Nigdy...
Pocałunek w lewy policzek.
-Nie wyjeżdżała...
Znowu prawy.
-Z Hiszpanii!
I znów lewy.
-Tak, Tobie też wszystkiego najlepszego.
Odszedł bardzo, ale to bardzo chwiejnym krokiem.
-Dianka! Gdzieś ty się podziewała!
Wrzeszczał Nathan na całe podwórko i biegł do dziewczyny.
Jak to on, od razu chciał się całować.
-Wszystkiego...
Zaczął całując dziewczynę w policzki. Coś się nie zgrało. Tak łapczywie chciał całować, że zamiast w policzki, całował prosto w usta. Jakby nie było pierwszy pocałunek. Może i z zaskoczenia dla obu stron, ale zawsze.
Gdy zorientował się, że zamiast w policzek, całuje w usta, było już za późno. Rozpłynęli się w namiętnym, długim pocałunku. Najwspanialsze momenty w życiu człowieka to te, w którym zaciera się granica między światem marzeń, a rzeczywistością.
Poznajemy tysiąc ludzi i nikt nas nie wzrusza. Aż w końcu pojawia się jedna, odpowiednia, która odmienia nasze życie. Bezpowrotnie. Czasami osoba, od której niczego nie oczekujesz, staje się osobą bez której nie możesz się obejść. Od teraz nic już nie będzie tak jak dawniej...
-Ojć... Przepraszam...
Powiedział, gdy oderwała swoje usta od jego. Nie usłyszał odpowiedzi. Ujrzał tylko uśmiech i rumieńce na jej twarzy.
Odeszła. Zniknęła za rogiem budynku.
-Stało się coś?
Spytała Anna widząc przerażoną minę Diany.
-Nie. Wszystko w porządku.
-To dobrze, chodź się napić za nowy rok!
I się zaczęło. Jak do północy prawie nic nie piła, tak teraz zalała się całkowicie.
-Valdes! Valdes! Valdes!
Rozbrzmiało w całym domy, gdy kompletnie pijany Victor wszedł na stół i zaczął ściągać ubranie. Wkrótce po tym stał i tańczył kompletnie nagi, co nie spodobało się jego żonie.
-Victor! Baranie ty! Złaź tu i ubieraj się!
Krzyknęła i ściągnęła ze stołu męża podając mu ubranie.
Diana już całkiem nie wiedziała co robi. Alkohol uderzył jej do głowy aż tak, że była zdolna do wszystkiego.
-Cześć Nathan.
Powiedziała i usiadła obok chłopaka na kanapie.
-Diana, coś ty ze sobą zrobiła?
Spytał widząc kompletnie pijaną brunetkę.
-Nathan...
Udało jej się tylko wyjąkać i zaczęła dobierać się do Sancheza. Siedząc okrakiem na jego kolanach zaczęła go całować.
-Diana!
Próbował protestować. Ale chłopak, to chłopak. Uwielbia takie sytuacje, dziewczyny są wtedy łatwiejsze.
-Zabierz mnie na górę...
Powiedziała mu do ucha. Nie czekał długo. Wziął dziewczynę na ręce i położył do łóżka w pierwszym wolnym pokoju. Zostawił ją tylko na chwilę. Chciał zamknąć drzwi. Gdy usiadł obok leżącej Diany, zorientował się, że ta zasnęła.~Świetnie.~ .
Około godziny szóstej nad ranem Barcelonistas spali. Nareszcie można było usłyszeć własne myśli. Przez całą noc było tu tak głośno, że dziwię się, że żaden sąsiad nie zadzwonił na policję. Fakt. Wszyscy sąsiedzi Fabsa byli u niego w domu. To była świetna impreza.
***
Przypadkowa znajomość czasem potrafi dać nam więcej szczęścia niż ta, na którą czekaliśmy z utęsknieniem. Czasem przez przypadek poznajemy osobę, która stanie się dla nas wszystkim. Wszystko co dzieje się przez przypadek jest niesamowite. Niepowtarzalne. Przypadkowe. Czujemy większe szczęście jeśli coś dostaniemy niespodziewanie. Oni dla siebie byli niespodzianką. Jakże wspaniałą niespodzianką...
Obudziła się z różnicowanym nastrojem. Z jednej strony ból głowy dawał się we znaki, a z drugiej czuła się wspaniale leżąc na Nathanie. Nim zorientowała się co tak naprawdę robi, było już za późno.
-Cześć Diana...
Usłyszała zza swojej głowy. Niepewnie spojrzała na tę osobę.
-Nathan. Co ty tu robisz? Czemu śpimy razem?
Spytała przestraszona i szybko podniosła swoją głowę z klatki piersiowej chłopaka.
-Nie pamiętasz? Nic?
-A jest coś do pamiętania? Auł, musiałam dużo wypić, wszystko mnie boli.
Łapiąc się za głowę znów się położyła.
-Diana, nic nie pamiętasz?
-Nathan, nie. Ostatnie co pamiętam to kąpiel z Jordim w basenie i te dzikie tańce ze wszystkimi. Aa! I to dziwne coś co Alves miał na sobie...
-To pamiętasz, a tego nie pamiętasz?
-Czego? Stało się coś wczoraj?
-Nie, nic.
Zrezygnował, ale ona nie.
-No przecież widzę. Co się wczoraj stało?
Musiał szybko coś wymyślić.
-Alexis zepsuł telefon...
-I to było takie straszne?
-Tylko, że to Twój telefon.
-Co?! Jak?
-Wpadł mu do basenu.
To była prawda. Nawet nie musiał kłamać.
-Już ja mu pokaże...
Wyszła z pokoju. Jako, że było już około czternastej większość poszła żyć swoim życiem w nowym roku, a kilku siedziało w salonie i rozmawiało.
-Fabs sorry za ten telewizor... Ja nie wiedziałem co robię. Odkupię Ci go...
Mówił Alexis patrząc na potłuczony telewizor, który leżał na podłodze.
-Dobra, tylko, że ma mieć co najmniej 50 cali.
-Dobra, dobra, tylko nie mów Danielli. Już i tak za mną nie przepada...
-Alex! Psujo ty!
Krzyknęła Diana widząc Alexisa.
-Że ja?!
-Tak! A kto mi telefon zepsuł?
-Że ja?!
-Sanchez!
-Że ja?!
-Awwr!
Warknęła i poszła znów na górę.
-Ktoś wie o co jej chodzi?
Spytał psuja.
-O jakiś telefon.
Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął połamany i zalany telefon.
-Ożesz ty...
Dopowiedział.
-Ta, nie dość, że kupujesz mi telewizor, to jeszcze Dianie telefon.
***
Normalne jest to, że nie pamięta się kilku rzeczy, gdy się coś wypije. Ale żeby nie pamiętać pocałunku? Można mieć, aż tak słabą pamięć?
-Co ty taki przybity chodzisz?
Spytał Alexis widząc smutnego brata.
Czas po sylwestrowy to czas na regeneracje. A na to najlepszy jest odpoczynek.
-Jak cię głowa boli to weź tabletkę.
-Nie, nie wypiłem tak dużo. Alex, mogę cię o coś spytać?
-Wal śmiało.
-Pamiętasz dzisiejszą noc?
-Coś tam pamiętam. Chodzi Ci pewnie o tą brunetkę, z którą się całowałeś?
Zamurowało go.
-Widziałeś to?
-Chyba każdy to widział. Pewnie nie pamiętasz co to za dziewczyna, ja Ci w tym nie pomogę, bo sam niewiele widziałem.
-Ja wiem kto to.
-Tak? To o co chodzi? Kto to jest?
-Chodzi o to, że ona tego nie pamięta...
-To żeś się załatwił... A kto to jest? Znam ją?
-Znasz...
-No więc?
-To... Diana...
-HaHa! Co?!
Krzyknął zdziwiony.
-No Diana. Z naprzeciwka...
-Chyba sobie żartujesz?
Długo trwało przekonywanie Alexisa, że to co mówi Nathan to prawda.
-Kochasz ją?
Nie usłyszał odpowiedzi.
-Zależy ci na niej?
Powtórka z rozrywki.
-To na co czekasz? Idź jej to powiedz.
-Nie... To skomplikowane...
-Miłość nie jest skomplikowana. To ludzie ją komplikują... Nathan! Co ty tu jeszcze robisz? Idź do niej!
-To zły pomysł...
-W takim razie ja pójdę.
Nie dał mu czasu na odpowiedź. Wybiegł z domu zamykając za sobą drzwi na klucz, by Nathan mu nie przeszkodził.
-Diana!
Krzyknął wchodząc do mieszkania na przeciwko.
-Jestem w pokoju.
Poszedł za głosem.
-Cześć. Jak tam? Jak pierwszy dzień w nowym roku? Jakie plany na jutro? Pamiętasz pocałunek z Nathanem? Idziesz ze mną do sklepu? Potrzebuje baterie.
Mówił niczym opętany siadając obok Diany.
-Co? Co powiedziałeś?
Spytała zdziwiona.
-Pytam się czy pójdziesz ze mną do sklepu...
-Nie, nie to.
-Baterie chce kupić...
-Alex! Wiesz o co mi chodzi. Co ty mówiłeś o Nathanie?
-A co usłyszałaś?
-Ja się z nim całowałam?
-No, taka jest jego wersja.
Zamurowało ją. Nie chciała więcej z nim rozmawiać. Chciała zostać sama. Gdy Alex wrócił do brata, ona rozmyślała nad wszystkim.
~Ja i Nathan?~ Tylko o tym myślała. Gdy sama już nie wiedziała co o tym myśleć, nagle ją oświeciło! Przypomniała sobie wszystko. Przypomniała sobie jak wspaniale się czuła z Nathanem. Jej udrękę przerwało stukanie do drzwi.
-Nathan... Wejdź.
Powiedziała, gdy ujrzała chłopaka przed drzwiami.
-Przepraszam, że tak późno, ale musimy porozmawiać.
Usiedli obok siebie. Przez dłuższą chwilę, panowała grobowa cisza. Nikt nie chciał, albo raczej nie umiał jej przerwać.
-I jak tam po sylwestrze? Głowa boli?
Zaczęła Diana widząc zakłopotanie na twarzy Nathana.
-Nie. Nie wypiłem aż tak dużo, nie to co ty...
-Ja dużo? Prawie wszystko pamiętam, więc nie było tak źle.
-No właśnie nie wszystko...
-O czym chciałeś porozmawiać?
-Diana, bo...
Widziała, że to dla niego bardzo trudne. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. Nie mógł wydukać z siebie ani jednego słowa, to do niego nie podobne. On sam nie wiedział co się z nim dzieje. Pierwszy raz, nie mógł nic powiedzieć w obecności dziewczyny. Ale jakiej dziewczyny...
-Wiem. Alexis mi wszystko powiedział.
Powiedziała niepewnie.
-Co?!
-Ty byś do rana kręcił... Więc co mi chcesz powiedzieć?
-Bo ja...
-Natt! Jesteś facetem czy nie? Zachowujesz się jak baba! Gadasz w kółko to samo! Nie poznaje Cię! Zachowujesz się jak ciota.
Wykrzyczała na niego.
-Powiedz mi co chcesz powiedzieć, a nie się jąkasz!
Dokrzyczała. Nie musiała długo czekać na odpowiedź ze strony Sancheza. Ale nie ujął tego w słowa. Niczym lew, lew już pewny swego rzucił się na Dianę. Zaczął ją namiętnie i zachłannie całować. Chciał, żeby to trwało wiecznie.
-Nathan! Co ty robisz?
Wykrzyczała odrywając się od chłopaka.
-Ja myślałem...
-To już lepiej nie myśl! Wyjdź stąd!
Krzyknęła. Nie wiedział co się stało. Dlaczego ona tak się zachowała? Co z nim jest nie tak? Nic nie powiedział. Wyszedł. Wyszedł bez najmniejszego pożegnania. I tak zrobił już za dużo...
Uszanuj fakt, że czyjeś serce dla Ciebie bije...
poniedziałek, 17 czerwca 2013
piątek, 14 czerwca 2013
14. Jedno życie w czterech miejscach.
Jak dobrze być w domu... Tak już jest, że jeśli wychowało się w jednym miejscu, to zawsze z chęcią będzie się tam wracało.
Gdy tylko wysiadła z samolotu wiedziała, że jest w domu. Zatłoczone lotnisko, pełno krzyczących ludzi i jeszcze śnieg za oknem. Polska!
Liczyła na wielki transparent na jej przylot. Coś w stylu "Witamy w domu Diana!" a tu nic. Nawet nie raczyli przyjść... Deja vu?
Jadąc zatłoczonym i brudnym autobusem mogła podziwiać biel za oknem. Kto by pomyślał, że w tym roku tyle go naleciało? Ale co to byłyby za święta bez śniegu?
Choć na dworze temperatura nie była wyższa niż minus dziesięć stopni, to czuła ciepło w sercu, gdy wchodziła do swojego dawnego mieszkania. Nawet nie przemknęło jej przez myśl, żeby pukać. Poza tym nadal miała klucze, a wiedziała, że ktoś jest w środku, bo słyszała śmiechy.
Otworzyła drzwi. Automatycznie wszystkie wspomnienia wróciły. Ale czuła, że to już nie jest jej dom...
Śmiechy dochodziły z sypialni Laury. Chcąc, lub nie chcąc otworzyła drzwi.
-Ups, przepraszam Lars...
Powiedziała widząc swoją przyjaciółkę w dwuznacznej sytuacji.
-Jezu, Diana! Ty już tu?
Powiedział chłopak.
-Filip? Ty? Laura?
Zamurowało ją. Musiała wyglądać naprawdę zabawnie stojąc z walizką w ręku, z buzią i oczami szeroko otwartymi.
Filip był najbardziej zaskoczony całą sytuacją. Ze skrępowania zaczął zakrywać się kołdrą. Laura nie mogła wytrzymać całej tej "dziwnej" sytuacji i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Więc już wiesz.
Powiedziała w między czasie.
Jak się później wszystko okazało, nowa przygoda tej dwójki trwała już ponad dwa miesiące. Czyli jednak twierdzenie "kto się czubi ten się lubi" sprawdza się w praktyce. Kto by pomyślał, że Malik i Sabkowska będą razem...
-Wy tak na poważnie? Czy tylko dla zabawy?
Spytała Diana jedząc obiad.
Popatrzyli po sobie. Żadne nie potrafiło podać odpowiedzi.
-Ja wam nigdy nie wybaczę, że mi nie powiedzieliście....
Powiedziała smutno.
-Nie gniewaj się... Nie chcieliśmy mówić Ci tego przez telefon...
Ale wymówkę wymyśliła...
***
-Jak ja za tym tęskniłam...
Mówiła, gdy płatki śniegu zdobiły jej ciało.
-Chyba nie wiesz co mówisz. Ja bym wolała, żeby tego cholerstwa nie było. Chciałabym mieć wieczne lato...
-To przeprowadźcie się od mnie...
-Do Hiszpanii?
Dopowiedział Filip.
-A dlaczego nie? Fajnie będzie.
Zapanowała niezręczna cisza. Żadne nie wiedziało co powiedzieć.
-No dobra, nie chcecie to trudno.
-Dianuś... My tu mamy swoje życie. Pracę, znajomych, rodzinę. Nie możemy tego wszystkiego zostawić.
-Dobra, nie było tematu.
Kroczyli dalej białym parkiem w pełni księżyca, gdy Filip poszedł po gorącą herbatę. Stojąc pod wielkim dębem, Laura wyciągnęła z kurtki pudełko.
-Taki mały prezent.
Powiedziała wręczając go Dianie.
-Żebyś nigdy nie zapomniała o naszej przyjaźni. Dopóki będziemy je miały przy sobie, nic nas nie rozłączy.
-Nawet kilometry.
Dopowiedziała Diana zapinając naszyjnik na szyi przyjaciółki.
Przyjaźń to coś niesamowitego, to nierozerwalna nić, która łączy ludzi. Łączy na zawsze. Nawet jeśli przechodzi ona trudne chwile i wydaje się, że nie będzie już tak jak dawniej, ona powraca silniejsza, dojrzalsza i twardsza. Po prostu lepsza. Bo nie ma przyjaźni idealnej. Każda musiała przejść przez większy lub mniejszy dołek. Każda musiała wycierpieć, by stać się niepokonana.
***
-Musisz już jutro wyjeżdżać?
Zaczął Filip leżąc głową na udach Diany.
-No muszę... Jeszcze nigdy nie miałam takich świąt. Ja w ogóle ich nie czuję... Cały czas jestem w drodze. Od Chile, aż po Polskę i Londyn... To nie są prawdziwe święta.
-Święta powinnaś spędzić z rodziną. Wypocząć.
-Ja je spędzam z rodziną. Nie moja wina, że mam ją na każdym krańcu świata. Wy tutaj, Alexis i Nathan w Chile, a dziadek w Londynie...
-Alexis to nie Twoja rodzina...
Dało się wyczuć, że Malik jest zazdrosny.
-Fifi, wiem... Ale jak jestem sama w Hiszpanii, to on mi ja zastępuję... Jest dla mnie jak brat...
-Brat?
Spytał oburzony.
-Z tego co pamiętam, przez ostatnie dwadzieścia lat, ja byłem Twoim bratem.
-Filip, to nie tak... Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
-Ale zabrzmiało.
Powiedział i zamknął się w pokoju.
-Diana, nie martw się...
Zaczęła Laura przytulając dziewczynę.
-Jemu Ciebie bardzo brakuję. Nawet przez sen słyszę, jak wypowiada Twoje imię... On nie może pogodzić się z tym, że Ciebie przy nim nie ma. On jest od Ciebie uzależniony.
-To musi chyba rzucić ten nałóg... Ja nie mogę tutaj zostać. Dziadek nie jest już taki młody...
-Zrobisz jak zechcesz, ale nie wyjeżdżaj będąc z nim pokłócona...
-Nie miałam takiego zamiaru.
Kończąc poszła do pokoju Filipa. Leżał na łóżku i patrzył w sufit...
-Fifi...
Zaczęła. Odwrócił się tyłem do niej.
-Ja nie chciałam... Ale zrozum mnie. Też się czuje dziwnie wiedząc, że jesteś z Laurą. Zawsze ja byłam dla Ciebie ważniejsza, ba! ty nawet z Laurą nie rozmawiałeś normalnie. Teraz jest inaczej. Ty ją kochasz. Ja zostałam w tyle. Czuję się tak samo jak ty. Ale ja nie robię z tego problemu. Cieszę się z Twojego szczęścia i chce tego samego od Ciebie...
Między ludźmi zdarzają się różne rzeczy. Ale najważniejsze to wyjaśnić, wybaczyć i iść dalej.
-Przepraszam. To nie jest tak, że zostałaś w tyle. Zawsze będziesz dla mnie osobą, dla której w jednym momencie rzuciłbym wszystko. Nie zapomnij o tym. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. Na zawsze.
Mówił patrząc na Dianę.
-Jesteśmy przyjaciółmi. Ty płaczesz, ja płaczę. Ty się śmiejesz, ja się śmieję. Ty skaczesz z mostu, ja biegnę po łódkę i ratuję twoją upośledzoną dupę!
Powiedziała i wtuliła się w ciepłe ciało Filipa.
-Co tu się wyprawia?
Wykrzyczała Laura widząc leżącą Dianę na Filipie.
-Kanaapka!
Krzyknęła znów i położyła się na plecach Diany.
-Laurra! Złaź!
Krzyknęła dziewczyna.
-Cichoo serze. Od dziś jesteś ser. Filip to bułka, a ja to sałata.
Cóż, pomysły to ta sałata miała, nie powiem.
***
-Wy dziś do rodziny swojej jedziecie?
-Tak. Już górale na mnie czekają. Oj, spiję się spiję...
Dodał Filip.
-To cóż, Wesołych świąt.
-Raczej Wesołego sylwestra, bo już prawie po świętach.
-Tylko, żebym we wrześniu nie została ciocią.
Podsumowała wszystko Diana podchodząc do drzwi samolotu.
Oboje popatrzyli po sobie i wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Do zobaczenia!
Usłyszała, gdy drzwi się zamykały.
-Filip, myślisz...
-Przestań, na co nam dziecko? My karierę robimy.
-Tak...
***
Londyn w porównaniu do Wrocławia, czy Barcelony to kompletnie obce miasto. Nie biorąc nawet pod uwagę wielkości, czy ilości ulic, ale ludzi. W Londynie nie ma bliskiej osoby, wszyscy tam są obcy. Owszem. Ma tam ciotkę, wuja i kuzynów, ale jak często ich widuje? Raz na dwa lata? Czy widząc kogoś tak "często" można poznać tą osobę? Też tak sądzę...
***
-Disiu! Tutaj!
Usłyszała wychodząc z samolotu znajmy głos.
Ricardo wraz z trojgiem dzieci stał z wielkim transparentem- "¿Quién estoy viendo? Bienvenido Disiu!" Ah, ten Ric...
-Cześć dziadku.
Powiedziała przytulając się do dziadka.
-Witaj Disiu. Możesz ich nie pamiętać. To są Emma, Rodger i Vanessa.
Mówił pokazując powoli troje dzieci. Kolejno w wieku trzynastu, dziesięciu i sześciu lat.
-Emme i Rodgera pamiętam. Gorzej z tą śliczną blondyneczką.
Powiedziała i pogłaskała po głowię słodką blondynkę z kucykami na głowie.
Najmłodsza córka Rica- Emanuella, mieszka w Londynie od piętnastu lat. Jest szczęśliwą żoną i matką. Nigdy nie przejawiała miłości do swojej drugiej ojczyzny- Hiszpanii. Jedyne co ją z nią łączy to imię i panieńskie nazwisko. Nawet jej pierwsza ojczyzna nie była tą, którą sobie wymarzyła. Spełnia się w Anglii. To tutaj zawsze chciała zamieszkać i wychowywać dzieci. Udało jej się to.
Państwo Litter mieszkają w niewielkim, dwupiętrowym domku na obrzeżach miasta. Miła, naturalna okolica w sam raz do wychowywania dzieci.
-Diana! Jak dobrze, że dotarłaś cała i zdrowa!
Powiedziała ciotka Emanuella. Wyglądała jak typowa hiszpanka. Ciemna karnacja, włosy, oczy. Była prześliczna. Dlaczego wstydziła się swojej drugiej ojczyzny? Dlaczego nie chciała być hiszpanką?
-Miło Cię znów widzieć.
Wydukała z siebie nie wiedząc co ma mówić. Ciotkę widzi tzreci raz w życiu. O czym ma z nią rozmawiać?
-Rozgość się. Emma pokaże Ci Twój pokój
-Chodź!
Dopowiedziała Emma ciągnąć kuzynkę za rękaw.
Pokój nie duży. Czegóż mogła się spodziewać w domu, w którym mieszka aktualnie siedem osób? I tak dobrze, że będzie spała sama.
-Kiedy się rozpakujesz, przyjdź na obiad.
-Dobrze.
Odpowiedziała i rozłożyła się na łóżku. Miała nadzieję, że w końcu odpocznie. Przecież tu nic nie musi. Nikt jej nie będzie siedział na głowie, nigdzie nie musi chodzić, nic robić. Tylko jeść i spać. Właściwie nic się nie pomyliła. Pierwszy(i ostatni) dzień w Londynie minął bardzo, ale to bardzo nudno. Tylko obiad, łóżko, kolacja łóżko.
-Hallo?
Odebrała leniwie telefon, który zapodział się gdzieś w torbie.
-...
-Tak. Wszystko w porządku. Wy już w Hiszpanii?
-...
-A kiedy wracacie?
-...
-Szkoda. Trochę będę się sama nudziła.
-...
-Wiem. Wszystko dzięki Tobie Alexis. I za to Ci dziękuję.
-...
-Dobrze. Ale wiesz, ja już próbuję zasnąć. Jak możesz, to ułatw mi to. Porozmawiamy rano.
-...
-Wiem, ale wiesz, że są strefy czasowe? W Londynie jest teraz dwudziesta trzecia...
-...
-Do zobaczenia. I pozdrów Ivette.
-...
Ledwo odłożyła telefon i już zasnęła. Była bardzo zmęczona. Cztery dni w ciągłym biegu robią swoje. Nareszcie znalazła miejsce, w którym nie słyszy wiecznym przechwalań Alexisa, kłótni lub nie kłótni Laury i Filipa i wiecznych narzekań każdego z osobna. Mogła odpocząć. A najlepiej się odpoczywa wiedząc, że jutro też będzie się odpoczywało... Ah, jak ona by tego chciała...
***
Londyn to śliczne miasto. W szczególności zimą. Biała pokrywa śnieżna jest o wiele okazalsza niż deszcz, który gości tutaj bardzo często.
Spacer ulicami Londynu gwarantują wspaniałe wspomnienia. Obiad w ekskluzywnej restauracji i koncert symfoniczny na zakończenie wspólnego dnia.
Hiszpania czeka. Samolot już czekał, gdy dotarli na lotnisko.
-Diana, kiedy nas znów odwiedzisz?
Spytała Emanuelle.
-To zależy, czy mnie zapraszacie.
-Oczywiście! Zawsze będziesz mile widziana.
-W takim razie postaram się odwiedzić was jak najszybciej.
Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
-No, kochani pora się zbierać.
Powiedział Ric.
Diana i Emanuelle.
-Tak, zadzwoń jak wylądujesz..
-Oczywiście.
***
-Szybko! Oni zaraz wylądują!
Krzyczał Alexis pakując wszystko do samochodu.
-Wiem! Czekaj, jeszcze balony.
Dopowiedział Nathan i wpakował resztę do samochodu.
Po kilkunastu minutach byli już na lotnisku. Transparent z napisem "¡Por fin! ¡Bienvenido a casa!" wisiał w całej swojej okazałości. Trzy balony na krzyż, które trzymał Alexis zasłaniały mu twarz, by zakochane w nim na zabój fanki go nie dopadły.
-Ej, Alex zapomnieliśmy jej imię napisać... Jak się domyśli, że to my?
Spytał Nathan jedząc bułkę.
-Nie ma? To może nagramy na telefon i puścimy?
-Głupi jesteś?
-A masz farbę przy sobie? Nie sądzę. Wyciągaj telefon i zdzieraj gardełko.
"Diana! Diana! Diana, Diana Dianaaaaa! lalalalalalalalalalaaa! i Riccc! " gościło już na telefonie Nathana. Gdy tylko samolot wylądował puścili nagranie i stanęli na baczność. Wkrótce po tym im oczom ukazała się Diana i jej dziadek, którzy od razu udali się w ich stronę.
-Cześć wam!
Powiedziała i przytuliła się do Sanchezów.
-Dobrze Cię widzieć. I Pana Panie Nevárez.
-Oo, zrobiliście transparent...
Powiedziała i przyglądała się napisowi.
Dom... Tak. Wreszcie to zrozumiała. Musiała pomieszkać w krótkim czasie w kilku miejscach, by zrozumieć gdzie jest jej dom. Wiedziała, że to w Hiszpanii chce spędzić resztę swojego życia. Tutaj, poczuła, że znów ma prawdziwy dom i rodzinę.
Gdy tylko wysiadła z samolotu wiedziała, że jest w domu. Zatłoczone lotnisko, pełno krzyczących ludzi i jeszcze śnieg za oknem. Polska!
Liczyła na wielki transparent na jej przylot. Coś w stylu "Witamy w domu Diana!" a tu nic. Nawet nie raczyli przyjść... Deja vu?
Jadąc zatłoczonym i brudnym autobusem mogła podziwiać biel za oknem. Kto by pomyślał, że w tym roku tyle go naleciało? Ale co to byłyby za święta bez śniegu?
Choć na dworze temperatura nie była wyższa niż minus dziesięć stopni, to czuła ciepło w sercu, gdy wchodziła do swojego dawnego mieszkania. Nawet nie przemknęło jej przez myśl, żeby pukać. Poza tym nadal miała klucze, a wiedziała, że ktoś jest w środku, bo słyszała śmiechy.
Otworzyła drzwi. Automatycznie wszystkie wspomnienia wróciły. Ale czuła, że to już nie jest jej dom...
Śmiechy dochodziły z sypialni Laury. Chcąc, lub nie chcąc otworzyła drzwi.
-Ups, przepraszam Lars...
Powiedziała widząc swoją przyjaciółkę w dwuznacznej sytuacji.
-Jezu, Diana! Ty już tu?
Powiedział chłopak.
-Filip? Ty? Laura?
Zamurowało ją. Musiała wyglądać naprawdę zabawnie stojąc z walizką w ręku, z buzią i oczami szeroko otwartymi.
Filip był najbardziej zaskoczony całą sytuacją. Ze skrępowania zaczął zakrywać się kołdrą. Laura nie mogła wytrzymać całej tej "dziwnej" sytuacji i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Więc już wiesz.
Powiedziała w między czasie.
Jak się później wszystko okazało, nowa przygoda tej dwójki trwała już ponad dwa miesiące. Czyli jednak twierdzenie "kto się czubi ten się lubi" sprawdza się w praktyce. Kto by pomyślał, że Malik i Sabkowska będą razem...
-Wy tak na poważnie? Czy tylko dla zabawy?
Spytała Diana jedząc obiad.
Popatrzyli po sobie. Żadne nie potrafiło podać odpowiedzi.
-Ja wam nigdy nie wybaczę, że mi nie powiedzieliście....
Powiedziała smutno.
-Nie gniewaj się... Nie chcieliśmy mówić Ci tego przez telefon...
Ale wymówkę wymyśliła...
***
-Jak ja za tym tęskniłam...
Mówiła, gdy płatki śniegu zdobiły jej ciało.
-Chyba nie wiesz co mówisz. Ja bym wolała, żeby tego cholerstwa nie było. Chciałabym mieć wieczne lato...
-To przeprowadźcie się od mnie...
-Do Hiszpanii?
Dopowiedział Filip.
-A dlaczego nie? Fajnie będzie.
Zapanowała niezręczna cisza. Żadne nie wiedziało co powiedzieć.
-No dobra, nie chcecie to trudno.
-Dianuś... My tu mamy swoje życie. Pracę, znajomych, rodzinę. Nie możemy tego wszystkiego zostawić.
-Dobra, nie było tematu.
Kroczyli dalej białym parkiem w pełni księżyca, gdy Filip poszedł po gorącą herbatę. Stojąc pod wielkim dębem, Laura wyciągnęła z kurtki pudełko.
-Taki mały prezent.
Powiedziała wręczając go Dianie.
-Żebyś nigdy nie zapomniała o naszej przyjaźni. Dopóki będziemy je miały przy sobie, nic nas nie rozłączy.
-Nawet kilometry.
Dopowiedziała Diana zapinając naszyjnik na szyi przyjaciółki.
Przyjaźń to coś niesamowitego, to nierozerwalna nić, która łączy ludzi. Łączy na zawsze. Nawet jeśli przechodzi ona trudne chwile i wydaje się, że nie będzie już tak jak dawniej, ona powraca silniejsza, dojrzalsza i twardsza. Po prostu lepsza. Bo nie ma przyjaźni idealnej. Każda musiała przejść przez większy lub mniejszy dołek. Każda musiała wycierpieć, by stać się niepokonana.
***
-Musisz już jutro wyjeżdżać?
Zaczął Filip leżąc głową na udach Diany.
-No muszę... Jeszcze nigdy nie miałam takich świąt. Ja w ogóle ich nie czuję... Cały czas jestem w drodze. Od Chile, aż po Polskę i Londyn... To nie są prawdziwe święta.
-Święta powinnaś spędzić z rodziną. Wypocząć.
-Ja je spędzam z rodziną. Nie moja wina, że mam ją na każdym krańcu świata. Wy tutaj, Alexis i Nathan w Chile, a dziadek w Londynie...
-Alexis to nie Twoja rodzina...
Dało się wyczuć, że Malik jest zazdrosny.
-Fifi, wiem... Ale jak jestem sama w Hiszpanii, to on mi ja zastępuję... Jest dla mnie jak brat...
-Brat?
Spytał oburzony.
-Z tego co pamiętam, przez ostatnie dwadzieścia lat, ja byłem Twoim bratem.
-Filip, to nie tak... Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
-Ale zabrzmiało.
Powiedział i zamknął się w pokoju.
-Diana, nie martw się...
Zaczęła Laura przytulając dziewczynę.
-Jemu Ciebie bardzo brakuję. Nawet przez sen słyszę, jak wypowiada Twoje imię... On nie może pogodzić się z tym, że Ciebie przy nim nie ma. On jest od Ciebie uzależniony.
-To musi chyba rzucić ten nałóg... Ja nie mogę tutaj zostać. Dziadek nie jest już taki młody...
-Zrobisz jak zechcesz, ale nie wyjeżdżaj będąc z nim pokłócona...
-Nie miałam takiego zamiaru.
Kończąc poszła do pokoju Filipa. Leżał na łóżku i patrzył w sufit...
-Fifi...
Zaczęła. Odwrócił się tyłem do niej.
-Ja nie chciałam... Ale zrozum mnie. Też się czuje dziwnie wiedząc, że jesteś z Laurą. Zawsze ja byłam dla Ciebie ważniejsza, ba! ty nawet z Laurą nie rozmawiałeś normalnie. Teraz jest inaczej. Ty ją kochasz. Ja zostałam w tyle. Czuję się tak samo jak ty. Ale ja nie robię z tego problemu. Cieszę się z Twojego szczęścia i chce tego samego od Ciebie...
Między ludźmi zdarzają się różne rzeczy. Ale najważniejsze to wyjaśnić, wybaczyć i iść dalej.
-Przepraszam. To nie jest tak, że zostałaś w tyle. Zawsze będziesz dla mnie osobą, dla której w jednym momencie rzuciłbym wszystko. Nie zapomnij o tym. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. Na zawsze.
Mówił patrząc na Dianę.
-Jesteśmy przyjaciółmi. Ty płaczesz, ja płaczę. Ty się śmiejesz, ja się śmieję. Ty skaczesz z mostu, ja biegnę po łódkę i ratuję twoją upośledzoną dupę!
Powiedziała i wtuliła się w ciepłe ciało Filipa.
-Co tu się wyprawia?
Wykrzyczała Laura widząc leżącą Dianę na Filipie.
-Kanaapka!
Krzyknęła znów i położyła się na plecach Diany.
-Laurra! Złaź!
Krzyknęła dziewczyna.
-Cichoo serze. Od dziś jesteś ser. Filip to bułka, a ja to sałata.
Cóż, pomysły to ta sałata miała, nie powiem.
***
-Wy dziś do rodziny swojej jedziecie?
-Tak. Już górale na mnie czekają. Oj, spiję się spiję...
Dodał Filip.
-To cóż, Wesołych świąt.
-Raczej Wesołego sylwestra, bo już prawie po świętach.
-Tylko, żebym we wrześniu nie została ciocią.
Podsumowała wszystko Diana podchodząc do drzwi samolotu.
Oboje popatrzyli po sobie i wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Do zobaczenia!
Usłyszała, gdy drzwi się zamykały.
-Filip, myślisz...
-Przestań, na co nam dziecko? My karierę robimy.
-Tak...
***
Londyn w porównaniu do Wrocławia, czy Barcelony to kompletnie obce miasto. Nie biorąc nawet pod uwagę wielkości, czy ilości ulic, ale ludzi. W Londynie nie ma bliskiej osoby, wszyscy tam są obcy. Owszem. Ma tam ciotkę, wuja i kuzynów, ale jak często ich widuje? Raz na dwa lata? Czy widząc kogoś tak "często" można poznać tą osobę? Też tak sądzę...
***
-Disiu! Tutaj!
Usłyszała wychodząc z samolotu znajmy głos.
Ricardo wraz z trojgiem dzieci stał z wielkim transparentem- "¿Quién estoy viendo? Bienvenido Disiu!" Ah, ten Ric...
-Cześć dziadku.
Powiedziała przytulając się do dziadka.
-Witaj Disiu. Możesz ich nie pamiętać. To są Emma, Rodger i Vanessa.
Mówił pokazując powoli troje dzieci. Kolejno w wieku trzynastu, dziesięciu i sześciu lat.
-Emme i Rodgera pamiętam. Gorzej z tą śliczną blondyneczką.
Powiedziała i pogłaskała po głowię słodką blondynkę z kucykami na głowie.
Najmłodsza córka Rica- Emanuella, mieszka w Londynie od piętnastu lat. Jest szczęśliwą żoną i matką. Nigdy nie przejawiała miłości do swojej drugiej ojczyzny- Hiszpanii. Jedyne co ją z nią łączy to imię i panieńskie nazwisko. Nawet jej pierwsza ojczyzna nie była tą, którą sobie wymarzyła. Spełnia się w Anglii. To tutaj zawsze chciała zamieszkać i wychowywać dzieci. Udało jej się to.
Państwo Litter mieszkają w niewielkim, dwupiętrowym domku na obrzeżach miasta. Miła, naturalna okolica w sam raz do wychowywania dzieci.
-Diana! Jak dobrze, że dotarłaś cała i zdrowa!
Powiedziała ciotka Emanuella. Wyglądała jak typowa hiszpanka. Ciemna karnacja, włosy, oczy. Była prześliczna. Dlaczego wstydziła się swojej drugiej ojczyzny? Dlaczego nie chciała być hiszpanką?
-Miło Cię znów widzieć.
Wydukała z siebie nie wiedząc co ma mówić. Ciotkę widzi tzreci raz w życiu. O czym ma z nią rozmawiać?
-Rozgość się. Emma pokaże Ci Twój pokój
-Chodź!
Dopowiedziała Emma ciągnąć kuzynkę za rękaw.
Pokój nie duży. Czegóż mogła się spodziewać w domu, w którym mieszka aktualnie siedem osób? I tak dobrze, że będzie spała sama.
-Kiedy się rozpakujesz, przyjdź na obiad.
-Dobrze.
Odpowiedziała i rozłożyła się na łóżku. Miała nadzieję, że w końcu odpocznie. Przecież tu nic nie musi. Nikt jej nie będzie siedział na głowie, nigdzie nie musi chodzić, nic robić. Tylko jeść i spać. Właściwie nic się nie pomyliła. Pierwszy(i ostatni) dzień w Londynie minął bardzo, ale to bardzo nudno. Tylko obiad, łóżko, kolacja łóżko.
-Hallo?
Odebrała leniwie telefon, który zapodział się gdzieś w torbie.
-...
-Tak. Wszystko w porządku. Wy już w Hiszpanii?
-...
-A kiedy wracacie?
-...
-Szkoda. Trochę będę się sama nudziła.
-...
-Wiem. Wszystko dzięki Tobie Alexis. I za to Ci dziękuję.
-...
-Dobrze. Ale wiesz, ja już próbuję zasnąć. Jak możesz, to ułatw mi to. Porozmawiamy rano.
-...
-Wiem, ale wiesz, że są strefy czasowe? W Londynie jest teraz dwudziesta trzecia...
-...
-Do zobaczenia. I pozdrów Ivette.
-...
Ledwo odłożyła telefon i już zasnęła. Była bardzo zmęczona. Cztery dni w ciągłym biegu robią swoje. Nareszcie znalazła miejsce, w którym nie słyszy wiecznym przechwalań Alexisa, kłótni lub nie kłótni Laury i Filipa i wiecznych narzekań każdego z osobna. Mogła odpocząć. A najlepiej się odpoczywa wiedząc, że jutro też będzie się odpoczywało... Ah, jak ona by tego chciała...
***
Londyn to śliczne miasto. W szczególności zimą. Biała pokrywa śnieżna jest o wiele okazalsza niż deszcz, który gości tutaj bardzo często.
Spacer ulicami Londynu gwarantują wspaniałe wspomnienia. Obiad w ekskluzywnej restauracji i koncert symfoniczny na zakończenie wspólnego dnia.
Hiszpania czeka. Samolot już czekał, gdy dotarli na lotnisko.
-Diana, kiedy nas znów odwiedzisz?
Spytała Emanuelle.
-To zależy, czy mnie zapraszacie.
-Oczywiście! Zawsze będziesz mile widziana.
-W takim razie postaram się odwiedzić was jak najszybciej.
Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
-No, kochani pora się zbierać.
Powiedział Ric.
Diana i Emanuelle.
-Tak, zadzwoń jak wylądujesz..
-Oczywiście.
***
-Szybko! Oni zaraz wylądują!
Krzyczał Alexis pakując wszystko do samochodu.
-Wiem! Czekaj, jeszcze balony.
Dopowiedział Nathan i wpakował resztę do samochodu.
Po kilkunastu minutach byli już na lotnisku. Transparent z napisem "¡Por fin! ¡Bienvenido a casa!" wisiał w całej swojej okazałości. Trzy balony na krzyż, które trzymał Alexis zasłaniały mu twarz, by zakochane w nim na zabój fanki go nie dopadły.
-Ej, Alex zapomnieliśmy jej imię napisać... Jak się domyśli, że to my?
Spytał Nathan jedząc bułkę.
-Nie ma? To może nagramy na telefon i puścimy?
-Głupi jesteś?
-A masz farbę przy sobie? Nie sądzę. Wyciągaj telefon i zdzieraj gardełko.
"Diana! Diana! Diana, Diana Dianaaaaa! lalalalalalalalalalaaa! i Riccc! " gościło już na telefonie Nathana. Gdy tylko samolot wylądował puścili nagranie i stanęli na baczność. Wkrótce po tym im oczom ukazała się Diana i jej dziadek, którzy od razu udali się w ich stronę.
-Cześć wam!
Powiedziała i przytuliła się do Sanchezów.
-Dobrze Cię widzieć. I Pana Panie Nevárez.
-Oo, zrobiliście transparent...
Powiedziała i przyglądała się napisowi.
Dom... Tak. Wreszcie to zrozumiała. Musiała pomieszkać w krótkim czasie w kilku miejscach, by zrozumieć gdzie jest jej dom. Wiedziała, że to w Hiszpanii chce spędzić resztę swojego życia. Tutaj, poczuła, że znów ma prawdziwy dom i rodzinę.
czwartek, 13 czerwca 2013
13. Czy jeżeli znam waszą rodzinę, jestem już jej częścią?
Czy w Hiszpanii istnieje pojęcie zima?
Nie. W Polsce biały puch to tradycja, na która z utęsknieniem czekają najmłodsi, ale starsi też czują radość na sercu widząc lecące z nieba śnieżynki.
W słonecznej Barcelonie, słońce i wysoka temperatura są przez cały rok. W czasie tak zwanej "zimy" temperatura sięgać może nawet 15 stopni Celsjusza. Tak więc zimą nie da się tego nazwać.
***
Okres przed Bożonarodzeniowy jest magiczny i wyczekany na każdym krańcu ziemi. Nie zaważając na to, czy jesteśmy w Ameryce, czy we Francji.
-Spakowałaś wszystko?
Usłyszała z korytarza. Nie wie jak dała się na to namówić. Może wiedziała, że jeśli nie pojedzie, pierwszy dzień świąt spędzi sama. (Ricardo, jak co roku odwiedza na święta córkę w Londynie). A spędzanie świąt w samotności, to koszmar! Te święta i cały czas noworoczny będzie zwariowany! Najpierw wycieczka do Chile, później Polska, a na końcu Londyn. Uff, czy ktoś nadąża?
-Więc Disiu, widzimy się...
-Dwudziestego siódmego.
Dopowiedziała w pośpiechu Diana.
-Tak... Tylko nie zapomnij o starym dziadku.
-No oczywiście, że nie! Jesteś wszystkim co mam!
Powiedziała i wpadła dziadkowi w ramiona.
-Diana, chodźże no...
-Idę!
We czworo pojechali na lotnisko. Oczywiście nie obeszło się bez głupich tekstów Alexisa, o tym jaki to on nie jest wspaniały.
Ricardo kierunek Londyn, reszta Tocopilla!
-Nie lubię latać...
Zaczęła Diana wlepiając oczy w podłogę.
-Latanie jest wspaniałe! Jest się tak wysoko, czuję się najważniejszy..
-Alex, weź już się uspokój. Zachowujesz się tak od swoich urodzin...
-Bo ufundowaliście mi taki prezent...
-Ale to nie znaczy, że jesteś najważniejszy.
Dopowiedziała Diana.
-No dobra. Już nie będę.
Faktycznie. Przestał się zachowywać jak zadufany w sobie chłoptaś. Ten prezent to jednak nie był dobry pomysł...
***
-Stresujesz się?
Spytał się Nathan otwierając powoli drzwi od ich rodzinnego domu.
Czy się stresuje? Ba! Ona umiera ze strachu! Bała się wszystkiego co mogło ją tam spotkać. Nie polubią jej? Powiedzą, że nie pasuje do ich "rodziny". Stwierdzą, że uczepiła się Alexisa jak rzep psiego ogona. W głowie miała same najczarniejsze scenariusze.
Dom niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu lat. Nawet znajdował się w innym miejscu.
Rodzina Sanchezów nigdy nie należała do bogatych. Ubóstwo i prostota dominowała w ich życiu. Mały Alexis też nie miał łatwo. Pierwsze kroki w footballu stawiał na boso. Jego rodzina była tak biedna, że nie było jej stać na buty dla syna. Na szczęście wszystko się poprawiło i dziś Alexis choć w ten sposób może rodzicom podziękować za wszystko. To dzięki niemu jego rodzina wyszła na prostą. To dzięki niemu nie muszą martwić się o każdy kolejny dzień. Są po prostu szczęśliwi. A bycie szczęśliwym, jest najważniejszą wartością.
Alexis zgubił się gdzieś kilka domów wcześniej. Może przypomniała mu się stara miłość?
Stojąc na ganku, w domu było słychać głośne rozmowy i częste śmiechy.
-Ilu ich tam jest?
Spytała przerażona.
-No... Jeśli już są wszyscy to z dwadzieścia osób... No, może ze trzydzieści.
-Ile?!
-Mamy dużą rodzinę.
Trzydzieści? Duża? Chyba ogromna! Wyobrażasz sobie mieć w domu trzydzieści osób i gotować dla wszystkich, sprzątać... Ogarniać to wszystko?
Drzwi się otworzyły. Myślała, że ten moment nie nadejdzie nigdy. Bardzo chciała poznać rodzinę Alexisa, ale bała się.
-Nathan! Dziecko moje!
Krzyknęła piskliwym głosem niska pani z czarną czupryną na głowie. Typowa pani domu. Śliczne, czarne buciki, kolorowa spódnica do kolan, na której spoczywał biały fartuszek i beżowa, koronkowa bluzka. Nie zapominając oczywiście o biżuterii. Wielkie czerwone korale oplatały jej szyję.
-Mamo, dusisz mnie..
Wyjąkał z siebie chłopak ściskany przez kobietę.
-O, tak wybacz mi skarbie, ale tak dawno Cię nie widziałam. O, jak ty urosłeś i wyprzystojniałeś...
-Mamo...
-No co? Mówię co widzę...
W tym momencie wzrok starszej pani po czterdziestce zawędrował na drobne ciało Diany.
-A ta panienka, to kto?
-To jest Diana. Koleżanka.
-Diana Nevárez.
Przedstawiła się podając rękę.
-Taak, koleżanka.
Wtrąciła się dziewczyna stojąca przy schodach.
-Bethina! Ty od razu swoje?
Powiedział do blondynki.
-Chodź tu do mnie!
Powiedziała i wyciągnęła ręce do przodu.
I tak to się zaczęło. Po kolei, wszyscy ściskali i całowali Nathana i jego "koleżankę". Ta przyjemność wydawała się nie mieć końca. Babcie, ciocie, kuzyni... W tym domu byli wszyscy! A gdy w domu pojawiła się "gwiazda wieczoru" wszyscy automatycznie oblężyli ją. Dosłownie! Wiedzieli, że to jest rodzina i że nie wypada, ale cóż. Chęć dotknięcia wielkiego Alexisa jest większa...
-I jak?
Spytał się Nathan, widząc siedzącą na kanapie Dianę.
-Głośno i wesoło.
Odpowiedziała.
-Ostrzegałem. Ale mam nadzieję, że nie żałujesz, że z nami tu przyjechałaś...
-Nie, bardzo się cieszę.
Odpowiedziała i spojrzała w ciemne oczy chłopaka.
-Kolację podano!
Usłyszeli głos dochodzący z jadalni, który przerwał tą miłą sytuację.
Cóż to był za widok. Wielki, drewniany stół, przy którym siedziało dokładanie dwadzieścia trzy osoby.
-Więc Dario, powiedz nam coś o sobie.
~Kolejna, co przekręca moje imię... Co w nim jest takiego trudnego?~ myślała, gdy wszystkie oczy były skierowane na nią. Poza jedną parą oczu. Wuj Nathana siedział na końcu stołu i zajadał się kawałkiem, ba! kawałem wielkiego mięsa i nie miał zamiaru zaprzestać. Był tym tak zajęty, że nie zauważył co się dzieję.
-Więc...
Zaczęła niepewnie.
-Jesteś bardzo ładna, od tego zacznij.
Zaproponowała dziewczynka siedząca naprzeciw Diany. Automatycznie się zawstydziła, co nie uszło uwadze innym.
-Mamo, daj jej spokój. Jest zmęczona podróżą...
Powiedział Nathan.
Przez resztę kolacji temat Diany zszedł na dalszy tor. Teraz (czemu mnie to nie dziwi) ważny był tylko Alexis. Diana widząc sprzątające kobiety postanowiła im pomóc.
Zanosząc talerze do kuchni nie obeszło się bez rozmów.
-Więc jesteś z Nathanem tak?
Spytała blondynka.
-Nie...
Odpowiedziała zmieszana.
-Z Alexisem?
-Nie. Nie jestem z żadnym z nich. Po prostu się przyjaźnimy.
-Nie możliwe. Moi bracia nigdy nie przyprowadzali do domu przyjaciółek.
-Jesteś ich siostrą? Bethina, czy Ivette?
-A jak myślisz?
Spytała podpierając się o krzesło.
-Bethina?
-Na pewno?
-Tak, bo masz jasne włosy. A Nathan mówił, że jedna z was ma jasne, a druga ciemne. Tylko nigdy nie mogłam zapamiętać, która to która...
-Jestem Bethina.
Powiedziała podając dłoń.
-Diana.
Zaczęła się rozmowa, a raczej przesłuchanie. Kiedy ich poznałaś? Jak ich poznałaś? Często spędzacie czas razem? Chciała wiedzieć wszystko. Taka już jest rola starszej siostry. Musi wiedzieć wszystko o wszystkich dziewczynach w życiu swoich braci.
Nie łatwo jest być starszą siostrą...
-O, widzę, że już poznałaś swoją przyszłą szwagierkę.
Powiedział wysoki brunet widząc siedzące i rozmawiające dwie dziewczyny.
-Możesz wyjść? Ona nie będzie moją szwagierką! Ja nie będę miała szwagierki! Żadnej! Nigdy!
Wrzasnęła i trzaskając drzwiami wyszła z kuchni.
-Co jej się stało? Ona tak zawsze?
Spytała przestraszona.
-Tak. Jak tylko pojawi się jakaś dziewczyna w życiu jej braci.
-To jest chyba nienormalne, nie uważasz?
-Ona sobie tego nie da powiedzieć. Jest chorobliwie zazdrosna, czy to o Alexa czy Nathana. Po prostu chce mieć ich tylko dla siebie. Już nie jedną tak przestraszyła... Może dlatego oboje stąd uciekli...
-Przecież ja ich jej nie zabiorę... Nikt z nią nie rozmawiał?
-Żeby to raz... Jej tego nie wytłumaczysz.
Ciężka sprawa... Być ograniczanym przez własną siostrę... Gdy Diana ucinała sobie miła pogawędkę, Nathan próbował znaleźć wolny pokój, co w tej sytuacji nie było łatwe. Choć dom liczył prawie dziesięć sypialni i dwa salony, miejsc już nie było. Nawet wchodząc do swojego pokoju, zauważył czytającą bajkę ciocię Penelopę i jej dzieci, słodkie trojaczki Luciego, Marciego i Nildę. W końcu po długich poszukiwaniach znalazł "prawie" wolny pokój. Był w nim tylko Alexis.
-Gdzie Dianę zgubiłeś?
Spytał widząc ściągającego buty brata.
-Nie mam pojęcia. Tyle jest tu osób, że ledwo siebie odnajduję.
-Ty to masz dobrze. Ja raz sam siebie zgubiłem! Wiesz jak się przestraszyłem?
Powiedział z wielkimi oczami wyłączając laptopa.
-Może po nią pójdę?
-Nie, ty siedź. Ja pójdę. Ty za bardzo śmierdzisz. Idź się umyć.
Powiedział i wychodząc uderzył w ramię młodszego brata.
Poszukiwania nie trwały długo. O tej godzinie większość już spała. Została tylko najstarsza męska część na swoich jak co rocznych posiedzeniach na werandzie z cygarem w ustach.
Czasem, gdzieś między łazienką, a sypialnia przemknęła jedna z kuzynek.
-A ja Cię wszędzie szukam!
Powiedział Alex widząc Dianę.
-Jak widzisz, nic mi nie jest.
-To już ja ocenię. Choć. Udało mi się znaleźć w miarę wolny pokój.
-W miarę?
Powiedziała podejrzliwie.
-No, jest tam Nathan.
-To ja będę z wami spała?!
-No, wiesz. Jest około szesnastu łóżek w domu, a ludzi jakby więcej. Trzeba się po uciskać. Po za tym, w kupie raźniej.
Powiedział posyłając uroczy uśmiech w stronę dziewczyny.
Gdy zawitali w pokoju, Nathan rozmawiał z pewną dziewczyną.
-O, to ty jesteś Diana? Niech no Cię uściskam!
Powiedziała i przytuliła zaskoczoną dziewczynę.
-Jestem Ivette.
Powiedziała.
-Nasza młodsza siostra.
Dokończył Alexis kładąc się na łóżko.
-Mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język, a teraz żegnam. Dobranoc życzę.
-Do rana!
Dorzucił Alex gdy Ivette wyszła.
-Ta siostra dużo przyjemniejsza.
Powiedziała wchodząc do łazienki.
Oh, co to była za noc. Diana między Nathanem, a Alexisem była dosłownie zgniatana. Jak nie noga Alexisa na jej ręce, to głowa Nathana na jej brzuchu. Po prostu cudowna noc!
***
-Mogę Ci zrobić zdjęcie?
-Teraz? Ogłupiałeś? Dopiero wstałam! Jak ja wyglądam?
-Bardzo ładnie.
Nie dała się dłużej prosić. Lubiła robić i pozować do zdjęć.
-Śliczna!
Powiedział Nathan gdy spojrzał na wyświetlacz.
-Ee, mam za bardzo czerwone policzki...
Powiedziała smutno i schowała twarz w poduszkę.~Jesteś idealna...~ Przemknęło mu przez myśl.
-Co dziś robimy?
-No, dziś Wigilia... Ja pewnie będę biegać dom-sklep, sklep-dom jak co roku. A tak po za tym, to może Ci okolice pokaże?
-A nie trzeba będzie pomagać w kuchni?
-W kuchni? Chciałoby Ci się w trzydziestu stopniowym słońcu stać przy garach? Zresztą wystarczy tyle ile jest.
Po zjedzeniu śniadania Alexis jak co roku, jeździł wielkim samochodem po uliczkach Tocopilli i rozdawał dzieciom zabawki.
Ten chłopak ma naprawdę złote serce. On nie tylko mówi, że trzeba pomagać biednym. On te słowa zamienia w czyny. Dzieciaki, które zostały obdarowane przez niego, choć przez chwilę mogły poczuć się lepiej. Gdy po godzinie samochód był pusty, Alexis dołączył na plażę do Nathana, Ivette i Diany, którzy siedzieli wygrzewając się na piasku.
-U mnie o tej porze roku taka pogoda to tylko marzenie...
Zaczęła Diana.
-Przez cztery miesiące wszędzie jest śnieg. A co z tym idzie jest strasznie zimno...
-Zimno? Czyli ile? Piętnaście stopni?
Spytała się Ivette.
-Chyba na minusie. Czasem bywa, że odchodzi nawet do trzydziestu.
Dla Chilijczyków taka pogoda to tylko wyobrażenia. Oni przyzwyczajeni są do upałów i wiecznego słońca.
Czy siostry mogą być aż tak różne? Nie mówiąc nawet o wyglądzie, choć był diametralnie inny, tylko o charakterze. Z Bethiną nie dało się normalnie porozmawiać, a z Ivette? Jakby znała się z Dianą od zawsze! W mgnieniu oka złapały wspólny język i się zaprzyjaźniły.
-I to ma być obiad?
Spytała Diana widząc na swoim talerzu owoc.
-Tak. Dbamy o figury.
Dodał Alexis.
-Ale sam owoc to troszkę za mało, nie sądzisz?
-Nie narzekaj! Ciesz się, że w ogóle coś dostałaś.
Powiedział i rzucił kawałkiem owocu w siedzącą naprzeciwko dziewczynę.
-Alex!
I zaczęła się wojna, którą szybko przerwał właściciel restauracji. Nawet nie zwracał uwagi, że Alexis to Alexis. Po prostu wszystkich wyprosił.
***
Kolacja na wigilijnym stole Sanchezów to dopiero coś. Choć nie było na niej nie wiadomo jak dużo dań, to trzeba przyznać. Przystrojenie stołu było śliczne. Wszystko zaczynając od serwetki, a kończąc na kwiatach było idealnie dobrane.
Gdy do stołu zasiedli wszyscy można było zacząć jeść.Sałatki, sałateczki, sałatkusie. Obecne! Wino lało się i lało... A spalony deser był zmorą wszystkich. Dziś pierwszy raz samodzielnie robiła go jedenastoletnia dziewczynka. Troszkę się nie udał... Ale przynajmniej pies się ucieszył. Mógł zjeść cały.
Czas na prezenty! W mgnieniu oka pod choinkę zleciały się wszystkie dzieci obecne w domu, które równie szybko jak rozpakowały prezenty, wybiegły na ulice, by chwalić się drobiazgami.
-A to coś dla Ciebie.
Powiedział Nathan wręczając pudełeczko Dianie.
-Nathan... Nie musiałeś...
Powiedziała widząc wisiorek.
-Też mam coś dla Ciebie.
Powiedziała i wręczyła chłopakowi nieco większe pudełko.
Otwierając ujrzał ramkę, a w niej zdjęcie jego i Diany.
-Tak żebyś nie zapomniał mnie przez te kilka dni.
Powiedziała widząc uśmiech na twarzy bruneta.
-Chodź tu do mnie!
Stanęli w gorącym uścisku.
-Ja też chcę! Też chcę!
Powiedział Alexis i niemal natychmiast przytulił oboje.
-Mam coś dla was, a mianowicie... Dla ciebie Danuś kolczyki, a dla ciebie Nathuś batona!
Powiedział i wręczył prezenty.
-Kolczyki? Alex, nie musiałeś...
-Batona? No mogłeś się bardziej wysilić...
Gdy po rodzinnym spacerze wszyscy wrócili do domu, Diana była już spakowana na jutrzejszy odlot.
-Szkoda, że musisz jechać...
Powiedziała Ivette siedząc nad leżącą dziewczyną.
-Ledwo się poznałyśmy...
-Też bym chciała zostać, ale muszę jechać do moich przyjaciół do Polski, a dwa dni później do Londynu.
-Dziewczyno, to ty w ogóle nie wypoczniesz...
-Wiem. Ale tak już jest jak prowadzi się międzynarodowe życie...
Źle jest wyjeżdżać z domu, ale źle jest także siedzieć w jednym miejscu i się nie spełniać. Trzeba dokonać wyboru. Albo inni, albo ja sam.
***
Pożegnania nie są łatwe. Są cholernie trudne. A jeszcze, jak żegnasz się z ważną dla Ciebie osobą. Nie ma wtedy różnicy, czy wyjeżdżasz na tydzień czy na zawsze. To zawsze boli.
-Więc...
Zaczął zmieszany Nathan.
-Wiem. Nie musisz nic mówić. Niedługo się znów widzimy.
-Mam nadzieję. Ej, ale sylwestra spędzasz już w Barcelonie?
-Obowiązkowo! Chciałbym się jeszcze pożegnać z Alexisem, ale teraz nie mam już na co liczyć...
-No nie bardzo...
Powiedział widząc brata, który nie może odpędzić się od fanek.
-Do zobaczenia.
-Dbaj o siebie.
Zniknęła za białymi drzwiami.
Gdy wreszcie po kilkunastu minutach zmordowany Alexis raczył dołączyć do Nathana Diana już była w powietrzu.
-A ona gdzie? Do łazienki poszła?
-Boże... Alexis...
-No co? To gdzie jest?
-Poleciała.
-Poleciała? Już? Tak bez pożegnania? Już ja z nią sobie porozmawiam jak wróci...
Nie. W Polsce biały puch to tradycja, na która z utęsknieniem czekają najmłodsi, ale starsi też czują radość na sercu widząc lecące z nieba śnieżynki.
W słonecznej Barcelonie, słońce i wysoka temperatura są przez cały rok. W czasie tak zwanej "zimy" temperatura sięgać może nawet 15 stopni Celsjusza. Tak więc zimą nie da się tego nazwać.
***
Okres przed Bożonarodzeniowy jest magiczny i wyczekany na każdym krańcu ziemi. Nie zaważając na to, czy jesteśmy w Ameryce, czy we Francji.
-Spakowałaś wszystko?
Usłyszała z korytarza. Nie wie jak dała się na to namówić. Może wiedziała, że jeśli nie pojedzie, pierwszy dzień świąt spędzi sama. (Ricardo, jak co roku odwiedza na święta córkę w Londynie). A spędzanie świąt w samotności, to koszmar! Te święta i cały czas noworoczny będzie zwariowany! Najpierw wycieczka do Chile, później Polska, a na końcu Londyn. Uff, czy ktoś nadąża?
-Więc Disiu, widzimy się...
-Dwudziestego siódmego.
Dopowiedziała w pośpiechu Diana.
-Tak... Tylko nie zapomnij o starym dziadku.
-No oczywiście, że nie! Jesteś wszystkim co mam!
Powiedziała i wpadła dziadkowi w ramiona.
-Diana, chodźże no...
-Idę!
We czworo pojechali na lotnisko. Oczywiście nie obeszło się bez głupich tekstów Alexisa, o tym jaki to on nie jest wspaniały.
Ricardo kierunek Londyn, reszta Tocopilla!
-Nie lubię latać...
Zaczęła Diana wlepiając oczy w podłogę.
-Latanie jest wspaniałe! Jest się tak wysoko, czuję się najważniejszy..
-Alex, weź już się uspokój. Zachowujesz się tak od swoich urodzin...
-Bo ufundowaliście mi taki prezent...
-Ale to nie znaczy, że jesteś najważniejszy.
Dopowiedziała Diana.
-No dobra. Już nie będę.
Faktycznie. Przestał się zachowywać jak zadufany w sobie chłoptaś. Ten prezent to jednak nie był dobry pomysł...
***
-Stresujesz się?
Spytał się Nathan otwierając powoli drzwi od ich rodzinnego domu.
Czy się stresuje? Ba! Ona umiera ze strachu! Bała się wszystkiego co mogło ją tam spotkać. Nie polubią jej? Powiedzą, że nie pasuje do ich "rodziny". Stwierdzą, że uczepiła się Alexisa jak rzep psiego ogona. W głowie miała same najczarniejsze scenariusze.
Dom niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu lat. Nawet znajdował się w innym miejscu.
Rodzina Sanchezów nigdy nie należała do bogatych. Ubóstwo i prostota dominowała w ich życiu. Mały Alexis też nie miał łatwo. Pierwsze kroki w footballu stawiał na boso. Jego rodzina była tak biedna, że nie było jej stać na buty dla syna. Na szczęście wszystko się poprawiło i dziś Alexis choć w ten sposób może rodzicom podziękować za wszystko. To dzięki niemu jego rodzina wyszła na prostą. To dzięki niemu nie muszą martwić się o każdy kolejny dzień. Są po prostu szczęśliwi. A bycie szczęśliwym, jest najważniejszą wartością.
Alexis zgubił się gdzieś kilka domów wcześniej. Może przypomniała mu się stara miłość?
Stojąc na ganku, w domu było słychać głośne rozmowy i częste śmiechy.
-Ilu ich tam jest?
Spytała przerażona.
-No... Jeśli już są wszyscy to z dwadzieścia osób... No, może ze trzydzieści.
-Ile?!
-Mamy dużą rodzinę.
Trzydzieści? Duża? Chyba ogromna! Wyobrażasz sobie mieć w domu trzydzieści osób i gotować dla wszystkich, sprzątać... Ogarniać to wszystko?
Drzwi się otworzyły. Myślała, że ten moment nie nadejdzie nigdy. Bardzo chciała poznać rodzinę Alexisa, ale bała się.
-Nathan! Dziecko moje!
Krzyknęła piskliwym głosem niska pani z czarną czupryną na głowie. Typowa pani domu. Śliczne, czarne buciki, kolorowa spódnica do kolan, na której spoczywał biały fartuszek i beżowa, koronkowa bluzka. Nie zapominając oczywiście o biżuterii. Wielkie czerwone korale oplatały jej szyję.
-Mamo, dusisz mnie..
Wyjąkał z siebie chłopak ściskany przez kobietę.
-O, tak wybacz mi skarbie, ale tak dawno Cię nie widziałam. O, jak ty urosłeś i wyprzystojniałeś...
-Mamo...
-No co? Mówię co widzę...
W tym momencie wzrok starszej pani po czterdziestce zawędrował na drobne ciało Diany.
-A ta panienka, to kto?
-To jest Diana. Koleżanka.
-Diana Nevárez.
Przedstawiła się podając rękę.
-Taak, koleżanka.
Wtrąciła się dziewczyna stojąca przy schodach.
-Bethina! Ty od razu swoje?
Powiedział do blondynki.
-Chodź tu do mnie!
Powiedziała i wyciągnęła ręce do przodu.
I tak to się zaczęło. Po kolei, wszyscy ściskali i całowali Nathana i jego "koleżankę". Ta przyjemność wydawała się nie mieć końca. Babcie, ciocie, kuzyni... W tym domu byli wszyscy! A gdy w domu pojawiła się "gwiazda wieczoru" wszyscy automatycznie oblężyli ją. Dosłownie! Wiedzieli, że to jest rodzina i że nie wypada, ale cóż. Chęć dotknięcia wielkiego Alexisa jest większa...
-I jak?
Spytał się Nathan, widząc siedzącą na kanapie Dianę.
-Głośno i wesoło.
Odpowiedziała.
-Ostrzegałem. Ale mam nadzieję, że nie żałujesz, że z nami tu przyjechałaś...
-Nie, bardzo się cieszę.
Odpowiedziała i spojrzała w ciemne oczy chłopaka.
-Kolację podano!
Usłyszeli głos dochodzący z jadalni, który przerwał tą miłą sytuację.
Cóż to był za widok. Wielki, drewniany stół, przy którym siedziało dokładanie dwadzieścia trzy osoby.
-Więc Dario, powiedz nam coś o sobie.
~Kolejna, co przekręca moje imię... Co w nim jest takiego trudnego?~ myślała, gdy wszystkie oczy były skierowane na nią. Poza jedną parą oczu. Wuj Nathana siedział na końcu stołu i zajadał się kawałkiem, ba! kawałem wielkiego mięsa i nie miał zamiaru zaprzestać. Był tym tak zajęty, że nie zauważył co się dzieję.
-Więc...
Zaczęła niepewnie.
-Jesteś bardzo ładna, od tego zacznij.
Zaproponowała dziewczynka siedząca naprzeciw Diany. Automatycznie się zawstydziła, co nie uszło uwadze innym.
-Mamo, daj jej spokój. Jest zmęczona podróżą...
Powiedział Nathan.
Przez resztę kolacji temat Diany zszedł na dalszy tor. Teraz (czemu mnie to nie dziwi) ważny był tylko Alexis. Diana widząc sprzątające kobiety postanowiła im pomóc.
Zanosząc talerze do kuchni nie obeszło się bez rozmów.
-Więc jesteś z Nathanem tak?
Spytała blondynka.
-Nie...
Odpowiedziała zmieszana.
-Z Alexisem?
-Nie. Nie jestem z żadnym z nich. Po prostu się przyjaźnimy.
-Nie możliwe. Moi bracia nigdy nie przyprowadzali do domu przyjaciółek.
-Jesteś ich siostrą? Bethina, czy Ivette?
-A jak myślisz?
Spytała podpierając się o krzesło.
-Bethina?
-Na pewno?
-Tak, bo masz jasne włosy. A Nathan mówił, że jedna z was ma jasne, a druga ciemne. Tylko nigdy nie mogłam zapamiętać, która to która...
-Jestem Bethina.
Powiedziała podając dłoń.
-Diana.
Zaczęła się rozmowa, a raczej przesłuchanie. Kiedy ich poznałaś? Jak ich poznałaś? Często spędzacie czas razem? Chciała wiedzieć wszystko. Taka już jest rola starszej siostry. Musi wiedzieć wszystko o wszystkich dziewczynach w życiu swoich braci.
Nie łatwo jest być starszą siostrą...
-O, widzę, że już poznałaś swoją przyszłą szwagierkę.
Powiedział wysoki brunet widząc siedzące i rozmawiające dwie dziewczyny.
-Możesz wyjść? Ona nie będzie moją szwagierką! Ja nie będę miała szwagierki! Żadnej! Nigdy!
Wrzasnęła i trzaskając drzwiami wyszła z kuchni.
-Co jej się stało? Ona tak zawsze?
Spytała przestraszona.
-Tak. Jak tylko pojawi się jakaś dziewczyna w życiu jej braci.
-To jest chyba nienormalne, nie uważasz?
-Ona sobie tego nie da powiedzieć. Jest chorobliwie zazdrosna, czy to o Alexa czy Nathana. Po prostu chce mieć ich tylko dla siebie. Już nie jedną tak przestraszyła... Może dlatego oboje stąd uciekli...
-Przecież ja ich jej nie zabiorę... Nikt z nią nie rozmawiał?
-Żeby to raz... Jej tego nie wytłumaczysz.
Ciężka sprawa... Być ograniczanym przez własną siostrę... Gdy Diana ucinała sobie miła pogawędkę, Nathan próbował znaleźć wolny pokój, co w tej sytuacji nie było łatwe. Choć dom liczył prawie dziesięć sypialni i dwa salony, miejsc już nie było. Nawet wchodząc do swojego pokoju, zauważył czytającą bajkę ciocię Penelopę i jej dzieci, słodkie trojaczki Luciego, Marciego i Nildę. W końcu po długich poszukiwaniach znalazł "prawie" wolny pokój. Był w nim tylko Alexis.
-Gdzie Dianę zgubiłeś?
Spytał widząc ściągającego buty brata.
-Nie mam pojęcia. Tyle jest tu osób, że ledwo siebie odnajduję.
-Ty to masz dobrze. Ja raz sam siebie zgubiłem! Wiesz jak się przestraszyłem?
Powiedział z wielkimi oczami wyłączając laptopa.
-Może po nią pójdę?
-Nie, ty siedź. Ja pójdę. Ty za bardzo śmierdzisz. Idź się umyć.
Powiedział i wychodząc uderzył w ramię młodszego brata.
Poszukiwania nie trwały długo. O tej godzinie większość już spała. Została tylko najstarsza męska część na swoich jak co rocznych posiedzeniach na werandzie z cygarem w ustach.
Czasem, gdzieś między łazienką, a sypialnia przemknęła jedna z kuzynek.
-A ja Cię wszędzie szukam!
Powiedział Alex widząc Dianę.
-Jak widzisz, nic mi nie jest.
-To już ja ocenię. Choć. Udało mi się znaleźć w miarę wolny pokój.
-W miarę?
Powiedziała podejrzliwie.
-No, jest tam Nathan.
-To ja będę z wami spała?!
-No, wiesz. Jest około szesnastu łóżek w domu, a ludzi jakby więcej. Trzeba się po uciskać. Po za tym, w kupie raźniej.
Powiedział posyłając uroczy uśmiech w stronę dziewczyny.
Gdy zawitali w pokoju, Nathan rozmawiał z pewną dziewczyną.
-O, to ty jesteś Diana? Niech no Cię uściskam!
Powiedziała i przytuliła zaskoczoną dziewczynę.
-Jestem Ivette.
Powiedziała.
-Nasza młodsza siostra.
Dokończył Alexis kładąc się na łóżko.
-Mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język, a teraz żegnam. Dobranoc życzę.
-Do rana!
Dorzucił Alex gdy Ivette wyszła.
-Ta siostra dużo przyjemniejsza.
Powiedziała wchodząc do łazienki.
Oh, co to była za noc. Diana między Nathanem, a Alexisem była dosłownie zgniatana. Jak nie noga Alexisa na jej ręce, to głowa Nathana na jej brzuchu. Po prostu cudowna noc!
***
-Mogę Ci zrobić zdjęcie?
-Teraz? Ogłupiałeś? Dopiero wstałam! Jak ja wyglądam?
-Bardzo ładnie.
Nie dała się dłużej prosić. Lubiła robić i pozować do zdjęć.
-Śliczna!
Powiedział Nathan gdy spojrzał na wyświetlacz.
-Ee, mam za bardzo czerwone policzki...
Powiedziała smutno i schowała twarz w poduszkę.~Jesteś idealna...~ Przemknęło mu przez myśl.
-Co dziś robimy?
-No, dziś Wigilia... Ja pewnie będę biegać dom-sklep, sklep-dom jak co roku. A tak po za tym, to może Ci okolice pokaże?
-A nie trzeba będzie pomagać w kuchni?
-W kuchni? Chciałoby Ci się w trzydziestu stopniowym słońcu stać przy garach? Zresztą wystarczy tyle ile jest.
Po zjedzeniu śniadania Alexis jak co roku, jeździł wielkim samochodem po uliczkach Tocopilli i rozdawał dzieciom zabawki.
Ten chłopak ma naprawdę złote serce. On nie tylko mówi, że trzeba pomagać biednym. On te słowa zamienia w czyny. Dzieciaki, które zostały obdarowane przez niego, choć przez chwilę mogły poczuć się lepiej. Gdy po godzinie samochód był pusty, Alexis dołączył na plażę do Nathana, Ivette i Diany, którzy siedzieli wygrzewając się na piasku.
-U mnie o tej porze roku taka pogoda to tylko marzenie...
Zaczęła Diana.
-Przez cztery miesiące wszędzie jest śnieg. A co z tym idzie jest strasznie zimno...
-Zimno? Czyli ile? Piętnaście stopni?
Spytała się Ivette.
-Chyba na minusie. Czasem bywa, że odchodzi nawet do trzydziestu.
Dla Chilijczyków taka pogoda to tylko wyobrażenia. Oni przyzwyczajeni są do upałów i wiecznego słońca.
Czy siostry mogą być aż tak różne? Nie mówiąc nawet o wyglądzie, choć był diametralnie inny, tylko o charakterze. Z Bethiną nie dało się normalnie porozmawiać, a z Ivette? Jakby znała się z Dianą od zawsze! W mgnieniu oka złapały wspólny język i się zaprzyjaźniły.
-I to ma być obiad?
Spytała Diana widząc na swoim talerzu owoc.
-Tak. Dbamy o figury.
Dodał Alexis.
-Ale sam owoc to troszkę za mało, nie sądzisz?
-Nie narzekaj! Ciesz się, że w ogóle coś dostałaś.
Powiedział i rzucił kawałkiem owocu w siedzącą naprzeciwko dziewczynę.
-Alex!
I zaczęła się wojna, którą szybko przerwał właściciel restauracji. Nawet nie zwracał uwagi, że Alexis to Alexis. Po prostu wszystkich wyprosił.
***
Kolacja na wigilijnym stole Sanchezów to dopiero coś. Choć nie było na niej nie wiadomo jak dużo dań, to trzeba przyznać. Przystrojenie stołu było śliczne. Wszystko zaczynając od serwetki, a kończąc na kwiatach było idealnie dobrane.
Gdy do stołu zasiedli wszyscy można było zacząć jeść.Sałatki, sałateczki, sałatkusie. Obecne! Wino lało się i lało... A spalony deser był zmorą wszystkich. Dziś pierwszy raz samodzielnie robiła go jedenastoletnia dziewczynka. Troszkę się nie udał... Ale przynajmniej pies się ucieszył. Mógł zjeść cały.
Czas na prezenty! W mgnieniu oka pod choinkę zleciały się wszystkie dzieci obecne w domu, które równie szybko jak rozpakowały prezenty, wybiegły na ulice, by chwalić się drobiazgami.
-A to coś dla Ciebie.
Powiedział Nathan wręczając pudełeczko Dianie.
-Nathan... Nie musiałeś...
Powiedziała widząc wisiorek.
-Też mam coś dla Ciebie.
Powiedziała i wręczyła chłopakowi nieco większe pudełko.
Otwierając ujrzał ramkę, a w niej zdjęcie jego i Diany.
-Tak żebyś nie zapomniał mnie przez te kilka dni.
Powiedziała widząc uśmiech na twarzy bruneta.
-Chodź tu do mnie!
Stanęli w gorącym uścisku.
-Ja też chcę! Też chcę!
Powiedział Alexis i niemal natychmiast przytulił oboje.
-Mam coś dla was, a mianowicie... Dla ciebie Danuś kolczyki, a dla ciebie Nathuś batona!
Powiedział i wręczył prezenty.
-Kolczyki? Alex, nie musiałeś...
-Batona? No mogłeś się bardziej wysilić...
Gdy po rodzinnym spacerze wszyscy wrócili do domu, Diana była już spakowana na jutrzejszy odlot.
-Szkoda, że musisz jechać...
Powiedziała Ivette siedząc nad leżącą dziewczyną.
-Ledwo się poznałyśmy...
-Też bym chciała zostać, ale muszę jechać do moich przyjaciół do Polski, a dwa dni później do Londynu.
-Dziewczyno, to ty w ogóle nie wypoczniesz...
-Wiem. Ale tak już jest jak prowadzi się międzynarodowe życie...
Źle jest wyjeżdżać z domu, ale źle jest także siedzieć w jednym miejscu i się nie spełniać. Trzeba dokonać wyboru. Albo inni, albo ja sam.
***
Pożegnania nie są łatwe. Są cholernie trudne. A jeszcze, jak żegnasz się z ważną dla Ciebie osobą. Nie ma wtedy różnicy, czy wyjeżdżasz na tydzień czy na zawsze. To zawsze boli.
-Więc...
Zaczął zmieszany Nathan.
-Wiem. Nie musisz nic mówić. Niedługo się znów widzimy.
-Mam nadzieję. Ej, ale sylwestra spędzasz już w Barcelonie?
-Obowiązkowo! Chciałbym się jeszcze pożegnać z Alexisem, ale teraz nie mam już na co liczyć...
-No nie bardzo...
Powiedział widząc brata, który nie może odpędzić się od fanek.
-Do zobaczenia.
-Dbaj o siebie.
Zniknęła za białymi drzwiami.
Gdy wreszcie po kilkunastu minutach zmordowany Alexis raczył dołączyć do Nathana Diana już była w powietrzu.
-A ona gdzie? Do łazienki poszła?
-Boże... Alexis...
-No co? To gdzie jest?
-Poleciała.
-Poleciała? Już? Tak bez pożegnania? Już ja z nią sobie porozmawiam jak wróci...
poniedziałek, 10 czerwca 2013
12. Mimo wszystko warto iść pozytywnie nastawionym do świata.
Miło jest wracać do miejsca, które się kocha. Jest jeszcze lepiej, gdy ktoś na nas czeka. W życiu najważniejsze to jest by mieć dla kogo żyć. Mając tą drugą osobę przy sobie życie jest łatwiejsze i przyjemniejsze. Tą drugą osobą niekoniecznie musi być Twój chłopak czy dziewczyna, a przyjaciel. Nie przyjaciel na chwilę, nie taki co jest z Tobą tylko wtedy, gdy jest dobrze, a przyjaciel, który mimo wszystkich niepowodzeń będzie z Tobą i we wszystkim Ci pomoże. Mieć prawdziwego przyjaciela jest lepsze niż wygranie milionów złotych. Bo przecież trzeba mieć z kim wydawać te pieniądze, nieprawdaż?
***
Podróż z Dortmundu do Barcelony nie trwała długo, jednakże Diana bardzo się wynudziła. Tello, Pedro i Jordi zajęli się grą w karty. A Alexis jak to Alexis, upatrzył sobie jakąś śliczną blondyneczkę i już tylko jej poświęcał czas.
-Ten pani chłopak nie jest idealny...
Powiedziała starsza pani siedząca niedaleko Diany.
Brunetka tylko przyglądała się kobiecie ze zdziwioną miną.
-Niby taki kochany i miły, a teraz zabawia jakąś inną.
Dokończyła.
-Ale to jest jego życie, niech robi co chce.
Dopowiedziała Diana i łapiąc za słuchawkę włożyła jedną do ucha.
-Nie jest pani zazdrosna? Chce się pani dzielić mężczyzną?
Pytała dalej starsza kobieta.
-Pani nie rozumie. Ja nie jestem z nim. Jest mi obojętne co robi. Jak dla mnie mógłby się umawiać ze wszystkimi.
Odpowiedziała od niechcenia i machnęła ręką. Dało się zauważyć, że ta rozmowa ją stresuje. Język jej się plątał, gdy mówiła "jest mi obojętny".
-Chyba jednak nie do końca... Mnie pani nie oszuka. Dobrze wiem co kryje się w pani sercu.
Mówiła kobieta.
-Niech pani się dobrze zastanowi co pani czuje i do kogo to pani czuje, nim będzie za późno.
Dopowiedziała i wlepiła swoje zielono-niebieskie oczy w szybę. Do końca lotu patrzyła się w jeden punkt.
Po kilku minutach samolot wylądował.
***
-To widzimy się za dwa dni na treningu.
Powiedział Alexis.
-Tak, do zobaczenia.
Dopowiedział Pedro.
Każde z nich poszło w swoją stronę. Każde z nich ma rodziny, ma obowiązki. Życie to nie tylko wieczne zabawy, podróże, mecze. Czasem trzeba przystopować i zająć się tym co ważniejsze. Rodziną na przykład.
Pedro niedługo zostanie ojcem. To są ostatnie chwile, kiedy może się wyszaleć, pobawić.
Tello jest podporządkowany jednej dziewczynie. Lorena całkiem zawładnęła życiem Tello, a on samowolnie jej się podporządkował. Jordi z kolei nie znalazł jeszcze swojej miłości, ale ma w domu coś gorszego... Młodszą siostrę! Biedny Jordi, biedny...
Tylko Alexis z całej czwórki żyje jak mu się podoba. Wraca do domu kiedy chce, nie musi się nikomu tłumaczyć, jest po prostu wolny i korzysta z życia. Ale czy takie życie ma sens? Gdy wracasz z długiej podróży nikt na Ciebie nie czeka. Co ranek budzisz się samotnie. Nie ma Cię kto przytulić, kto pocałować, kto doprowadzić do porządku. Ta druga osoba jest potrzebna.
***
-Podobało Ci się?
Spytał Alexis gdy wchodzili po schodach kamienicy.
-Było w porządku. Tylko mogłeś więcej bramek strzelić!
Zaśmiała się i podchodząc do drzwi włożyła klucz w drzwi.
-Ciekawie jakbyś ty zagrała. Hę? Ciekawe czy byłabyś taka mądra.
Odpowiedział otwierając drzwi.
-Ja nie jestem piłkarzem, wybacz.
Odpowiedziała i zniknęła za drzwiami.
Ricardo jak zwykle siedział i czytał gazetę.
-Cześć dziadku...
Powiedziała i przytuliła się do starszego mężczyzny.
-Disiu. Cieszę się, że wróciłaś. Jak było? Opowiadaj.
Powiedział przejęty odkładając gazetę.
I zaczęła się długa opowieść o Dortmundzie, o Moritzie, Leo, Reusie. Opowiadała, jak bardzo mile ją przyjęli, jak miło się czuła w towarzystwie tych chłopaków. Oczywiście ominęła pewien znaczący element, mianowicie noc z Leitnerem. Ale przecież nie wszyscy muszą o tym wiedzieć?
-A Cristian nie jest chory?
Spytał się, gdy Diana powiedziała o wrzuconym do rowu Cristianie.
-Nie, dziadku to jest silny facet, nigdy nie choruję. Co to dla niego zimna woda!
Powiedziała ze śmiechem.
***
Dochodziła dwudziesta. Diana nie widziała się od wrócenia do Barcelony z Alexisem, a tym bardziej z Nathanem. Zresztą jak to ona sądzi "Ja się prosić nie będę".
-Disiu, ja wychodzę.
Powiedział Ricardo wchodząc do pokoju wnuczki.
-Gdzie idziesz?
Spytała widząc dziadka. Nie wyglądał jak zawsze. Jego zazwyczaj rozczochrane włosy zamieniły się w ułożone, a jeansy i koszulę zamienił na czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę.
-Mam spotkanie. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
Odpowiedział i po pocałowaniu wnuczki w czoło wyszedł z mieszkania.
I jeszcze te jego perfumy! Tak rzadko je używa, tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dziś ich użył.
Diana jeszcze do końca nie dorosła. Mimo, że nie ma już ośmiu lat, nadal czuje się jak dziecko. Szybko podbiegła do okna, chcąc zobaczyć dokąd jedzie Ric. Nic nowego się nie dowiedziała. Wsiadł w taksówkę i zniknął za murami budynków.
Położyła się znów na łóżko. Leżąc i patrząc w sufit, zastanawiała się co ma robić. Zasnęła.
***
Obudził ją wielki huk!
Huk był tak głośny, że aż podskoczyła na łóżku. Zaraz po grzmocie spadł ulewny deszcz. Pioruny rozświetlały zachmurzone niebo, deszcz obijał się o wszystko co napotkał na swojej drodze, a grzmoty były tak głośne, że wszystkie żyjące stworzenia pochowały się najgłębiej jak mogły.
Diana miała wielki lęk przed burzami. Już jako dziecko gdy tylko usłyszała choć jeden grzmot, biegła do pierwszej bliskiej osoby i mocno się do niej przytulała. Miała tak od zawsze . Strasznie się bała. ~ Nie wysiedzę tutaj sama...!~ Pomyślała patrząc na zegarek. Wskazywał dwudziestą pierwszą.
PUK! PUK!
Rozległo się na całym korytarzu.
-Diana, cześć.
Powiedział Nathan.
-Mogę u was trochę posiedzieć...?
Spytała zmieszana. Wyglądała na naprawdę przestraszoną. W ręku trzymała poduszkę i koc, jeej włosy były całkiem rozwalone, a oczy miała zaszklone od łez.
Nie odpowiedział, tylko wpuścił dziewczynę do środka. On zamknął drzwi, ona usiadła na kanapie.
-Chcesz coś do picia, jedzenia?
Spytał.
-Nie, już mi lepiej.
Powiedziała. Siedziała na kanapie z podkulonymi nogami, cała przykryta kocem, pod same zęby. Widać było tylko jej brązowe oczy.
-Sorry, że spytam... Co Ci się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała...
Mówił.
-Wiesz...
Zaczęła.
W tym momencie niebo rozjaśniło się, a już po chwili słychać było wielki, ogromny huk! Największy tej nocy.
Diana znów podskoczyła, tylko tym razem wydała z siebie przeraźliwy dźwięk.
-Ha!Ha! Diana! Ty się boisz burzy!
Powiedział śmiejąc się Nathan. Oj... Nie ładnie jest się z kogoś wyśmiewać.
Diana aż się zagotowała. Nie lubiła być powodem do drwin.
-Nie boję, po prostu... Zimno mi. Ale już lepiej.
Powiedziała i wstała z kanapy. Chciała pokazać się Nathanowi z jak najlepszej strony, mimo że nie była sobą.
-Widzisz, już jest dobrze.
Powiedziała stojąc obok Nathana.
I znów huk! Tak się przestraszyła, że nie kontrolowała nad swoimi ruchami. Gdy otrzeźwiała spostrzegła, że siedzi Nathanowi na kolanach. Ze strachu, aż przytuliła się do niego.
Spojrzała w jego oczy. Widziała, że śmieje się z niej. Nie mogła dalej zgrywać odważnej.
-Miałeś rację... Boję się burzy...
Odpowiedziała spuszczając wzrok.
Było to dla niej trudne. Zwykła burza, co to takiego? Kilka kropelek deszczu spadających z nieba, pioruny, grzmoty. Ale czasem taka zwykła rzecz jest przykrywką dla jakiejś dużo większej, poważniejszej. Tutaj nie chodziło tylko o burzę. Chodziło o coś znacznie gorszego...
-Nie bój się, jestem tutaj.
Powiedział i przytulił brunetkę widząc jej napływające łzy do oczu.
-Dziękuję...
Wyszeptała mu do ucha.
Siedzieli wtuleni w siebie kilka chwil. Wspaniałych chwil. Gdy doszło do nich to co robią, cala magia tej chwili prysła.
-Przepraszam.
Powiedziała i wstała z kolan Nathana.
Nic jej nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął.
-Jest Alexis?
Spytała.
-U siebie. Powiedz mu, że wychodzę.
Powiedział i po założeniu na siebie kurtki wyszedł z domu.
***
Alexis leżał na swoim łóżku i oglądał jakiś film. Jakieś biegające roboty, latające samochody. Cały świat z maszyn.
-Lubisz coś takiego?
Spytała wchodząc do pokoju.
-Nie. Ale chce wiedzieć co będzie w przyszłości.
Odpowiedział.
-Ale wiesz, że to jest nieprawda?
-Skąd wiesz? Może tak właśnie będzie? Nikt nie ma pewności.
Usiadła na łóżku obok niego i spojrzała w telewizor.
-Nie, to jest bzdura.
Odpowiedziała.
-Nie znasz się. Gdzie Natt?
Spytał.
-Wyszedł.
-W taką pogodę? Chyba chory chce być...
-Najwyraźniej.
Odpowiedziała spuszczając głowę w dół.
-A Tobie co się dzieje?
Spytał patrząc na brunetkę.
-Nie. Wszystko w porządku. Oglądaj film, ja już pójdę.
Powiedziała i wstała z kanapy.
-O nie, nie, nie. Nigdzie nie pójdziesz, do póki nie powiesz mi co się stało.
-Nic się nie stało...
Powiedziała i wykręcając się posłała sztuczny uśmiech w stronę Alexisa.
-No przecież widzę.
Prawdziwy przyjaciel, to taki, który zawsze wie, jak jest coś nie tak. Który zawsze pomoże. Smutek nie zawsze od razu można zauważyć. Czasem ukrywa się on pod sztucznym uśmiechem. Przecież usta mogą się śmiać, to oczy zawsze zdradzą wszystko.
-Mów co się stało. Coś z Nathanem?
Pytał.
-Nie. Alexis, ja nie chcę o tym gadać...
Mówiła.
-No dobra, ale szybko się ode mnie nie uwolnisz.
-Będę już szła. Dobranoc.
Powiedziała i wstała z łóżka.
-Dobranoc...
***
Pomyśleć, że już minęło dziewięć miesięcy odkąd przyleciała do Barcelony. Czas leci nie ubłagalnie. Dla każdego jest go za mało, każdy narzeka.
Jesień to chyba najgorsza pora roku. W Polsce wieczne deszcze, niska temperatura, po prostu ideał! A w dodatku szkoła... Jak dobrze, że już się skończyła.
Listopad to taki nijaki miesiąc. Ani nie jest ciepło, ani zimno. Taki cały szary, bury, nie wiadomo komu potrzebny.
-Alex...
Zaczęła Diana.
-No...
Mówił. Już wiedział, że coś kombinuje.
-Bo... Patrz jakie nudy są. Mam pewien pomysł!
Powiedziała zadowolona.
-Nie. To jest głupi pomysł.
Zaprzeczył.
-Ej, ty go nawet nie usłyszałeś...
Powiedziała i zrobiła smutną minę.
-Umiem czytać Ci w myślach. Zapomnij.
Odpowiedział.
-No, Alex... Proszę!
Powiedziała i zaczęła dźgać Alexisa w brzuch.
-Pamiętasz? Mnie to nie rusza.
Powiedział zadowolony.
-Ani dźganie, ani łaskotki. Nic!
To nie jest człowiek! Jak można nie mieć łaskotek? Jak dźganie może nie przeszkadzać? Alexis, ty żyjesz?!
-To nie.
Powiedziała i odwracając się na pięcie podeszła do drzwi wyjściowych.
Bardzo dobrze wiedział o co jej chodzi. Zdążył ją poznać na tyle, że doskonale wiedział co kombinuje. Wiedział ,że teraz tylko czeka, aż on spyta się o co chodzi. Nie spytał.
-Wychodzę...
Mówiła łapiąc za klamkę. Nie chciała wyjść. Bardzo, bardzo chciała, by jej plan wtoczył się w życie.
-To cześć.
Powiedział z uśmiechem na twarzy.
Nacisnęła na klamkę.
Taka zabawa była codziennością u tych dwojga. Standard rodzinny.
Wyszła z mieszkania.
~U! Serio wyszła...~ Pomyślał zdziwiony.
Nie minęła chwila, a Diana już bywa z powrotem w mieszkaniu Sanchezów.
-Alex no! Chodź ze mną!
Mówiła.
-Gdzie?
Spytał.
-Na zakupy...
-Na zakupy chcesz iść?!
Spytał zdziwiony.
-A ty myślałeś, że gdzie?
-Sam nie wiem. No dobra, to ubieraj się.
-Dziękuję!
Powiedziała zadowolona i wybiegła z mieszkania. Po chwili była już gotowa.
***
Pojechali do jednego z większych centrów handlowych w Barcelonie.
Diana doskonale wiedziała, że teraz jest wyprzedaż ciuchów letnich, a i jakieś zimowe da radę kupić taniej.
Jak weszła do jednego sklepu, tak nie mogła wyjść. Przymierzała wszystko! Bluzki, spodnie, buty, wszystko musiała dotknąć.
Alexis długo wytrzymywał. Nawet bardzo. Przez pierwszą godzinę chodził za Dianą, pomagał wybierać, nawet sam sobie coś kupił. Ale ile można chodzić za kobietą, które wpadła w wir zakupów?
-Będę...
Mówił, lecz nie dokończył. Stwierdził, że nie ma sensu. Ona i tak nie słucha.
Usiadł gdzieś w rogu sklepu i siedział czekając na cud...
Po pierwszej godzinie przestał liczyć czas. Nawet tego mu się odechciało. Chyba zasnął...
***
-Alex... Aluś... Aluuuusiuu!
Mówiła do leżącego na kanapie piłkarza.
-Wstawaj. Środek dnia, a ty śpisz.
Mówiła. Po prawie trzech godzinach raczyła wrócić do Sancheza.
Po wydaniu fortuny w centrum mogli wrócić do domu.
-Przyjdę później. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?
Mówiła.
-nie jestem. Bardzo wygodną kanapę mieli, więc było dobrze.
Odpowiedział i wszedł do mieszkania. Diana zrobiła to samo.
Wchodząc ujrzała siedzącego przy stole dziadka i jakąś obcą postać.
-Disiu! Witaj!
Powiedział.
-Dzień dobry...
Powiedziała do obcej osoby.
-Witaj Diana. Twój dziadek dużo mi o Tobie mówił.
Odpowiedziała kobieta.
-Dziadku...
Zaczęła Diana patrząc na Ricardo.
-Diana, to jest Manuela. Moja przyjaciółka.
Odpowiedział jej.
Przyjaciółka. Przyjaciółka. Jaka kurde przyjaciółka!? Przecież Ricardo nie może mieć przyjaciółki!
-Może usiądziesz z nami do stołu?
Zaproponowała niska kobieta. Była naprawdę niska. Ale bardzo ładna. Mimo tylu lat ile miała, jej włosy nadal były czarniawe, oczy mocno brązowe, a usta krwisto czerwone. Widać było, że dba o swój wygląd. Ubrania starannie dobrane, pasująca biżuteria. Prezentowała się bardzo dobrze.
Diana z grzeczności usiadła do stołu. Czuła sie nieswojo z tą kobietą przy stole. Dało się to zauważyć. Nie odezwała się ani słowem.
Siedziała przy stole i milczała dobre dwadzieścia minut. Nie wiedziała jak powiedzieć, że nie chce z nimi siedzieć. Wpadła na pomysł. Wyciągając z kieszeni telefon, włączyła piosenkę, którą ma na dzwonek w komórce.
-Halo?
Powiedziała i odeszła od stołu "odbierając" telefon.
-Tak, tak. Dobra. Już idę.
Mówiła dalej.
-Dziadku idę do Alexisa.
Powiedziała i nie czekając na odpowiedź wyszła z mieszkania.
W mieszkaniu Sanchezów panował jak zwykle bałagan. Ale ten aktualny to istny koszmar! Wszystko wszędzie tylko nie tam, gdzie powinno być. Co do licha w salonie robi gąbka i żel po prysznic? Kwiatki się tym myją?
-Nie zgadniecie!
Powiedziała siadając obok Alexisa.
-Wygrałaś w Totka!
Powiedział Nathan!
-Nie...
Zaprzeczyła.
-Wiem! Pojechałaś do Chin i spotkałaś mędrca, który powiedział Ci, że powinnaś zjeść kilogram bananów, ty to zrobiłaś i zamieniłaś się w małpę i szukasz jakiegoś wysokiego drzewa, bo żadne ZOO nie chce Cię przyjąć!
-Alex! Mówił Ci już ktoś, że jesteś głupi? I sam jesteś małpą! A nie! Ty jesteś baranem!
Krzyknęła za niego ze śmiechem.
-Boję się waszych dalszych pomysłów, więc wam powiem.
Zaczęła.
-Mój dziadek ma dziewczynę!
Powiedziała ucieszona. Sama nie widziała dlaczego, ale ucieszyła się, że Ricardo ma kogoś.
-Jak to ma dziewczynę?
Pytał Nathan.
-No normalnie. Manuela się nazywa. Jest u nas w mieszkaniu.
-Ha! Ha! Natt, ty nie masz nikogo, a Ric tak! Spójrz na siebie!
Śmiał się Alexis.
-Debilu przypomnę Ci, że ty też jesteś sam!
-Nie jestem sam kretynie! Tylko ty nei jesteś godny jej poznać.
Odpowiedział.
-Jej? Chyba GO! HAHA! Geju ty!
Śmiał się. W tym momencie Alexis rzucił się na brata i zaczęła się braterska miłość. Raz Alex na Nathanie, później Nathan na Alexisie. Ależ oni się kochają...
***
Podróż z Dortmundu do Barcelony nie trwała długo, jednakże Diana bardzo się wynudziła. Tello, Pedro i Jordi zajęli się grą w karty. A Alexis jak to Alexis, upatrzył sobie jakąś śliczną blondyneczkę i już tylko jej poświęcał czas.
-Ten pani chłopak nie jest idealny...
Powiedziała starsza pani siedząca niedaleko Diany.
Brunetka tylko przyglądała się kobiecie ze zdziwioną miną.
-Niby taki kochany i miły, a teraz zabawia jakąś inną.
Dokończyła.
-Ale to jest jego życie, niech robi co chce.
Dopowiedziała Diana i łapiąc za słuchawkę włożyła jedną do ucha.
-Nie jest pani zazdrosna? Chce się pani dzielić mężczyzną?
Pytała dalej starsza kobieta.
-Pani nie rozumie. Ja nie jestem z nim. Jest mi obojętne co robi. Jak dla mnie mógłby się umawiać ze wszystkimi.
Odpowiedziała od niechcenia i machnęła ręką. Dało się zauważyć, że ta rozmowa ją stresuje. Język jej się plątał, gdy mówiła "jest mi obojętny".
-Chyba jednak nie do końca... Mnie pani nie oszuka. Dobrze wiem co kryje się w pani sercu.
Mówiła kobieta.
-Niech pani się dobrze zastanowi co pani czuje i do kogo to pani czuje, nim będzie za późno.
Dopowiedziała i wlepiła swoje zielono-niebieskie oczy w szybę. Do końca lotu patrzyła się w jeden punkt.
Po kilku minutach samolot wylądował.
***
-To widzimy się za dwa dni na treningu.
Powiedział Alexis.
-Tak, do zobaczenia.
Dopowiedział Pedro.
Każde z nich poszło w swoją stronę. Każde z nich ma rodziny, ma obowiązki. Życie to nie tylko wieczne zabawy, podróże, mecze. Czasem trzeba przystopować i zająć się tym co ważniejsze. Rodziną na przykład.
Pedro niedługo zostanie ojcem. To są ostatnie chwile, kiedy może się wyszaleć, pobawić.
Tello jest podporządkowany jednej dziewczynie. Lorena całkiem zawładnęła życiem Tello, a on samowolnie jej się podporządkował. Jordi z kolei nie znalazł jeszcze swojej miłości, ale ma w domu coś gorszego... Młodszą siostrę! Biedny Jordi, biedny...
Tylko Alexis z całej czwórki żyje jak mu się podoba. Wraca do domu kiedy chce, nie musi się nikomu tłumaczyć, jest po prostu wolny i korzysta z życia. Ale czy takie życie ma sens? Gdy wracasz z długiej podróży nikt na Ciebie nie czeka. Co ranek budzisz się samotnie. Nie ma Cię kto przytulić, kto pocałować, kto doprowadzić do porządku. Ta druga osoba jest potrzebna.
***
-Podobało Ci się?
Spytał Alexis gdy wchodzili po schodach kamienicy.
-Było w porządku. Tylko mogłeś więcej bramek strzelić!
Zaśmiała się i podchodząc do drzwi włożyła klucz w drzwi.
-Ciekawie jakbyś ty zagrała. Hę? Ciekawe czy byłabyś taka mądra.
Odpowiedział otwierając drzwi.
-Ja nie jestem piłkarzem, wybacz.
Odpowiedziała i zniknęła za drzwiami.
Ricardo jak zwykle siedział i czytał gazetę.
-Cześć dziadku...
Powiedziała i przytuliła się do starszego mężczyzny.
-Disiu. Cieszę się, że wróciłaś. Jak było? Opowiadaj.
Powiedział przejęty odkładając gazetę.
I zaczęła się długa opowieść o Dortmundzie, o Moritzie, Leo, Reusie. Opowiadała, jak bardzo mile ją przyjęli, jak miło się czuła w towarzystwie tych chłopaków. Oczywiście ominęła pewien znaczący element, mianowicie noc z Leitnerem. Ale przecież nie wszyscy muszą o tym wiedzieć?
-A Cristian nie jest chory?
Spytał się, gdy Diana powiedziała o wrzuconym do rowu Cristianie.
-Nie, dziadku to jest silny facet, nigdy nie choruję. Co to dla niego zimna woda!
Powiedziała ze śmiechem.
***
Dochodziła dwudziesta. Diana nie widziała się od wrócenia do Barcelony z Alexisem, a tym bardziej z Nathanem. Zresztą jak to ona sądzi "Ja się prosić nie będę".
-Disiu, ja wychodzę.
Powiedział Ricardo wchodząc do pokoju wnuczki.
-Gdzie idziesz?
Spytała widząc dziadka. Nie wyglądał jak zawsze. Jego zazwyczaj rozczochrane włosy zamieniły się w ułożone, a jeansy i koszulę zamienił na czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę.
-Mam spotkanie. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
Odpowiedział i po pocałowaniu wnuczki w czoło wyszedł z mieszkania.
I jeszcze te jego perfumy! Tak rzadko je używa, tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dziś ich użył.
Diana jeszcze do końca nie dorosła. Mimo, że nie ma już ośmiu lat, nadal czuje się jak dziecko. Szybko podbiegła do okna, chcąc zobaczyć dokąd jedzie Ric. Nic nowego się nie dowiedziała. Wsiadł w taksówkę i zniknął za murami budynków.
Położyła się znów na łóżko. Leżąc i patrząc w sufit, zastanawiała się co ma robić. Zasnęła.
***
Obudził ją wielki huk!
Huk był tak głośny, że aż podskoczyła na łóżku. Zaraz po grzmocie spadł ulewny deszcz. Pioruny rozświetlały zachmurzone niebo, deszcz obijał się o wszystko co napotkał na swojej drodze, a grzmoty były tak głośne, że wszystkie żyjące stworzenia pochowały się najgłębiej jak mogły.
Diana miała wielki lęk przed burzami. Już jako dziecko gdy tylko usłyszała choć jeden grzmot, biegła do pierwszej bliskiej osoby i mocno się do niej przytulała. Miała tak od zawsze . Strasznie się bała. ~ Nie wysiedzę tutaj sama...!~ Pomyślała patrząc na zegarek. Wskazywał dwudziestą pierwszą.
PUK! PUK!
Rozległo się na całym korytarzu.
-Diana, cześć.
Powiedział Nathan.
-Mogę u was trochę posiedzieć...?
Spytała zmieszana. Wyglądała na naprawdę przestraszoną. W ręku trzymała poduszkę i koc, jeej włosy były całkiem rozwalone, a oczy miała zaszklone od łez.
Nie odpowiedział, tylko wpuścił dziewczynę do środka. On zamknął drzwi, ona usiadła na kanapie.
-Chcesz coś do picia, jedzenia?
Spytał.
-Nie, już mi lepiej.
Powiedziała. Siedziała na kanapie z podkulonymi nogami, cała przykryta kocem, pod same zęby. Widać było tylko jej brązowe oczy.
-Sorry, że spytam... Co Ci się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała...
Mówił.
-Wiesz...
Zaczęła.
W tym momencie niebo rozjaśniło się, a już po chwili słychać było wielki, ogromny huk! Największy tej nocy.
Diana znów podskoczyła, tylko tym razem wydała z siebie przeraźliwy dźwięk.
-Ha!Ha! Diana! Ty się boisz burzy!
Powiedział śmiejąc się Nathan. Oj... Nie ładnie jest się z kogoś wyśmiewać.
Diana aż się zagotowała. Nie lubiła być powodem do drwin.
-Nie boję, po prostu... Zimno mi. Ale już lepiej.
Powiedziała i wstała z kanapy. Chciała pokazać się Nathanowi z jak najlepszej strony, mimo że nie była sobą.
-Widzisz, już jest dobrze.
Powiedziała stojąc obok Nathana.
I znów huk! Tak się przestraszyła, że nie kontrolowała nad swoimi ruchami. Gdy otrzeźwiała spostrzegła, że siedzi Nathanowi na kolanach. Ze strachu, aż przytuliła się do niego.
Spojrzała w jego oczy. Widziała, że śmieje się z niej. Nie mogła dalej zgrywać odważnej.
-Miałeś rację... Boję się burzy...
Odpowiedziała spuszczając wzrok.
Było to dla niej trudne. Zwykła burza, co to takiego? Kilka kropelek deszczu spadających z nieba, pioruny, grzmoty. Ale czasem taka zwykła rzecz jest przykrywką dla jakiejś dużo większej, poważniejszej. Tutaj nie chodziło tylko o burzę. Chodziło o coś znacznie gorszego...
-Nie bój się, jestem tutaj.
Powiedział i przytulił brunetkę widząc jej napływające łzy do oczu.
-Dziękuję...
Wyszeptała mu do ucha.
Siedzieli wtuleni w siebie kilka chwil. Wspaniałych chwil. Gdy doszło do nich to co robią, cala magia tej chwili prysła.
-Przepraszam.
Powiedziała i wstała z kolan Nathana.
Nic jej nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął.
-Jest Alexis?
Spytała.
-U siebie. Powiedz mu, że wychodzę.
Powiedział i po założeniu na siebie kurtki wyszedł z domu.
***
Alexis leżał na swoim łóżku i oglądał jakiś film. Jakieś biegające roboty, latające samochody. Cały świat z maszyn.
-Lubisz coś takiego?
Spytała wchodząc do pokoju.
-Nie. Ale chce wiedzieć co będzie w przyszłości.
Odpowiedział.
-Ale wiesz, że to jest nieprawda?
-Skąd wiesz? Może tak właśnie będzie? Nikt nie ma pewności.
Usiadła na łóżku obok niego i spojrzała w telewizor.
-Nie, to jest bzdura.
Odpowiedziała.
-Nie znasz się. Gdzie Natt?
Spytał.
-Wyszedł.
-W taką pogodę? Chyba chory chce być...
-Najwyraźniej.
Odpowiedziała spuszczając głowę w dół.
-A Tobie co się dzieje?
Spytał patrząc na brunetkę.
-Nie. Wszystko w porządku. Oglądaj film, ja już pójdę.
Powiedziała i wstała z kanapy.
-O nie, nie, nie. Nigdzie nie pójdziesz, do póki nie powiesz mi co się stało.
-Nic się nie stało...
Powiedziała i wykręcając się posłała sztuczny uśmiech w stronę Alexisa.
-No przecież widzę.
Prawdziwy przyjaciel, to taki, który zawsze wie, jak jest coś nie tak. Który zawsze pomoże. Smutek nie zawsze od razu można zauważyć. Czasem ukrywa się on pod sztucznym uśmiechem. Przecież usta mogą się śmiać, to oczy zawsze zdradzą wszystko.
-Mów co się stało. Coś z Nathanem?
Pytał.
-Nie. Alexis, ja nie chcę o tym gadać...
Mówiła.
-No dobra, ale szybko się ode mnie nie uwolnisz.
-Będę już szła. Dobranoc.
Powiedziała i wstała z łóżka.
-Dobranoc...
***
Pomyśleć, że już minęło dziewięć miesięcy odkąd przyleciała do Barcelony. Czas leci nie ubłagalnie. Dla każdego jest go za mało, każdy narzeka.
Jesień to chyba najgorsza pora roku. W Polsce wieczne deszcze, niska temperatura, po prostu ideał! A w dodatku szkoła... Jak dobrze, że już się skończyła.
Listopad to taki nijaki miesiąc. Ani nie jest ciepło, ani zimno. Taki cały szary, bury, nie wiadomo komu potrzebny.
-Alex...
Zaczęła Diana.
-No...
Mówił. Już wiedział, że coś kombinuje.
-Bo... Patrz jakie nudy są. Mam pewien pomysł!
Powiedziała zadowolona.
-Nie. To jest głupi pomysł.
Zaprzeczył.
-Ej, ty go nawet nie usłyszałeś...
Powiedziała i zrobiła smutną minę.
-Umiem czytać Ci w myślach. Zapomnij.
Odpowiedział.
-No, Alex... Proszę!
Powiedziała i zaczęła dźgać Alexisa w brzuch.
-Pamiętasz? Mnie to nie rusza.
Powiedział zadowolony.
-Ani dźganie, ani łaskotki. Nic!
To nie jest człowiek! Jak można nie mieć łaskotek? Jak dźganie może nie przeszkadzać? Alexis, ty żyjesz?!
-To nie.
Powiedziała i odwracając się na pięcie podeszła do drzwi wyjściowych.
Bardzo dobrze wiedział o co jej chodzi. Zdążył ją poznać na tyle, że doskonale wiedział co kombinuje. Wiedział ,że teraz tylko czeka, aż on spyta się o co chodzi. Nie spytał.
-Wychodzę...
Mówiła łapiąc za klamkę. Nie chciała wyjść. Bardzo, bardzo chciała, by jej plan wtoczył się w życie.
-To cześć.
Powiedział z uśmiechem na twarzy.
Nacisnęła na klamkę.
Taka zabawa była codziennością u tych dwojga. Standard rodzinny.
Wyszła z mieszkania.
~U! Serio wyszła...~ Pomyślał zdziwiony.
Nie minęła chwila, a Diana już bywa z powrotem w mieszkaniu Sanchezów.
-Alex no! Chodź ze mną!
Mówiła.
-Gdzie?
Spytał.
-Na zakupy...
-Na zakupy chcesz iść?!
Spytał zdziwiony.
-A ty myślałeś, że gdzie?
-Sam nie wiem. No dobra, to ubieraj się.
-Dziękuję!
Powiedziała zadowolona i wybiegła z mieszkania. Po chwili była już gotowa.
***
Pojechali do jednego z większych centrów handlowych w Barcelonie.
Diana doskonale wiedziała, że teraz jest wyprzedaż ciuchów letnich, a i jakieś zimowe da radę kupić taniej.
Jak weszła do jednego sklepu, tak nie mogła wyjść. Przymierzała wszystko! Bluzki, spodnie, buty, wszystko musiała dotknąć.
Alexis długo wytrzymywał. Nawet bardzo. Przez pierwszą godzinę chodził za Dianą, pomagał wybierać, nawet sam sobie coś kupił. Ale ile można chodzić za kobietą, które wpadła w wir zakupów?
-Będę...
Mówił, lecz nie dokończył. Stwierdził, że nie ma sensu. Ona i tak nie słucha.
Usiadł gdzieś w rogu sklepu i siedział czekając na cud...
Po pierwszej godzinie przestał liczyć czas. Nawet tego mu się odechciało. Chyba zasnął...
***
-Alex... Aluś... Aluuuusiuu!
Mówiła do leżącego na kanapie piłkarza.
-Wstawaj. Środek dnia, a ty śpisz.
Mówiła. Po prawie trzech godzinach raczyła wrócić do Sancheza.
Po wydaniu fortuny w centrum mogli wrócić do domu.
-Przyjdę później. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?
Mówiła.
-nie jestem. Bardzo wygodną kanapę mieli, więc było dobrze.
Odpowiedział i wszedł do mieszkania. Diana zrobiła to samo.
Wchodząc ujrzała siedzącego przy stole dziadka i jakąś obcą postać.
-Disiu! Witaj!
Powiedział.
-Dzień dobry...
Powiedziała do obcej osoby.
-Witaj Diana. Twój dziadek dużo mi o Tobie mówił.
Odpowiedziała kobieta.
-Dziadku...
Zaczęła Diana patrząc na Ricardo.
-Diana, to jest Manuela. Moja przyjaciółka.
Odpowiedział jej.
Przyjaciółka. Przyjaciółka. Jaka kurde przyjaciółka!? Przecież Ricardo nie może mieć przyjaciółki!
-Może usiądziesz z nami do stołu?
Zaproponowała niska kobieta. Była naprawdę niska. Ale bardzo ładna. Mimo tylu lat ile miała, jej włosy nadal były czarniawe, oczy mocno brązowe, a usta krwisto czerwone. Widać było, że dba o swój wygląd. Ubrania starannie dobrane, pasująca biżuteria. Prezentowała się bardzo dobrze.
Diana z grzeczności usiadła do stołu. Czuła sie nieswojo z tą kobietą przy stole. Dało się to zauważyć. Nie odezwała się ani słowem.
Siedziała przy stole i milczała dobre dwadzieścia minut. Nie wiedziała jak powiedzieć, że nie chce z nimi siedzieć. Wpadła na pomysł. Wyciągając z kieszeni telefon, włączyła piosenkę, którą ma na dzwonek w komórce.
-Halo?
Powiedziała i odeszła od stołu "odbierając" telefon.
-Tak, tak. Dobra. Już idę.
Mówiła dalej.
-Dziadku idę do Alexisa.
Powiedziała i nie czekając na odpowiedź wyszła z mieszkania.
W mieszkaniu Sanchezów panował jak zwykle bałagan. Ale ten aktualny to istny koszmar! Wszystko wszędzie tylko nie tam, gdzie powinno być. Co do licha w salonie robi gąbka i żel po prysznic? Kwiatki się tym myją?
-Nie zgadniecie!
Powiedziała siadając obok Alexisa.
-Wygrałaś w Totka!
Powiedział Nathan!
-Nie...
Zaprzeczyła.
-Wiem! Pojechałaś do Chin i spotkałaś mędrca, który powiedział Ci, że powinnaś zjeść kilogram bananów, ty to zrobiłaś i zamieniłaś się w małpę i szukasz jakiegoś wysokiego drzewa, bo żadne ZOO nie chce Cię przyjąć!
-Alex! Mówił Ci już ktoś, że jesteś głupi? I sam jesteś małpą! A nie! Ty jesteś baranem!
Krzyknęła za niego ze śmiechem.
-Boję się waszych dalszych pomysłów, więc wam powiem.
Zaczęła.
-Mój dziadek ma dziewczynę!
Powiedziała ucieszona. Sama nie widziała dlaczego, ale ucieszyła się, że Ricardo ma kogoś.
-Jak to ma dziewczynę?
Pytał Nathan.
-No normalnie. Manuela się nazywa. Jest u nas w mieszkaniu.
-Ha! Ha! Natt, ty nie masz nikogo, a Ric tak! Spójrz na siebie!
Śmiał się Alexis.
-Debilu przypomnę Ci, że ty też jesteś sam!
-Nie jestem sam kretynie! Tylko ty nei jesteś godny jej poznać.
Odpowiedział.
-Jej? Chyba GO! HAHA! Geju ty!
Śmiał się. W tym momencie Alexis rzucił się na brata i zaczęła się braterska miłość. Raz Alex na Nathanie, później Nathan na Alexisie. Ależ oni się kochają...
wtorek, 4 czerwca 2013
11. Nigdy nie zaznasz prawdziwego szczęścia.
Nie wszystko co robimy jest godne pochwały. Nie wszystko co robimy jest przemyślane i zaplanowane. Nie wszytko co robimy sami pochwalamy. Nie wszystko co robimy jest z własnej woli. Czasem ktoś nas do czegoś zmusza, czasem przegramy jakiś głupi zakład, a czasem nasz duma nie chce zostać urażona i po prostu jesteśmy zmuszeni zrobić coś, czego wcale nie chcemy. A czasem wystarczy kilka butelek napojów procentowych, a już człowiek robi głupstwa, o których po trzeźwu nawet by nie pomyślał. W tym "wyjątkowym" stanie człowiek jest w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko...
***
Otworzyła oczy. Rozejrzała się po pokoju. Syf! Brud! Ogólna rozpierducha! Ciuchy, piłki, majtki. Hola! Hola! Czyje majtki? JEJ! Chcąc się upewnić zajrzała pod kołdrę. Jej ciało było kompletnie nagie! Kto to zrobił?
-Cześć kochanie...
Usłyszała niski, przyjemny głos. Odwróciła się. Jego ciemne, lśniące oczy wpatrywały się w nią jak w obrazek. Jakby była najpiękniejszą kobietą na ziemi.
Leżała obok niego i ani drgnęła. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Nie musiała nic mówić. Poczuła ciepłe usta na swoich.
-Jak się spało?
Spytał.
-Jak się spało? Moritz?! Co my robimy?
Spytała zła i wstała z łóżka.
-Tak, teraz dużo lepiej.
Powiedział zadowolony z siebie. Nim Dianie przypomniało się, że jest naga, brunet zdążył jej się dokładnie przyjrzeć.
Jak najszybciej wróciła do łóżka i przykryła się po samą szyję.
-Nie udawaj, że się mnie wstydzisz. Nie pamiętasz jak mówiłaś, że mnie kochasz i chcesz mi urodzić troje dzieci?
Mówił uśmiechnięty.
-Ty się dobrze czujesz?!
Spytała zła.
Nagle kompletna zmiana nastroju. Jakby ktoś inny w nią wstąpił. Czasem już tak jest, że nasze nastawienie zmienia się diametralnie. Nie koniecznie na lepsze, ale się zmiana.
-Przepraszam. Tak, pamiętam. Kocham Cię.
Odpowiedziała i przytuliła się do chłopaka.
-Od teraz wszytko będzie dobrze? Mogę mówić, że jesteś moją dziewczyną?
Pytał.
-Kocham Cię Mo.
Powiedziała i czule pocałowała "swojego chłopaka".
Całą miłosną sielankę przerwały otwierające się drzwi.
-Co się tutaj wyprawia?!
Spytał Alexis wchodzący do pokoju. Wszystko było by normalne, gdyby nie to, że miał przefarbowane na blond włosy, a jego zazwyczaj modne ciuchy, zamieniły się na różową falbaniastą sukienkę. Co on na siebie włożył?
Żadne mu nie odpowiedziało. Leżeli wtuleni w siebie i nie wiedzieli co powiedzieć.
-Odpowiecie mi? Diana?! Zdradzasz mnie?!
Spytał zły i ściągnął kołdrę z kochanków.
-AAAWWRR!
Wrzasnął.
-Zdradzasz mnie! I to z kim? Z nim?! DIANA!!!
Wydarł się jeszcze głośniej.
-Ale... Alexis...
Mówiła przez płacz.
-O nie! Nikt nie będzie doprowadzał do płaczu mojej dziewczyny!
Wykrzyczał Leitner i wstając z łóżka zaczął popychać Sancheza.
-Moritz! Alexis! Przestańcie!
Wrzeszczała przez płacz Diana. Chciała temu zaprzestać. Chciała ich rozdzielić, ale coś jakby przywiązało ją do łóżka. Nie była w stanie wstać.
-Zapamiętaj! Nigdy! Nigdy nie pozwolę, żeby Diana przez Ciebie płakała! Żeby przez kogokolwiek płakała!
Krzyczał Moritz uderzając w twarz Alexisa.
-A ja nie pozwolę, żeby była z takim idiotą jak ty!
Powiedział Alexis. Tym razem, to on był atakującym. Przewrócił Moritza na podłogę. Ten upadając rozbił głowę o kant stołu. Upadł martwy na podłogę. Alexis albo tego nie widział, albo nie chciał widzieć. W ten czy inny sposób nadal bił Moritza. Chciał pokazać kto jest lepszy.
-Alexis! Zostaw go!
Krzyczała Diana płacząc na łóżku.
W końcu miała w sobie na tyle siły, by wstać z łóżka. Podbiegając do martwego Moritza nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Krew była wszędzie. Teraz również na jej rękach. Nie wiedziała co ma robić. Nic nie wiedziała.
-Tak będzie dla wszystkich lepiej.
Zaczął Alexis patrząc na płaczącą Dianę.
-Raz na zawsze zniknie z naszego życia.
Dokończył.
-Jesteś nienormalny! Nie chcę Cię znać!
Krzyczała na niego.
-Nie? A wczoraj jeszcze mówiłaś, że mnie kochasz. Nie pamiętasz?
Pytał. Znów to samo. Znów diametralna zmiana nastroju. Zmiana patrzenia na świat. Teraz nie Moritz był najważniejszy. Nie, nie... On mógł już nie żyć. Ups... Przecież nie żyje...
Teraz najważniejszy był Alexis. Tylko on.
-Przepraszam, że na Ciebie krzyczałam. Wiem, źle się zachowałam. Przebaczysz mi?
Pytała ze złami w oczach podchodząc do chłopaka.
-Tak. Kocham Cię Diana.
-Ja Ciebie też kocham.
Odpowiedziała i czule pocałowała Chilijczyka.
-Co tutaj się wyprawia?!
Wparował do pokoju Nathan. Tak Nathan. Ten sam, który powinien być teraz z Hiszpanii.
-Nathan? Co ty tutaj robisz?
-Co ja tutaj robię? Ty mi wytłumacz! Co ty tutaj robisz z nim?
Pytał zły.
-Co się tutaj dzieje?
Spytał Moritz.
-Mo?! Ty żyjesz?
Spytała ucieszona Diana. Przecież jeszcze przed chwilą leżał cały we krwi z rozwaloną głową. Nie oddychał! On nie żył! Co się tutaj dzieje?!
Stała sama po jednej stronie pokoju. Po drugiej kolejno Moritz, Nathan i Alexis. Patrzyli się na nią swoimi ciemnymi oczami.
-Ja nic nie rozumiem...
Zaczęła.
W tym momencie pokój zamienił się w jedną czarną przestrzeń. Nie było tu nic, poza czworgiem ludzi. Nic nie widzieli. Było ciemno. Zimno. Przerażająco!
-Alexis...?!
Pytała przestraszona. Nie wiedziała gdzie jest. Nie wiedziała co robić. Bała się.
-Moritz...?!
Znów to samo. Żadnego odzewu.
-Natt...?!
Nikt nie odpowiedział. Była przerażona. Nie wiedziała co z nią teraz się stanie.
-Chodź tutaj moje dziecko.
Odpowiedział jej głos. Aż podskoczyła ze szczęścia. Nie jest sama!
W tym momencie zrobiło się jasno. Jasność tak raziła w oczy, że nie można było tego wytrzymać. Rażący promień zamienił się w parzący! Zaczął parzyć ją po całym ciele. Czuła ból. Ból, który był dopiero początkiem jej cierpień. Krzyczała, wiła się z bólu.
-Diana?!
Usłyszała głos. Znany jej głos. Głos, którego tak bardzo jej brakowało przez kilka dni.
-Dziadku?
Wyjąkała ostatkiem sił.
-Jestem tutaj. Chodź za moim głosem...
Mówił.
Nie miała sił. Musiała.
Co krok dalej czuła się lepiej. Jakby bliskość dziadka sprawiała, że czuła się lepiej, bezpieczniej. Szła za głosem. Cały czas po omacku. Ale nie bała się. On ją prowadził...
-Dziadku?!
Spytała gdy jej oczom ukazał się piękny, różany ogród.
Ogród, który już gdzieś kiedyś widziała, ogród, który sprawiał, że stawała się szczęśliwa i od razu uśmiech gościł na jej twarzy.
Ogród ten był idealny! Drzewa, krzewy, kwiaty... Czuła się wspaniale. Ból już całkiem uleciał z jej małego ciała.
-Diana?!
Usłyszała znów głos. Dochodził zza jej pleców.
Niepewnie odwracając się ujrzała dziadka. Stał ubrany w białą koszulę i białe spodnie. Wyglądał niczym anioł. On był aniołem. Jej Aniołem Stróżem.
-Diana posłuchaj.
Zaczął.
-Nie zawsze życie układa nam się tak, jak byśmy chcieli. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Ale pamiętaj. Nie wolno się poddawać. Nie wolno zwątpić w swoje siły. Jeżeli ty zwątpisz w siebie, wszyscy, wszyscy bez wyjątku będą uważali Cię za słabą. A ty nie jesteś słaba. Jesteś wyjątkowa. Wyjątkowa i bardzo silna. Przeszłaś przez tak wiele. Mimo tylu niepowodzeń i porażek, nadal jesteś uśmiechnięta. Nadal jesteś pozytywnie nastawiona do świata. Do świata, przez którego tak dużo wycierpiałaś.
Mówił do wnuczki wycierając jej łzy spływające po policzku.
-Diana, obiecaj mi, że będziesz silna. Nie dla mnie, nie dla przyjaciół. Dla siebie. Bo to jest twoje życie, nie kogoś innego. Ty sobie nie dasz rady, ono się rozpadnie. Pamiętaj o tym.
Kiwnęła głową patrząc wprost w oczy dziadka.
-W życiu zawsze jest kilka dróg do wyboru. I niezależnie od tego, jak dobrze byś wybrała, zawsze będziesz się zastanawiała nad tym, jak wyglądało by twoje życie, gdybyś wybrała inaczej. Musisz kierować się rozumem. Ale też sercem. Wiem, to nie jest łatwe. Czasem jedno podpowiada coś, co jest rozsądniejsze, a drugie to, dzięki czemu będziesz bardziej szczęśliwa. Wybór między jednym, a drugim jest bardzo trudny. Ale pamiętasz? Jesteś silna, dasz radę.
Wtuliła się w ciepłe ciało dziadka. Jego słowa już zawsze będą w jej sercu. Jej pękniętym od dawna sercu.
-Kocham Cię dziadku...
Wyszeptała. Ricardo zniknął. Został po nim tylko lśniący pył...
Nagle cały ogród zaczął wirować. Zaczęła kręcić się razem z nim. Wpadła w okropny wir. Wir, z którego nie było ucieczki.
Znalazła się znów w ciemnym pomieszczeniu. Znów nic nie widziała. Znów czuła ból. Ból, który powoli narastał.
-Diana?!
Usłyszała głos. Bała się odpowiedzieć. Stała i czekała.
Nagle w pokoju zaczęło robić się jaśniej. Zaczęły wyłaniać się trzy postacie.
-Alexis?!
Spytała.
-Moritz?! Nathan?!
Spytała szczęśliwa. Choć ból coraz bardziej wdawał się we znaki, ona była szczęśliwa. Znów miała ich przy sobie.
-Posłuchaj. Teraz nie będzie łatwo.
Zaczął Alexis.
-Musisz dokonać wyboru.
Dokończył Moritz.
-O czym wy mówicie? Jakiego wyboru? Chodźcie do mnie i będzie wszystko dobrze.
Odpowiedziała.
-I znowu to samo!
Powiedział Alexis.
-Znów chcesz, żeby wszytko było tak jak ty chcesz. Zawsze, zawsze wszystko musi być po twojej myśli. Ty zawsze jesteś najważniejsza.
-Ale... Alex... Ja...
Wyjąkała.
-Nie Diana. Nie. Taka jest prawda. Pogódź się z tym.
Skończył.
Stała cała zapłakana w rogu pokoju. Na przeciwko niej stało trzech mężczyzn. Przyglądali jej się cały czas. Ale ich oczy nie były normalne. Były wypełnione złością, nienawiścią, czernią.
-Wybieraj.
Zaczął Nathan.
-Co mam wybierać? Między czym?!
Spytała.
-Między nami. W twoim życiu nie może być trzech mężczyzn jednocześnie.
Dopowiedział Leitner.
-O czym wy mówicie?!
Wrzasnęła. Chcąc im się lepiej przyjrzeć podeszła bliżej. Stała dosłownie kilka metrów od nich. Chodź wiedziała, że to oni, nie poznawała ich. Czasem już tak jest, że chociaż kogoś bardzo dobrze znasz, to go nie poznajesz. Tak po prostu...
-Jak ja mam między wami wybierać?! Wszyscy jesteście moimi przyjaciółmi... Nie umiem!
Krzyczała.
Całą trójka stała niewzruszona. Kamienna twarz. Wzrok zawieszony wysoko w górze, ręce spuszczone wolno wzdłuż ciała, usta opuszczone w dół. To nie byli prawdziwi oni...
-Ja, Nathan, czy Moritz? Wybieraj. Nie mamy czasu.
Mówił Alexis.
-Alex... Sanchi...
Powiedziała.
-O co wam chodzi? Ja nic nie rozumiem...
-Ja, Nathan czy Moritz?
Powtórzył.
-Alex...
-Dobrze, skoro nie chcesz. Miło było Cię poznać. Pamiętaj, że kocham Cię, zawsze kochałem i nigdy nie przestanę.
Powiedział. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa zamienił się w pył. Taki sam, w jaki kilka chwil wcześniej zamienił się Ricardo.
-Alex!!!
Krzyknęła Diana podbiegając w miejsce, w którym stał Alexis.
-Wybieraj.
Powiedział Moritz.
-Ja czy on.
Dokończył Nathan.
-Nie chcę żadnego z was! Znikajcie! Zostawcie mnie w spokoju!
Wrzasnęła i schowała twarz w swoje ręce. Ona płakała, oni zniknęli. Znów była sama. Była sama, a tego tak bardzo nie lubiła.
Jej zapłakane oczy po kilku chwilach zaczęły ją piec. Tak piec, jak jeszcze nigdy wcześniej!
Ból, który zaczął przechodzić przez jej ciało był nie do wytrzymania. Znów czuła to samo.
-Nigdy nie zaznasz prawdziwego szczęścia.
Te słowa były ostatnimi jakie usłyszała. Było z nią coraz gorzej. Krzyczała, biła się po całym ciele, wyrywała włosy z bólu. Nie wytrzymała. Ból był większy. Nigdy już nie będzie szczęśliwa.
***
-Co ona tak się drze?
Spytał się Leo siedzący przy stole.
-Może weszła na wagę i pokazała więcej niż myślała?
Odpowiedział Alexis.
-Głupi jesteś! Może trzeba tam wejść?
Zaproponował Jordi.
Krzyki Diany wypełniały całe mieszkanie. Dlaczego nikt nie wpadł na to, by wcześniej sprawdzić co jej się dzieje? Przecież wszystko mogło się przez ten czas wydarzyć.
-Dobra, pójdę do niej...
Powiedział Alexis i wstał od stołu. Delikatnie otwierając drzwi wszedł do pokoju. Pokoju Moritza.
-Diana?!
Powiedział przestraszony i podbiegł do łóżka, na którym "spała" Diana.
Jej krzyki były tak głośne, takie przerażające, że Alexis nie wiedział co ma zrobić. Diana wierciła się na łóżku, biła się po własnym ciele. Jakby wstąpił w nią demon!
-Diana! Diana! Obudź się!
Krzyczał do niej Alexis łapiąc ją za ramiona.
Nagle otworzyła oczy. Były całe czerwone i przepełnione łzami. Gwałtownie podniosła się i usiadła na wprost przerażonego Alexisa. Bał się bardziej niż ona sama. Jego mina sama w sobie była przerażająca! Usta otwarte, przekrzywione lekko w lewo, oczy wytrzeszczone najbardziej jak się da. Wyglądał niczym Özil!
-Już dobrze? Uspokoiłaś się?
Pytał Alexis patrząc na nią.
Dziewczyna mu nie odpowiedziała. Tylko rzuciła mu się na szyję i mocno przytuliła. Bała się, że naprawdę go straciła. Bała się, że już więcej go nie zobaczy. Bała się, że wszystko się skończyło. Teraz się dopiero zacznie...
-Co Ci jest? Dianuś?
Pytał.
-Jestem przy tobie. Już się nie bój...
Mówił głaszcząc ją po ciemnych włosach.
-Chodź. Ubierz się. pomaluj i przyjdź do nas.
Powiedział i po pocałowaniu ją w czoło podszedł do drzwi.
-Jestem tuż obok. Nie bój się.
Powiedział i wyszedł z pokoju.
Znów została sama. Znów tysiące myśli w jej głowie. To był tylko sen. Na szczęście to był tylko sen. Ale sen, który już zawsze zostanie w jej pamięci. Nigdy nie zaznasz prawdziwego szczęścia, te słowa bardziej sprawdzą się w jej życiu, niż może sobie wyobrazić...
***
-I co z nią?
Zaczął Leo, gdy Alexis wrócił do salonu. Całe posiedzenie przeniosło się na wielką kanapę w salonie. Byli wszyscy prócz Pedro i Moritza. Ten pierwszy jeszcze nie doszedł do siebie po wczorajszym wieczorze...
-Miała zły sen. Już w porządku. Ale proszę, nie pytajcie jej o to. Jest cała roztrzęsiona.
Odpowiedział i położył się na kanapę.
Po kilku minutach do salonu weszła Diana. Nie wyglądała normalnie. Po jej pięknym, szczerym uśmiechu nie było śladu. Była bardzo smutna. Przygnębiona.
Siadając obok Alexisa napiła się szklanki mleka.
-To co, dziś już nas opuszczacie?
Zaczął Bittencourt.
-Jak trzeba to trzeba. Ale chyba macie nas już dość, nieprawdaż?
Spytał Tello.
-Oj, nie było tak źle.
Odpowiedział.
-Sądząc po twoich podkrążonych oczach i jeszcze pijanym sposobie myślenia, można stwierdzić, że nasze odwiedziny na długo zapamiętasz?
Powiedziała Diana. Nareszcie na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Po chwili atmosfera całkiem się rozluźniła.
-Alexis, weź się przesuń... Nie mam tu miejsca! Nie możesz usiąść?!
Powiedział Jordi, który siedział na skrawku kanapy.
-Najważniejsze w życiu to nie upaść, dlatego leżę!
Powiedział ze śmiechem Sanchez.
***
Dochodziła czternasta. Ich siedmioosobowa grupa nadal nie była w komplecie. Moritz zaginął w akcji, a Pedro umiera w łóżku. Temu panu więcej nie polewamy...
-Pójdę go obudzić. Niedługo jedziemy.
Powiedział Alexis i leniwie podniósł się z kanapy.
Pedro spał w pokoju gościnnym. Wyglądał tak niewinnie z zamkniętymi oczami, tak słodko... Ale to nie przeszkadzało Alexisowi, by zgotować mu "mile" powitanie.
-Wstaaaaaaawać!
Wydarł się Alexis do ucha Rodriqueza i zrzucił go z łóżka.
-Do jasnej cholery! Sanchez!
Wydarł się jeszcze głośniej leżąc na podłodze.
-Pora wstawać śpiąca królewno, słonko już dawno świeci nad Dortmundem.
Powiedział i wyszedł z pokoju.
-Zabiję go kiedyś, zabiję...
Powtarzał wściekły Pedro wstając z podłogi.
***
Po wspólnym zjedzeniu obiadu i obejrzeniu po raz setny filmu o psie grającym w piłkę nożną, Leo zaczął martwić się o swojego przyjaciela. Korzystając z ogólnego zamieszania w domu, wykręcił jego numer.
-Mo?! Gdzie ty jesteś?
Zaczął mówić do słuchawki.
-...
-To wracaj do domu! Ile można biegać?
Mówił i rozłączył się.
Gdyby ktokolwiek wszedł teraz do tego mieszkania, sam by się zgłosił do psychiatryka, myśląc, że ma omamy i widzi na tym świecie samych idiotów!
Sanchez na podłodze, a na nim Pedro, bo Alexis znów zaczął mówić o fascynacji Pedro mężczyznami.
Tello rozmawiający przez telefon ze swoją dziewczyną, był najnormalniejszy, ale też nie do końca. Wyszedł na balkon i przy rozmowie robił na zmianę brzuszki i przysiady. Diana z Jordim postanowiła sprawdzić, które z nich lepiej skacze na skakance. Na środku salonu, zaraz obok telewizora urządzili zawody. Cóż z tego, że skakanka zahaczała o żyrandol, co z tego, że potłukli już dwa wazony, jeśli właściciel nic nie mówi, to czemu mają przestawać? No czemu?
-Nigdy już ich nie wpuszczę do domu, nigdy.
Powiedział Leo, gdy spojrzał na to wszystko co dzieje się w jego domu.
-Za jakie grzechy?!
***
Gdy otocznie nieco się uspokoiło i można było usłyszeć swoje myśli, do domu wrócił Moritz. Wyglądał tak samo, jak w dzień, kiedy poznał ta zgraję wariatów.
-O! Jesteś!
Zaczął Leo widząc swojego przyjaciela.
-Lepiej późno niż wcale. Za dwie godziny odlatujemy!
Dopowiedział Alexis.
Moritz był bardzo zmieszany, jakby bał się spojrzeć w oczy komukolwiek. Jak najszybciej chciał się zamknąć w łazience, pod pretekstem kąpieli.
-Kto tam jest?
Spytał.
W tym momencie z łazienki wyszła Diana. Ich spojrzenia spotkały się. Ten strach, ten ból znów wrócił. Jakby znów śniła na jawie.
-Przepraszam...
Powiedział i zamknął się w łazience.
-On jest jakiś dziwny.
Powiedział Alexis, gdy Diana usiadła obok niego.
-Powiedz no, coś ty mu wczoraj zrobiła?
Zaczął.
-Ja?!
Spytała zdziwiona.
-No, ty z nim wczoraj wróciłaś. Pedro nie mam co pytać, bo on nadal nie kontaktuje.
Powiedział i wskazał na Pedro, który oglądał swoje brwi w butelce po piwie.
-Ja mu nic nie zrobiłam. On sam z siebie jest dziwny. Kto jak kto, ale ty Leo powinieneś to potwierdzić.
-No... Zaprzeczyć nie mogę.
-Ale i tak Pedro jest najdziwniejszy!
Podsumował wszystko Alba.
***
Moritz nie siedział długo w łazience. Wręcz przeciwnie, wyszedł po chwili, ale nie odzywał się ani słowem. Odpowiadał tylko na pytania pojedynczymi słowami.
-Chodźmy na rowery!
Wrzasnął Jordi.
-Jordi lubi jeździć na rowerach.
Mówił kiwając głową w dół i w górę.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Wszyscy byli za!
Już po kilku minutach siedzieli na rowerach gotowi do drogi. Leo zaproponował trasę wokół lasu, który jest jednym z ładniejszych miejsc w tej okolicy. Oczywiście zaraz po stadionie.
Alexis na samym przodzie, za nim Jordi z Tello, Leo z Moritzem a na końcu wlókł się Pedro, któremu towarzyszyła Diana.
-Dobrze się już czujesz?
Zaczęła.
-Tak. Dobrze. To świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Odpowiedział.
Jeździli różnymi szlakami przez kilkadziesiąt minut. Ale każdemu prędzej czy później znudzi się takie jeżdżenie. Jej znudziło się prędzej.
-Ej, słuchajcie..
Zaczęła Diana.
-Zatrzymajmy się na trochę. Nie mam takiej kondycji jak wy...
Mówiła. Prawda. Oni nawet nie czuli zmęczenia, a Dianie nogi już odmawiały posłuszeństwa.
Cóż mieli zrobić? Zatrzymali się na jednym z wzniesień i odpoczywali wygrzewając się na słońcu, które dziś się nie oszczędzało.
-Tello, wiesz jak się czuje Hiszpan wrzucony do rowu z wodą?
Zaczął Jordi. Alexis już widział jego szyderczy uśmiech na twarzy, doskonale wiedział co knuje.
-Nie, jak?
Odpowiedział.
-Zła odpowiedź!
Krzyknął Alexis i wrzucił Cristiana do rowu z wodą. Zimną wodą.
-To już wiesz!
Krzyknął ucieszony i przybił piątkę Jordiemu.
-SANCHEEEZ!!!
Wrzasnął Tello i wychodząc z rowu zaczął biec za Alexisem.
Wszyscy mieli wielki ubaw z przemoczonego Tello. Wszyscy poza Moritzem, który siedział pod drzewem oddalonym o kilka metrów od całej grupki.
-Cześć...
Powiedziała Diana podchodząc do niego.
-Mogę się przyłączyć?
Spytała. Po chwili już siedziała obok niego.
Musiała z nim porozmawiać. Musiała wszystko wyjaśnić. Musiała się upewnić. Możliwe jest, że już więcej go nie zobaczy. Nie można zaczynać nowego rozdziału, gdy poprzedni jest jeszcze nie skończony.
-Co dziś taki smutny jesteś?
Zaczęła.
-Nie musisz udawać. Jesteśmy sami.
Odpowiedział.
-Chciałem porozmawiać z tobą o tym, co się wczoraj stało, ale nie miałem odwagi. Nie wiedziałem jak zacząć...
Mówił.
Wiedziała, że takie owijanie w bawełnę do niczego nie doprowadzi. Można czaić się całe życie, ale wygrywają tylko konkretni. Taka też chciała być.
-Czujesz coś do mnie?
Spytała prosto z mostu patrząc na chłopaka.
Nie dało się nie zauważyć jego rumieńców na twarzy, jego zakłopotanych oczu i nerwowego przełykania śliny. Denerwował się. Bardzo się denerwował.
-Czujesz? Czy nie?
Pytała. Sama nie wiedziała, skąd ma w sobie tyle siły, by bez najmniejszego wzruszenia mówić do niego takie rzeczy. Rzeczy, które zawsze trudno przechodziły jej przez gardło.
-Diana... Ja sam nie wiem...
Wyjąkał.
-Mo... Proszę Cię. Nie komplikuj tego. Powiedz, że nic do mnie nie czujesz. Że to była tylko jednorazowa akcja. Że nie byłeś wczoraj sobą.
Mówiła. On nie miał nawet zamiaru jej przerywać. Wpatrywał się w nią tak samo jak wczoraj. Jak w obrazek.
-Ja nie byłam. To nie byłam ja. Byłam pijana. Nie chciałam żeby to tak wyszło...
Mówiła. On nadal przyglądał się jej.
-Mo?! Powiesz coś wreszcie?!
Spytała nieco głośniej.
-Przepraszam za tamto i za to.
Powiedział.
-Za to? Za...
Nie zdążyła skończyć zdania. Usta zablokował jej Leitner swoimi. Znów czułą ten przeszywający ją ból w całym ciele, ale nie mogła, nie chciała by przestawał. Chciała, żeby to trwało wiecznie.
-Za to przepraszam.
Powiedział, gdy oderwał swoje usta od jej.
-Musiałem sprawdzić.
Dopowiedział. Diana cały czas była w szoku, ale nie dała tego poznać po sobie.
-I co? Dowiedziałeś się czy coś do mnie czujesz?
"Tak", "nie", "nie", "tak". Nie wiedział co powiedzieć. Bał się tego powiedzieć. A właściwie nie bał się powiedzieć. Bał się tego, co usłyszy od niej po wypowiedzeniu tego jednego słowa. Może byłoby łatwiej, gdyby mówiła to lżejszym, przyjemniejszym tonem? Diana przez cały czas była poważna i stanowcza. Jak nigdy.
-Nie.
Odpowiedział po pewnej chwili. Kłamał.
-Cieszę się, że sobie wszystko wyjaśniliśmy. Potraktujmy to jako wakacyjną przygodę. Nikt się o tym nie dowie.
Powiedziała już z uśmiechem na twarzy Diana.
-Tak... Nikt się nie dowie...
Powiedział ze sztucznym uśmiechem i odwrócił wzrok.
-Reus!!!
Usłyszeli krzyk Leo. Zaraz potem ujrzeli wysokiego blondyna przytulającego się do Leo.
-Jaki zbieg okoliczności!
Mówił.
-Pamiętasz, to są Alexis, Jordi, Pedro...
Mówił.
-Tak, pewnie. Hola!
Dorzucił po hiszpańsku.
-A tam pod kocem leży Tello. Trochę się zmoczył chłopak.
Dopowiedział Leo.
-A to jest...
Powiedział.
-Diana.
Odpowiedziała podając dłoń blondynowi.
-Miło mi Cię poznać.
Powiedział z przyjaznym uśmiechem na twarzy Marco.
Chłopcy nie byli by sobą, gdyby nie zaproponowali rewanżowego meczu Borussia-Barcelona.
Składy wyrównane, można grać.
Alexis-Pedro-Jordi kontra Marco-Leo-Moritz. Mecz wyglądał bardzo ciekawie. Nawet nie mówię już o tym, że grali bez bramkarza, ba! oni nie mieli bramek! Ustawili rowery i bramka gotowa! Za to piłki nie musieli długo szukać. Marco zawsze ma przy sobie chociaż jedną. Dobra. Piłkarze są, bramki są, piłka jest... Sędzia! Jest. Diana robiła za sędzinę. Nie wszystkim się to spodobało, gdyż sędzia darzy większą sympatią jeden ze klubów, ale cóż. Lepszy taki niż żaden.
Pierwszy gwizdek i zaczęli!
Piłkarze biegali po boisku, Diana udawała, że sędziuje, a Tello był odpowiedzialny za doping. Matko Katalońska jak on się darł! Wydzierał swoje gardło tak głośno, że czasem był głośniejszy niż gwizdek! Na przemian Vamos Barca i HEJA BVB, z czym to pierwsze było śpiewane dużo częściej i głośniej.
Jako, że grali bez bramkarzy, a bramki były dość duże (większe niż standardowe) to piłka do "siatki" wpadała co chwilę. Po dwóch minutach było już 17-18. Chyba. Sędzia zawsze może popełnić błąd w liczeniu goli, w szczególności jeśli jest ich tak dużo.
-Moritzzz!!! Tutaj! Podaj!
Krzyczał Marco stojąc niemal w bramce Barcelony.
Ostatnia akcja. Barcelona prowadzi jednym golem. Przy piłce Borussia.
Moritz chciał się popisać świetnym podaniem wprost pod nogi Marco. Udało mu się. Piłka idealnie ułożyła się pod nogami pomocnika. Wystarczyło już tylko umieścić ją w "siatce". Ale od czego w drużynie Mistrzów Hiszpanii jest niejaki Jordi Alba?
Jednym wspaniałym wślizgiem zabrał piłkę Marco, ale też przy okazji przejechał butem po jego nogach. Blondyn chcąc lub nie chcąc padł na trawę i zaczął zwijać się z "bólu".
-Karny! Karny!
Krzyczał Leo.
Musiała wskazać na jedenasty metr. Fakt, najpierw musiała odmierzyć te jedenaście metrów. Robiła to ponad dziesięć razy, ponieważ zawsze komuś coś nie pasowało. Gdy w końcu wszystko było gotowe, do piłki podszedł Moritz.
To była ostatnia akcja. Strzela, remis, nie przegrywają. Presja jaka na nim ciążyła była ogromna. Tak, pamiętam, że grają gdzieś w środku lasu, bramka jest zrobiona z rowerów, a składy są po trzy osoby. Ale karny to karny! Zawsze jet stresujący, szczególnie jeśli od tego zależy los twojej drużyny. Ba! Twojego życia!
Na bramce Alexis. Przy piłce Moritz. Co z tego będzie?
Wszyscy tylko czekają, aż Diana gwizdnie, a ona na przekór wszystkim zaczęła wiązać buty. Ach te kobiety...
-Gwizdnie w końcu?
Spytał się po cichu Pedro.
-Nie wiem. Robi to specjalnie.
Odpowiedział mu Jordi.
Najbardziej ze wszystkich denerwował się Moritz. Stał i patrzył prosto w środek bramki.
I Gwizdek! Mo głęboko odetchnął i wziął rozbieg.
-Hej, Moritz!
Krzyknęła Diana przyjmując wyzywającą pozycję i podwinęła lekko koszulkę do góry. Chciała jak najskuteczniej rozproszyć chłopaka.
Udało jej się. Kopnął tak nieudolnie, że Alexis, choć bramkarz z niego beznadziejny bez najmniejszego problemu złapał piłkę.
Wyraz twarzy Leitnera był niesamowity! Stał taki zrezygnowany, zawiedziony, ale jednocześnie zadowolony.
-Moritz sieroto!
Wrzasnął Reus podchodząc do chłopaka.
-Ona mnie rozproszyła!
Powiedział wskazując na Dianę.
-Ja?!
Spytała poprawiając koszulkę.
-Cycki mi pokazywała!
Mówił z uśmiechem na twarzy.
-Śmieszny jesteś Mo. Koniec meczu! Wygrywa Barcelona!
Krzyknęła. I zaczęły się uściski. Wszyscy ze wszystkimi. Nawet wciągnęli do tego graczy Borussii. Wszyscy byli szczęśliwi i radośni. Mimo patałacha Moritza. Cóż, w końcu zobaczył cycki. Niestrzelenie karnego zostało mu wybaczone.
***
-Odwiedzicie nas jeszcze kiedyś?
Zaczął Leo gdy stali przed drzwiami prowadzącymi do samolotu.
-Niedoczekanie wasze.
Odpowiedział Alexis. Leo nie zrozumiał. Odebrał to bardzo negatywnie. Już chciał odpowiedzieć coś
Sanchezowi, ale ten był szybszy.
-Wiecie gdzie jest Hiszpania? Tam nas znajdziecie.
Odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
-Czyli nie masz mi nic za złe?
Spytał się Moritz. Stali nieco z boku, chciał pobyć z nią ostatni raz sam na sam.
-No co ty! Przeze mnie nie strzeliłeś karnego, ty powinieneś być zły.
Powiedziała uśmiechnięta.
-Ale jaki fajny powód był niestrzelenia tego karnego.
Odpowiedział.
-Chodź tutaj do mnie.
Powiedział i przytulił dziewczynę mocno do siebie. Ostatni raz chciał być blisko niej. Ostatni.
-Diana! Chodź.
Spojrzała w jego oczy. Były smutne i zawiedzione.
-To do zobaczenia w Barcelonie.
Powiedziała i czule pocałowała chłopaka w policzek.
Pożegnania są najgorszą częścią wyjazdu. Zawsze, zawsze tak samo bolą.
-Cześć Leo. Pilnuj tego wariata.
Powiedziała i po wskazaniu na Mo przytuliła bruneta.
-A mam inny wybór?
Odpowiedział ze śmiechem.
Podeszła do Reusa. Nie znała go długo, fakt, w ogóle go nie znała, ale bardzo polubiła.
-To...
Zaczęła.
-Do zobaczenia.
Odpowiedział i przytulił brunetkę.
-Diana! Chodź że no!
Krzyknął Alexis stojący już w korytarzu prowadzącym do samolotu.
-Miło było Cię poznać.
Odpowiedziała i poszła za Alexisem.
Ostatnim co zobaczyła z Dortmundzie, była ta trójka.
Bardzo oryginalna i wesoła trójka.
Dlaczego najlepsze przyjaźnie są zawsze we troje? Może żeby przy zakupie pizzy składać się po mniej? Nie wiem, w każdym bądź razie taka przyjaźń jest wspaniała.
***
Otworzyła oczy. Rozejrzała się po pokoju. Syf! Brud! Ogólna rozpierducha! Ciuchy, piłki, majtki. Hola! Hola! Czyje majtki? JEJ! Chcąc się upewnić zajrzała pod kołdrę. Jej ciało było kompletnie nagie! Kto to zrobił?
-Cześć kochanie...
Usłyszała niski, przyjemny głos. Odwróciła się. Jego ciemne, lśniące oczy wpatrywały się w nią jak w obrazek. Jakby była najpiękniejszą kobietą na ziemi.
Leżała obok niego i ani drgnęła. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Nie musiała nic mówić. Poczuła ciepłe usta na swoich.
-Jak się spało?
Spytał.
-Jak się spało? Moritz?! Co my robimy?
Spytała zła i wstała z łóżka.
-Tak, teraz dużo lepiej.
Powiedział zadowolony z siebie. Nim Dianie przypomniało się, że jest naga, brunet zdążył jej się dokładnie przyjrzeć.
Jak najszybciej wróciła do łóżka i przykryła się po samą szyję.
-Nie udawaj, że się mnie wstydzisz. Nie pamiętasz jak mówiłaś, że mnie kochasz i chcesz mi urodzić troje dzieci?
Mówił uśmiechnięty.
-Ty się dobrze czujesz?!
Spytała zła.
Nagle kompletna zmiana nastroju. Jakby ktoś inny w nią wstąpił. Czasem już tak jest, że nasze nastawienie zmienia się diametralnie. Nie koniecznie na lepsze, ale się zmiana.
-Przepraszam. Tak, pamiętam. Kocham Cię.
Odpowiedziała i przytuliła się do chłopaka.
-Od teraz wszytko będzie dobrze? Mogę mówić, że jesteś moją dziewczyną?
Pytał.
-Kocham Cię Mo.
Powiedziała i czule pocałowała "swojego chłopaka".
Całą miłosną sielankę przerwały otwierające się drzwi.
-Co się tutaj wyprawia?!
Spytał Alexis wchodzący do pokoju. Wszystko było by normalne, gdyby nie to, że miał przefarbowane na blond włosy, a jego zazwyczaj modne ciuchy, zamieniły się na różową falbaniastą sukienkę. Co on na siebie włożył?
Żadne mu nie odpowiedziało. Leżeli wtuleni w siebie i nie wiedzieli co powiedzieć.
-Odpowiecie mi? Diana?! Zdradzasz mnie?!
Spytał zły i ściągnął kołdrę z kochanków.
-AAAWWRR!
Wrzasnął.
-Zdradzasz mnie! I to z kim? Z nim?! DIANA!!!
Wydarł się jeszcze głośniej.
-Ale... Alexis...
Mówiła przez płacz.
-O nie! Nikt nie będzie doprowadzał do płaczu mojej dziewczyny!
Wykrzyczał Leitner i wstając z łóżka zaczął popychać Sancheza.
-Moritz! Alexis! Przestańcie!
Wrzeszczała przez płacz Diana. Chciała temu zaprzestać. Chciała ich rozdzielić, ale coś jakby przywiązało ją do łóżka. Nie była w stanie wstać.
-Zapamiętaj! Nigdy! Nigdy nie pozwolę, żeby Diana przez Ciebie płakała! Żeby przez kogokolwiek płakała!
Krzyczał Moritz uderzając w twarz Alexisa.
-A ja nie pozwolę, żeby była z takim idiotą jak ty!
Powiedział Alexis. Tym razem, to on był atakującym. Przewrócił Moritza na podłogę. Ten upadając rozbił głowę o kant stołu. Upadł martwy na podłogę. Alexis albo tego nie widział, albo nie chciał widzieć. W ten czy inny sposób nadal bił Moritza. Chciał pokazać kto jest lepszy.
-Alexis! Zostaw go!
Krzyczała Diana płacząc na łóżku.
W końcu miała w sobie na tyle siły, by wstać z łóżka. Podbiegając do martwego Moritza nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Krew była wszędzie. Teraz również na jej rękach. Nie wiedziała co ma robić. Nic nie wiedziała.
-Tak będzie dla wszystkich lepiej.
Zaczął Alexis patrząc na płaczącą Dianę.
-Raz na zawsze zniknie z naszego życia.
Dokończył.
-Jesteś nienormalny! Nie chcę Cię znać!
Krzyczała na niego.
-Nie? A wczoraj jeszcze mówiłaś, że mnie kochasz. Nie pamiętasz?
Pytał. Znów to samo. Znów diametralna zmiana nastroju. Zmiana patrzenia na świat. Teraz nie Moritz był najważniejszy. Nie, nie... On mógł już nie żyć. Ups... Przecież nie żyje...
Teraz najważniejszy był Alexis. Tylko on.
-Przepraszam, że na Ciebie krzyczałam. Wiem, źle się zachowałam. Przebaczysz mi?
Pytała ze złami w oczach podchodząc do chłopaka.
-Tak. Kocham Cię Diana.
-Ja Ciebie też kocham.
Odpowiedziała i czule pocałowała Chilijczyka.
-Co tutaj się wyprawia?!
Wparował do pokoju Nathan. Tak Nathan. Ten sam, który powinien być teraz z Hiszpanii.
-Nathan? Co ty tutaj robisz?
-Co ja tutaj robię? Ty mi wytłumacz! Co ty tutaj robisz z nim?
Pytał zły.
-Co się tutaj dzieje?
Spytał Moritz.
-Mo?! Ty żyjesz?
Spytała ucieszona Diana. Przecież jeszcze przed chwilą leżał cały we krwi z rozwaloną głową. Nie oddychał! On nie żył! Co się tutaj dzieje?!
Stała sama po jednej stronie pokoju. Po drugiej kolejno Moritz, Nathan i Alexis. Patrzyli się na nią swoimi ciemnymi oczami.
-Ja nic nie rozumiem...
Zaczęła.
W tym momencie pokój zamienił się w jedną czarną przestrzeń. Nie było tu nic, poza czworgiem ludzi. Nic nie widzieli. Było ciemno. Zimno. Przerażająco!
-Alexis...?!
Pytała przestraszona. Nie wiedziała gdzie jest. Nie wiedziała co robić. Bała się.
-Moritz...?!
Znów to samo. Żadnego odzewu.
-Natt...?!
Nikt nie odpowiedział. Była przerażona. Nie wiedziała co z nią teraz się stanie.
-Chodź tutaj moje dziecko.
Odpowiedział jej głos. Aż podskoczyła ze szczęścia. Nie jest sama!
W tym momencie zrobiło się jasno. Jasność tak raziła w oczy, że nie można było tego wytrzymać. Rażący promień zamienił się w parzący! Zaczął parzyć ją po całym ciele. Czuła ból. Ból, który był dopiero początkiem jej cierpień. Krzyczała, wiła się z bólu.
-Diana?!
Usłyszała głos. Znany jej głos. Głos, którego tak bardzo jej brakowało przez kilka dni.
-Dziadku?
Wyjąkała ostatkiem sił.
-Jestem tutaj. Chodź za moim głosem...
Mówił.
Nie miała sił. Musiała.
Co krok dalej czuła się lepiej. Jakby bliskość dziadka sprawiała, że czuła się lepiej, bezpieczniej. Szła za głosem. Cały czas po omacku. Ale nie bała się. On ją prowadził...
-Dziadku?!
Spytała gdy jej oczom ukazał się piękny, różany ogród.
Ogród, który już gdzieś kiedyś widziała, ogród, który sprawiał, że stawała się szczęśliwa i od razu uśmiech gościł na jej twarzy.
Ogród ten był idealny! Drzewa, krzewy, kwiaty... Czuła się wspaniale. Ból już całkiem uleciał z jej małego ciała.
-Diana?!
Usłyszała znów głos. Dochodził zza jej pleców.
Niepewnie odwracając się ujrzała dziadka. Stał ubrany w białą koszulę i białe spodnie. Wyglądał niczym anioł. On był aniołem. Jej Aniołem Stróżem.
-Diana posłuchaj.
Zaczął.
-Nie zawsze życie układa nam się tak, jak byśmy chcieli. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Ale pamiętaj. Nie wolno się poddawać. Nie wolno zwątpić w swoje siły. Jeżeli ty zwątpisz w siebie, wszyscy, wszyscy bez wyjątku będą uważali Cię za słabą. A ty nie jesteś słaba. Jesteś wyjątkowa. Wyjątkowa i bardzo silna. Przeszłaś przez tak wiele. Mimo tylu niepowodzeń i porażek, nadal jesteś uśmiechnięta. Nadal jesteś pozytywnie nastawiona do świata. Do świata, przez którego tak dużo wycierpiałaś.
Mówił do wnuczki wycierając jej łzy spływające po policzku.
-Diana, obiecaj mi, że będziesz silna. Nie dla mnie, nie dla przyjaciół. Dla siebie. Bo to jest twoje życie, nie kogoś innego. Ty sobie nie dasz rady, ono się rozpadnie. Pamiętaj o tym.
Kiwnęła głową patrząc wprost w oczy dziadka.
-W życiu zawsze jest kilka dróg do wyboru. I niezależnie od tego, jak dobrze byś wybrała, zawsze będziesz się zastanawiała nad tym, jak wyglądało by twoje życie, gdybyś wybrała inaczej. Musisz kierować się rozumem. Ale też sercem. Wiem, to nie jest łatwe. Czasem jedno podpowiada coś, co jest rozsądniejsze, a drugie to, dzięki czemu będziesz bardziej szczęśliwa. Wybór między jednym, a drugim jest bardzo trudny. Ale pamiętasz? Jesteś silna, dasz radę.
Wtuliła się w ciepłe ciało dziadka. Jego słowa już zawsze będą w jej sercu. Jej pękniętym od dawna sercu.
-Kocham Cię dziadku...
Wyszeptała. Ricardo zniknął. Został po nim tylko lśniący pył...
Nagle cały ogród zaczął wirować. Zaczęła kręcić się razem z nim. Wpadła w okropny wir. Wir, z którego nie było ucieczki.
Znalazła się znów w ciemnym pomieszczeniu. Znów nic nie widziała. Znów czuła ból. Ból, który powoli narastał.
-Diana?!
Usłyszała głos. Bała się odpowiedzieć. Stała i czekała.
Nagle w pokoju zaczęło robić się jaśniej. Zaczęły wyłaniać się trzy postacie.
-Alexis?!
Spytała.
-Moritz?! Nathan?!
Spytała szczęśliwa. Choć ból coraz bardziej wdawał się we znaki, ona była szczęśliwa. Znów miała ich przy sobie.
-Posłuchaj. Teraz nie będzie łatwo.
Zaczął Alexis.
-Musisz dokonać wyboru.
Dokończył Moritz.
-O czym wy mówicie? Jakiego wyboru? Chodźcie do mnie i będzie wszystko dobrze.
Odpowiedziała.
-I znowu to samo!
Powiedział Alexis.
-Znów chcesz, żeby wszytko było tak jak ty chcesz. Zawsze, zawsze wszystko musi być po twojej myśli. Ty zawsze jesteś najważniejsza.
-Ale... Alex... Ja...
Wyjąkała.
-Nie Diana. Nie. Taka jest prawda. Pogódź się z tym.
Skończył.
Stała cała zapłakana w rogu pokoju. Na przeciwko niej stało trzech mężczyzn. Przyglądali jej się cały czas. Ale ich oczy nie były normalne. Były wypełnione złością, nienawiścią, czernią.
-Wybieraj.
Zaczął Nathan.
-Co mam wybierać? Między czym?!
Spytała.
-Między nami. W twoim życiu nie może być trzech mężczyzn jednocześnie.
Dopowiedział Leitner.
-O czym wy mówicie?!
Wrzasnęła. Chcąc im się lepiej przyjrzeć podeszła bliżej. Stała dosłownie kilka metrów od nich. Chodź wiedziała, że to oni, nie poznawała ich. Czasem już tak jest, że chociaż kogoś bardzo dobrze znasz, to go nie poznajesz. Tak po prostu...
-Jak ja mam między wami wybierać?! Wszyscy jesteście moimi przyjaciółmi... Nie umiem!
Krzyczała.
Całą trójka stała niewzruszona. Kamienna twarz. Wzrok zawieszony wysoko w górze, ręce spuszczone wolno wzdłuż ciała, usta opuszczone w dół. To nie byli prawdziwi oni...
-Ja, Nathan, czy Moritz? Wybieraj. Nie mamy czasu.
Mówił Alexis.
-Alex... Sanchi...
Powiedziała.
-O co wam chodzi? Ja nic nie rozumiem...
-Ja, Nathan czy Moritz?
Powtórzył.
-Alex...
-Dobrze, skoro nie chcesz. Miło było Cię poznać. Pamiętaj, że kocham Cię, zawsze kochałem i nigdy nie przestanę.
Powiedział. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa zamienił się w pył. Taki sam, w jaki kilka chwil wcześniej zamienił się Ricardo.
-Alex!!!
Krzyknęła Diana podbiegając w miejsce, w którym stał Alexis.
-Wybieraj.
Powiedział Moritz.
-Ja czy on.
Dokończył Nathan.
-Nie chcę żadnego z was! Znikajcie! Zostawcie mnie w spokoju!
Wrzasnęła i schowała twarz w swoje ręce. Ona płakała, oni zniknęli. Znów była sama. Była sama, a tego tak bardzo nie lubiła.
Jej zapłakane oczy po kilku chwilach zaczęły ją piec. Tak piec, jak jeszcze nigdy wcześniej!
Ból, który zaczął przechodzić przez jej ciało był nie do wytrzymania. Znów czuła to samo.
-Nigdy nie zaznasz prawdziwego szczęścia.
Te słowa były ostatnimi jakie usłyszała. Było z nią coraz gorzej. Krzyczała, biła się po całym ciele, wyrywała włosy z bólu. Nie wytrzymała. Ból był większy. Nigdy już nie będzie szczęśliwa.
***
-Co ona tak się drze?
Spytał się Leo siedzący przy stole.
-Może weszła na wagę i pokazała więcej niż myślała?
Odpowiedział Alexis.
-Głupi jesteś! Może trzeba tam wejść?
Zaproponował Jordi.
Krzyki Diany wypełniały całe mieszkanie. Dlaczego nikt nie wpadł na to, by wcześniej sprawdzić co jej się dzieje? Przecież wszystko mogło się przez ten czas wydarzyć.
-Dobra, pójdę do niej...
Powiedział Alexis i wstał od stołu. Delikatnie otwierając drzwi wszedł do pokoju. Pokoju Moritza.
-Diana?!
Powiedział przestraszony i podbiegł do łóżka, na którym "spała" Diana.
Jej krzyki były tak głośne, takie przerażające, że Alexis nie wiedział co ma zrobić. Diana wierciła się na łóżku, biła się po własnym ciele. Jakby wstąpił w nią demon!
-Diana! Diana! Obudź się!
Krzyczał do niej Alexis łapiąc ją za ramiona.
Nagle otworzyła oczy. Były całe czerwone i przepełnione łzami. Gwałtownie podniosła się i usiadła na wprost przerażonego Alexisa. Bał się bardziej niż ona sama. Jego mina sama w sobie była przerażająca! Usta otwarte, przekrzywione lekko w lewo, oczy wytrzeszczone najbardziej jak się da. Wyglądał niczym Özil!
-Już dobrze? Uspokoiłaś się?
Pytał Alexis patrząc na nią.
Dziewczyna mu nie odpowiedziała. Tylko rzuciła mu się na szyję i mocno przytuliła. Bała się, że naprawdę go straciła. Bała się, że już więcej go nie zobaczy. Bała się, że wszystko się skończyło. Teraz się dopiero zacznie...
-Co Ci jest? Dianuś?
Pytał.
-Jestem przy tobie. Już się nie bój...
Mówił głaszcząc ją po ciemnych włosach.
-Chodź. Ubierz się. pomaluj i przyjdź do nas.
Powiedział i po pocałowaniu ją w czoło podszedł do drzwi.
-Jestem tuż obok. Nie bój się.
Powiedział i wyszedł z pokoju.
Znów została sama. Znów tysiące myśli w jej głowie. To był tylko sen. Na szczęście to był tylko sen. Ale sen, który już zawsze zostanie w jej pamięci. Nigdy nie zaznasz prawdziwego szczęścia, te słowa bardziej sprawdzą się w jej życiu, niż może sobie wyobrazić...
***
-I co z nią?
Zaczął Leo, gdy Alexis wrócił do salonu. Całe posiedzenie przeniosło się na wielką kanapę w salonie. Byli wszyscy prócz Pedro i Moritza. Ten pierwszy jeszcze nie doszedł do siebie po wczorajszym wieczorze...
-Miała zły sen. Już w porządku. Ale proszę, nie pytajcie jej o to. Jest cała roztrzęsiona.
Odpowiedział i położył się na kanapę.
Po kilku minutach do salonu weszła Diana. Nie wyglądała normalnie. Po jej pięknym, szczerym uśmiechu nie było śladu. Była bardzo smutna. Przygnębiona.
Siadając obok Alexisa napiła się szklanki mleka.
-To co, dziś już nas opuszczacie?
Zaczął Bittencourt.
-Jak trzeba to trzeba. Ale chyba macie nas już dość, nieprawdaż?
Spytał Tello.
-Oj, nie było tak źle.
Odpowiedział.
-Sądząc po twoich podkrążonych oczach i jeszcze pijanym sposobie myślenia, można stwierdzić, że nasze odwiedziny na długo zapamiętasz?
Powiedziała Diana. Nareszcie na jej twarzy pojawił się uśmiech.
Po chwili atmosfera całkiem się rozluźniła.
-Alexis, weź się przesuń... Nie mam tu miejsca! Nie możesz usiąść?!
Powiedział Jordi, który siedział na skrawku kanapy.
-Najważniejsze w życiu to nie upaść, dlatego leżę!
Powiedział ze śmiechem Sanchez.
***
Dochodziła czternasta. Ich siedmioosobowa grupa nadal nie była w komplecie. Moritz zaginął w akcji, a Pedro umiera w łóżku. Temu panu więcej nie polewamy...
-Pójdę go obudzić. Niedługo jedziemy.
Powiedział Alexis i leniwie podniósł się z kanapy.
Pedro spał w pokoju gościnnym. Wyglądał tak niewinnie z zamkniętymi oczami, tak słodko... Ale to nie przeszkadzało Alexisowi, by zgotować mu "mile" powitanie.
-Wstaaaaaaawać!
Wydarł się Alexis do ucha Rodriqueza i zrzucił go z łóżka.
-Do jasnej cholery! Sanchez!
Wydarł się jeszcze głośniej leżąc na podłodze.
-Pora wstawać śpiąca królewno, słonko już dawno świeci nad Dortmundem.
Powiedział i wyszedł z pokoju.
-Zabiję go kiedyś, zabiję...
Powtarzał wściekły Pedro wstając z podłogi.
***
Po wspólnym zjedzeniu obiadu i obejrzeniu po raz setny filmu o psie grającym w piłkę nożną, Leo zaczął martwić się o swojego przyjaciela. Korzystając z ogólnego zamieszania w domu, wykręcił jego numer.
-Mo?! Gdzie ty jesteś?
Zaczął mówić do słuchawki.
-...
-To wracaj do domu! Ile można biegać?
Mówił i rozłączył się.
Gdyby ktokolwiek wszedł teraz do tego mieszkania, sam by się zgłosił do psychiatryka, myśląc, że ma omamy i widzi na tym świecie samych idiotów!
Sanchez na podłodze, a na nim Pedro, bo Alexis znów zaczął mówić o fascynacji Pedro mężczyznami.
Tello rozmawiający przez telefon ze swoją dziewczyną, był najnormalniejszy, ale też nie do końca. Wyszedł na balkon i przy rozmowie robił na zmianę brzuszki i przysiady. Diana z Jordim postanowiła sprawdzić, które z nich lepiej skacze na skakance. Na środku salonu, zaraz obok telewizora urządzili zawody. Cóż z tego, że skakanka zahaczała o żyrandol, co z tego, że potłukli już dwa wazony, jeśli właściciel nic nie mówi, to czemu mają przestawać? No czemu?
-Nigdy już ich nie wpuszczę do domu, nigdy.
Powiedział Leo, gdy spojrzał na to wszystko co dzieje się w jego domu.
-Za jakie grzechy?!
***
Gdy otocznie nieco się uspokoiło i można było usłyszeć swoje myśli, do domu wrócił Moritz. Wyglądał tak samo, jak w dzień, kiedy poznał ta zgraję wariatów.
-O! Jesteś!
Zaczął Leo widząc swojego przyjaciela.
-Lepiej późno niż wcale. Za dwie godziny odlatujemy!
Dopowiedział Alexis.
Moritz był bardzo zmieszany, jakby bał się spojrzeć w oczy komukolwiek. Jak najszybciej chciał się zamknąć w łazience, pod pretekstem kąpieli.
-Kto tam jest?
Spytał.
W tym momencie z łazienki wyszła Diana. Ich spojrzenia spotkały się. Ten strach, ten ból znów wrócił. Jakby znów śniła na jawie.
-Przepraszam...
Powiedział i zamknął się w łazience.
-On jest jakiś dziwny.
Powiedział Alexis, gdy Diana usiadła obok niego.
-Powiedz no, coś ty mu wczoraj zrobiła?
Zaczął.
-Ja?!
Spytała zdziwiona.
-No, ty z nim wczoraj wróciłaś. Pedro nie mam co pytać, bo on nadal nie kontaktuje.
Powiedział i wskazał na Pedro, który oglądał swoje brwi w butelce po piwie.
-Ja mu nic nie zrobiłam. On sam z siebie jest dziwny. Kto jak kto, ale ty Leo powinieneś to potwierdzić.
-No... Zaprzeczyć nie mogę.
-Ale i tak Pedro jest najdziwniejszy!
Podsumował wszystko Alba.
***
Moritz nie siedział długo w łazience. Wręcz przeciwnie, wyszedł po chwili, ale nie odzywał się ani słowem. Odpowiadał tylko na pytania pojedynczymi słowami.
-Chodźmy na rowery!
Wrzasnął Jordi.
-Jordi lubi jeździć na rowerach.
Mówił kiwając głową w dół i w górę.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Wszyscy byli za!
Już po kilku minutach siedzieli na rowerach gotowi do drogi. Leo zaproponował trasę wokół lasu, który jest jednym z ładniejszych miejsc w tej okolicy. Oczywiście zaraz po stadionie.
Alexis na samym przodzie, za nim Jordi z Tello, Leo z Moritzem a na końcu wlókł się Pedro, któremu towarzyszyła Diana.
-Dobrze się już czujesz?
Zaczęła.
-Tak. Dobrze. To świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Odpowiedział.
Jeździli różnymi szlakami przez kilkadziesiąt minut. Ale każdemu prędzej czy później znudzi się takie jeżdżenie. Jej znudziło się prędzej.
-Ej, słuchajcie..
Zaczęła Diana.
-Zatrzymajmy się na trochę. Nie mam takiej kondycji jak wy...
Mówiła. Prawda. Oni nawet nie czuli zmęczenia, a Dianie nogi już odmawiały posłuszeństwa.
Cóż mieli zrobić? Zatrzymali się na jednym z wzniesień i odpoczywali wygrzewając się na słońcu, które dziś się nie oszczędzało.
-Tello, wiesz jak się czuje Hiszpan wrzucony do rowu z wodą?
Zaczął Jordi. Alexis już widział jego szyderczy uśmiech na twarzy, doskonale wiedział co knuje.
-Nie, jak?
Odpowiedział.
-Zła odpowiedź!
Krzyknął Alexis i wrzucił Cristiana do rowu z wodą. Zimną wodą.
-To już wiesz!
Krzyknął ucieszony i przybił piątkę Jordiemu.
-SANCHEEEZ!!!
Wrzasnął Tello i wychodząc z rowu zaczął biec za Alexisem.
Wszyscy mieli wielki ubaw z przemoczonego Tello. Wszyscy poza Moritzem, który siedział pod drzewem oddalonym o kilka metrów od całej grupki.
-Cześć...
Powiedziała Diana podchodząc do niego.
-Mogę się przyłączyć?
Spytała. Po chwili już siedziała obok niego.
Musiała z nim porozmawiać. Musiała wszystko wyjaśnić. Musiała się upewnić. Możliwe jest, że już więcej go nie zobaczy. Nie można zaczynać nowego rozdziału, gdy poprzedni jest jeszcze nie skończony.
-Co dziś taki smutny jesteś?
Zaczęła.
-Nie musisz udawać. Jesteśmy sami.
Odpowiedział.
-Chciałem porozmawiać z tobą o tym, co się wczoraj stało, ale nie miałem odwagi. Nie wiedziałem jak zacząć...
Mówił.
Wiedziała, że takie owijanie w bawełnę do niczego nie doprowadzi. Można czaić się całe życie, ale wygrywają tylko konkretni. Taka też chciała być.
-Czujesz coś do mnie?
Spytała prosto z mostu patrząc na chłopaka.
Nie dało się nie zauważyć jego rumieńców na twarzy, jego zakłopotanych oczu i nerwowego przełykania śliny. Denerwował się. Bardzo się denerwował.
-Czujesz? Czy nie?
Pytała. Sama nie wiedziała, skąd ma w sobie tyle siły, by bez najmniejszego wzruszenia mówić do niego takie rzeczy. Rzeczy, które zawsze trudno przechodziły jej przez gardło.
-Diana... Ja sam nie wiem...
Wyjąkał.
-Mo... Proszę Cię. Nie komplikuj tego. Powiedz, że nic do mnie nie czujesz. Że to była tylko jednorazowa akcja. Że nie byłeś wczoraj sobą.
Mówiła. On nie miał nawet zamiaru jej przerywać. Wpatrywał się w nią tak samo jak wczoraj. Jak w obrazek.
-Ja nie byłam. To nie byłam ja. Byłam pijana. Nie chciałam żeby to tak wyszło...
Mówiła. On nadal przyglądał się jej.
-Mo?! Powiesz coś wreszcie?!
Spytała nieco głośniej.
-Przepraszam za tamto i za to.
Powiedział.
-Za to? Za...
Nie zdążyła skończyć zdania. Usta zablokował jej Leitner swoimi. Znów czułą ten przeszywający ją ból w całym ciele, ale nie mogła, nie chciała by przestawał. Chciała, żeby to trwało wiecznie.
-Za to przepraszam.
Powiedział, gdy oderwał swoje usta od jej.
-Musiałem sprawdzić.
Dopowiedział. Diana cały czas była w szoku, ale nie dała tego poznać po sobie.
-I co? Dowiedziałeś się czy coś do mnie czujesz?
"Tak", "nie", "nie", "tak". Nie wiedział co powiedzieć. Bał się tego powiedzieć. A właściwie nie bał się powiedzieć. Bał się tego, co usłyszy od niej po wypowiedzeniu tego jednego słowa. Może byłoby łatwiej, gdyby mówiła to lżejszym, przyjemniejszym tonem? Diana przez cały czas była poważna i stanowcza. Jak nigdy.
-Nie.
Odpowiedział po pewnej chwili. Kłamał.
-Cieszę się, że sobie wszystko wyjaśniliśmy. Potraktujmy to jako wakacyjną przygodę. Nikt się o tym nie dowie.
Powiedziała już z uśmiechem na twarzy Diana.
-Tak... Nikt się nie dowie...
Powiedział ze sztucznym uśmiechem i odwrócił wzrok.
-Reus!!!
Usłyszeli krzyk Leo. Zaraz potem ujrzeli wysokiego blondyna przytulającego się do Leo.
-Jaki zbieg okoliczności!
Mówił.
-Pamiętasz, to są Alexis, Jordi, Pedro...
Mówił.
-Tak, pewnie. Hola!
Dorzucił po hiszpańsku.
-A tam pod kocem leży Tello. Trochę się zmoczył chłopak.
Dopowiedział Leo.
-A to jest...
Powiedział.
-Diana.
Odpowiedziała podając dłoń blondynowi.
-Miło mi Cię poznać.
Powiedział z przyjaznym uśmiechem na twarzy Marco.
Chłopcy nie byli by sobą, gdyby nie zaproponowali rewanżowego meczu Borussia-Barcelona.
Składy wyrównane, można grać.
Alexis-Pedro-Jordi kontra Marco-Leo-Moritz. Mecz wyglądał bardzo ciekawie. Nawet nie mówię już o tym, że grali bez bramkarza, ba! oni nie mieli bramek! Ustawili rowery i bramka gotowa! Za to piłki nie musieli długo szukać. Marco zawsze ma przy sobie chociaż jedną. Dobra. Piłkarze są, bramki są, piłka jest... Sędzia! Jest. Diana robiła za sędzinę. Nie wszystkim się to spodobało, gdyż sędzia darzy większą sympatią jeden ze klubów, ale cóż. Lepszy taki niż żaden.
Pierwszy gwizdek i zaczęli!
Piłkarze biegali po boisku, Diana udawała, że sędziuje, a Tello był odpowiedzialny za doping. Matko Katalońska jak on się darł! Wydzierał swoje gardło tak głośno, że czasem był głośniejszy niż gwizdek! Na przemian Vamos Barca i HEJA BVB, z czym to pierwsze było śpiewane dużo częściej i głośniej.
Jako, że grali bez bramkarzy, a bramki były dość duże (większe niż standardowe) to piłka do "siatki" wpadała co chwilę. Po dwóch minutach było już 17-18. Chyba. Sędzia zawsze może popełnić błąd w liczeniu goli, w szczególności jeśli jest ich tak dużo.
-Moritzzz!!! Tutaj! Podaj!
Krzyczał Marco stojąc niemal w bramce Barcelony.
Ostatnia akcja. Barcelona prowadzi jednym golem. Przy piłce Borussia.
Moritz chciał się popisać świetnym podaniem wprost pod nogi Marco. Udało mu się. Piłka idealnie ułożyła się pod nogami pomocnika. Wystarczyło już tylko umieścić ją w "siatce". Ale od czego w drużynie Mistrzów Hiszpanii jest niejaki Jordi Alba?
Jednym wspaniałym wślizgiem zabrał piłkę Marco, ale też przy okazji przejechał butem po jego nogach. Blondyn chcąc lub nie chcąc padł na trawę i zaczął zwijać się z "bólu".
-Karny! Karny!
Krzyczał Leo.
Musiała wskazać na jedenasty metr. Fakt, najpierw musiała odmierzyć te jedenaście metrów. Robiła to ponad dziesięć razy, ponieważ zawsze komuś coś nie pasowało. Gdy w końcu wszystko było gotowe, do piłki podszedł Moritz.
To była ostatnia akcja. Strzela, remis, nie przegrywają. Presja jaka na nim ciążyła była ogromna. Tak, pamiętam, że grają gdzieś w środku lasu, bramka jest zrobiona z rowerów, a składy są po trzy osoby. Ale karny to karny! Zawsze jet stresujący, szczególnie jeśli od tego zależy los twojej drużyny. Ba! Twojego życia!
Na bramce Alexis. Przy piłce Moritz. Co z tego będzie?
Wszyscy tylko czekają, aż Diana gwizdnie, a ona na przekór wszystkim zaczęła wiązać buty. Ach te kobiety...
-Gwizdnie w końcu?
Spytał się po cichu Pedro.
-Nie wiem. Robi to specjalnie.
Odpowiedział mu Jordi.
Najbardziej ze wszystkich denerwował się Moritz. Stał i patrzył prosto w środek bramki.
I Gwizdek! Mo głęboko odetchnął i wziął rozbieg.
-Hej, Moritz!
Krzyknęła Diana przyjmując wyzywającą pozycję i podwinęła lekko koszulkę do góry. Chciała jak najskuteczniej rozproszyć chłopaka.
Udało jej się. Kopnął tak nieudolnie, że Alexis, choć bramkarz z niego beznadziejny bez najmniejszego problemu złapał piłkę.
Wyraz twarzy Leitnera był niesamowity! Stał taki zrezygnowany, zawiedziony, ale jednocześnie zadowolony.
-Moritz sieroto!
Wrzasnął Reus podchodząc do chłopaka.
-Ona mnie rozproszyła!
Powiedział wskazując na Dianę.
-Ja?!
Spytała poprawiając koszulkę.
-Cycki mi pokazywała!
Mówił z uśmiechem na twarzy.
-Śmieszny jesteś Mo. Koniec meczu! Wygrywa Barcelona!
Krzyknęła. I zaczęły się uściski. Wszyscy ze wszystkimi. Nawet wciągnęli do tego graczy Borussii. Wszyscy byli szczęśliwi i radośni. Mimo patałacha Moritza. Cóż, w końcu zobaczył cycki. Niestrzelenie karnego zostało mu wybaczone.
***
-Odwiedzicie nas jeszcze kiedyś?
Zaczął Leo gdy stali przed drzwiami prowadzącymi do samolotu.
-Niedoczekanie wasze.
Odpowiedział Alexis. Leo nie zrozumiał. Odebrał to bardzo negatywnie. Już chciał odpowiedzieć coś
Sanchezowi, ale ten był szybszy.
-Wiecie gdzie jest Hiszpania? Tam nas znajdziecie.
Odpowiedział z uśmiechem na twarzy.
-Czyli nie masz mi nic za złe?
Spytał się Moritz. Stali nieco z boku, chciał pobyć z nią ostatni raz sam na sam.
-No co ty! Przeze mnie nie strzeliłeś karnego, ty powinieneś być zły.
Powiedziała uśmiechnięta.
-Ale jaki fajny powód był niestrzelenia tego karnego.
Odpowiedział.
-Chodź tutaj do mnie.
Powiedział i przytulił dziewczynę mocno do siebie. Ostatni raz chciał być blisko niej. Ostatni.
-Diana! Chodź.
Spojrzała w jego oczy. Były smutne i zawiedzione.
-To do zobaczenia w Barcelonie.
Powiedziała i czule pocałowała chłopaka w policzek.
Pożegnania są najgorszą częścią wyjazdu. Zawsze, zawsze tak samo bolą.
-Cześć Leo. Pilnuj tego wariata.
Powiedziała i po wskazaniu na Mo przytuliła bruneta.
-A mam inny wybór?
Odpowiedział ze śmiechem.
Podeszła do Reusa. Nie znała go długo, fakt, w ogóle go nie znała, ale bardzo polubiła.
-To...
Zaczęła.
-Do zobaczenia.
Odpowiedział i przytulił brunetkę.
-Diana! Chodź że no!
Krzyknął Alexis stojący już w korytarzu prowadzącym do samolotu.
-Miło było Cię poznać.
Odpowiedziała i poszła za Alexisem.
Ostatnim co zobaczyła z Dortmundzie, była ta trójka.
Bardzo oryginalna i wesoła trójka.
Dlaczego najlepsze przyjaźnie są zawsze we troje? Może żeby przy zakupie pizzy składać się po mniej? Nie wiem, w każdym bądź razie taka przyjaźń jest wspaniała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























