Minęło kilka dni. Ciężkich dni i dla Diany i dla Nathana. Każde z nich musiało sobie uświadomić co tak naprawdę czuje i do kogo to czuje...
-Nathan! Już cztery dni minęły! Weź się za siebie! Ja idę na trening. Jak wrócę ma być już wszystko załatwione. Jesteś Sanchez, a nie jakaś pindzia...
Ten to wie jak podnieś brata na duchu... Ale jakby nie było, zadziałało...
Usłyszała stukanie u drzwi. W jej głowie tysiące myśli i ta jedna, wymarzona- Nathan.
Otworzyła. To był on. Nic nie powiedziała, tylko otworzyła drzwi i usiadła na kanapie.
-Diana...
Zaczął.
-Dziś już powiem to co myślę. Już się nie boję odrzucenia. Wszystko przemyślałem i teraz wiem już wszystko. Te cztery dni bez Ciebie były udręką! Ja nie mogę bez Ciebie żyć...
Mówił siadając obok dziewczyny.
-Ale nie wiem kim dla Ciebie jestem i to mnie przerasta. Ta niewiedza jest okropna... Diana, czy ty mnie choć trochę lubisz? Czy jestem dla Ciebie ważny?
Spytał łapiąc dziewczynę za ręce.
-Od zawsze byłeś dla mnie ważny. Potem, nagle, niepostrzeżenie stałeś się najważniejszy. Miałam dużo czasu na przemyślenie wszystkiego. Teraz już wiem. Lubię Cię bardziej, niż to sobie zaplanowałam...
Skończyła mówić. Nie chciała mówić dalej. Wiedziała jakich dwóch słów wyczekuje Nathan. Nie mogła ich wypowiedzieć...
-Jak Cię teraz pocałuję, nie nakrzyczysz na mnie?
Nie usłyszał odpowiedzi. Ujrzał tylko lekki uśmiech na twarzy Diany. Rozmarzyli się w czułym pocałunku, który wydawał się nie mieć końca.
Zupełnie inaczej funkcjonuje się ze świadomością, że ktoś Cię kocha. Zupełnie inaczej żyje się, jeśli ma się dla kogo.
-Teraz już będzie wszystko dobrze?
Spytał z nadzieją w oczach ściskając ręce dziewczyny.
-Chciałabym. Ale słowa niczego nie zapewnią. Trzeba je zamieniać w czyny.
Spędzili miłe popołudnie w swoim towarzystwie. Już nie jako przyjaciele, a jako para. Żadne z nich nie spodziewało się takiego przebiegu sytuacji...
Gdy Nathan i Diana spędzali pierwsze chwile razem, Alexis przybył na stadion.
-Siemasz stary!
Krzyknął Alba, gdy tylko ujrzał przyjaciela.
-Albiątko! Żyjesz! Jaka szkoda...
-Co się w ogóle nie odzywałeś przez te dni? Telefon Ci wcięło?
Spytał przebierając się do treningu.
-Nie miałem czasu. Matka do mnie zadzwoniła, że mam do domu przyjechać. I siedziałem tam. A tak poza tym , to ile można patrzeć na Twoją paszczę?
-No wiesz? Odkupiłeś telewizor Cescowi?
Gdy skończył mówić to zdanie, to szatni wszedł Fabregas.
-Nie odkupił. Ba! Nawet tego nie posprzątał!
-Fabsiu, Fabsiu... Mówiłem, że kupię to kupię. Nie martw się.
-I jeszcze Dianie telefon...
-Wiem.
Nie długo potem, wszyscy Barcelonistas biegali wokół boiska.
-Gerard, to kiedy możemy wpraszać się na imprezę?
Zaczął Alexis.
-Jaką imprezę?
-No tatą zostajesz, nie?
-No tak.
-No, to kiedy?
-Na pewno nie za tydzień.
-A na kiedy ma termin?
-Ostatni tydzień stycznia.
-Ej, Pique! Sanchez! Nie gadać!
Wrzasnął Tito.
***
-Halo? Laura? No nie uwierzysz!
Zaczęła, gdy przyjaciółka odebrała telefon. Wieczór musiała spędzać samotnie, ponieważ Nathan poszedł do lekarza, a Alexis nadal nie wrócił z treningu.
-...
-Mam kogoś... Zakochałam się!
Krzyknęła do słuchawki.
-...
-Tak, znasz... To Nathan...
-...
-Miałam go tylko polubić. A zakochałam się do granic własnych możliwości. Nawet nie wiedziałam, że tak potrafię...
-...
-On jest najlepszą rzeczą, jaka mnie spotkała w ostatnich miesiącach. Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa!
-...
-I chyba nie było nic wspanialszego od tego jak na mnie patrzył... Te jego czekoladowe oczy... Laura!? Ja się naprawdę zakochałam!
-...
-Dobra, dosyć o mnie. Jak układa Ci się z Filipem?
-...
-Cieszę się. Abyście byli jak najdłużej razem...
***
Chyba nikt nie lubi chodzić do lekarza. Jest tam tak ponuro i cicho...
Siedząc w korytarzu i czekając na swoją kolej, Nathan usłyszał dzwoniący telefon.
-Tak, słucham.
Zaczął.
-...
-Gina? Dla...
Nie pozwoliła mu dokończyć zdania.
-...
-Dobrze. Jeśli to takie ważne. Przy fontannie?
-...
Nie odzywała się przez prawie pięć miesięcy, a teraz tak jej się śpieszy. Trudno, musiał iść.
Lekarz nie powiedział mu niczego, czego sam nie wiedział. Zwykłe przeziębienie, ale oczywiście tonę leków przypisał.
Krocząc parkiem i kierując się w stronę umówionego miejsca zastanawiał się co się stało. Bo musiało się coś stać. Głoś Giny nie był taki jaki znał. Mówiła szybko i niewyraźnie. Jakby się czegoś bała.
Dochodząc do fontanny ujrzał siedzącą na niej Ginę.
-Cześć.
Powiedział na powitanie i usiadł obok. Nie wyglądała jak zwykle. Jej krótkie, praktycznie nic nie przysłaniające spódniczki zamieniły się w spodnie, skąpe bluzeczki zamieniła na luźny sweter, a buty na wysokiej szpilce na adidasy. Jeżeli ktoś zobaczyłby jej zdjęcie z przed kilku miesięcy, a teraz nie poznałby jej.
-Dobrze, że tak szybko przyszedłeś.
Odpowiedziała.
-O czym chciałaś porozmawiać?
-Jak Ci się układa?
Chciała zmienić temat.
-Słyszałam, że jesteś z Dianą... Dobrze, że przynajmniej Tobie się układa.
-Gina? Czy to na pewno ty? Od kiedy ty przejmujesz się czyimś szczęściem?
-Przepraszam Cię Nathan. Przepraszam za wszystko. Ja się zmieniłam. Naprawdę.
-Czyżby? A co jest tego powodem?
Spytał ironicznym tonem.
-Bo ja... Znaczy ty...
Zaczęła się jąkać.
-Wyduś to z siebie. Nie mam za dużo czasu.
-Ja jestem... Będziemy mieli dziecko.
Powiedziała spuszczając głowę w dół.
-Co ty powiedziałaś? Bo chyba się przesłyszałem.
Powiedział nie wierząc własnym uszom.
-Jestem w ciąży idioto! Będziesz ojcem!
Krzyknęła na niego powstrzymując łzy.
Nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Siedział z szeroko otwartymi oczami i patrzył na Ginę. ~Ojcem? Ja?!~ Przechodziło mu przez myśl. Siedzieli w ciszy przez bliskie dziesięć minut. Było słychać tylko szlochanie Giny. Tą męczącą ciszę przerwała Gina wstając z fontanny.
-To ja już chyba pójdę...
-I to wszystko? Tak po prostu?
Spytał zdziwiony.
-Chciałam żebyś wiedział. Masz do tego prawo. Nie potrzebuje Twojej pomocy, poradzę sobie sama.
Czy to jest ta sama dziewczyna? Kiedyś zrobiłaby wszystko by się wzbogacić, teraz gdy ma szanse znów zbliżyć się do Sanchezów i "brać" ich pieniądze ona odpuszcza. Czy jest szczera?
-Gina. Skoro to jest moje dziecko, będę je utrzymywał, o to nie musisz się martwić.
Nic mu nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się lekko i odeszła. Zniknęła za pniami drzew.
Gina nie należała do osób bogatych, ale też nie mogła narzekać na biedę. Mieszkała razem z siostrą na obrzeżach miasta. Jej siostra Victoria była taka sama jak Gina. Nie przejmowała się uczuciami innych. Były jak siostry bliźniaczki, chodź dzieliły je trzy lata.
-Powiedziałaś mu?
Zaczęła Victoria, gdy ujrzała wchodzącą siostrę.
-Tak. Uwierzył jak głupi w to, że nie chce jego pieniędzy.
Mówiła siadając obok siostry na kanapie.
-Ale chyba zachował się jak mężczyzna i zaproponował Ci pomoc?
-Tak, Nathan to świetny chłopak. Wiedziałam z kim sobie dziecko zrobić.
-Ale Gina, to na pewno jego dziecko?
-Tak. Na sto procent. Jutro go odwiedzę, pokarzę zdjęcie naszego dziecka i ustalę szczegóły.
-Tylko pamiętaj. Wyciągaj od niego jak najwięcej.
-No pewnie! Już jutro wezmę pieniądze. Potrzebuję nowe buty.
Gina jednak nic się nie zmieniła. Nadal była zimną, myślącą tylko o sobie kobietą.
***
-Gdzieś był cały wieczór?
Spytał Alexis, ujrzawszy swojego brata.
-Nie mam ochoty na rozmowy...
-Diana pytała się o Ciebie. Chyba chce porozmawiać. Ma większe jaja od Ciebie, skoro pierwsza chce rozmawiać z Tobą. Byłeś wogóle u niej? Masz w ogóle w planie pójść do niej?
-Alex, z nami wszystko dobrze. Idź do niej jak chcesz, ja nie mam nastroju...
Zniknął w swoim pokoju. Zamknął się i w samotności chciał rozmyślać nad swoim życiem. Tym teraźniejszym i tym w przyszłości.
Alexis poszedł porozmawiać z Dianą. Chodź było już po dwudziestej pierwszej nie miał żadnych skrupułów, by ją odwiedzić.
-Diaaana!
Krzyknął wchodząc do mieszkania numer 12.
Wszedł do pokoju Diany. Leżała na łóżku i oglądała telewizję.
-Siema.
Powiedział i położył się obok dziewczyny.
-Nathan jest w domu?
Spytała.
-Jest, ale jakiś dziwny. Przyszedł i poszedł do siebie do pokoju. Wiesz gdzie on był?
-U lekarza był. Źle się dziś czuł.
-Czyli w końcu ze sobą rozmawiacie? Wszystko w porządku?
-Nawet bardzo dobrym.
Powiedziała z uśmiechem na twarzy.
-To znaczy, że...?
-Tak. Jesteśmy razem.
-Huurra! No nareszcie! Już myślałem, że ten debil nigdy się o to Ciebie nie spyta.
-Co masz na myśli?
-No on już dawno chciał się Ciebie o to spytać...
-Dawno czyli kiedy?
-Ja to zauważyłem na Twoich urodzinach, że coś więcej do Ciebie czuje niż zwykłą sympatię. Wygadał mi się na moich urodzinach co tak naprawdę to Ciebie czuje. Długo mu zeszło z tym...
-Dobrze, że w końcu się odważył...
Rozmawiali jeszcze przez kilka godzin. Rozmawiali, aż Diana zasnęła. Dzień czwartego stycznia zapamięta na zawsze.
***
Dzień zaczął się normalnie. Nathan przemyślał sobie wszystko dokładnie i wiedział, że chce być ojcem dla tego dziecka. Dziś zachowywał się już całkiem normalnie. Razem z Alexisem jedli śniadanie, gdy do ich mieszkania weszła Diana.
-Cześć wam!
Powiedziała i podeszła do chłopaków.
-Cześć Skarbie.
Odpowiedział Nathan i dostał czułego całusa w policzek. Usiadła pomiędzy Nathanem, a Alexisem.
-Cieszę się, że wam się udało.
Zaczął Alexis.
-My też.
Odparła Diana.
-Jak było u lekarza? Co Ci powiedział?
Dopowiedziała.
-Zwykłe przeziębienie, ale przepisał mi kilkanaście leków.
-Ej, słuchajcie! Dziś jest otwarty trening, może się wybierzecie?
Spytał Alexis.
-Czemu nie, prawda Nathan?
-No nie wiem... Jeszcze źle się czuje, wolę zostać w domu.
-To ja pójdę, a sobie odpoczniesz, dobrze?
-Dobra, dobra! To chodź Diana.
Powiedział Alexis i zabrał torbę treningową i kurtkę. Wyszli z mieszkania. W tym samym momencie, Gina wchodziła do kamienicy, ale widząc Alexisa z Dianą, schowała się za drzewem. ~No ładnie... Zdradza Nathana z Alexisem...~ Myślała przyglądając się tym dwojgu. Gdy odjechali, weszła do kamienicy.
-Cześć, mogę wejść?
Spytała, gdy ujrzała Nathana. Usiedli razem na kanapie.
-Chcesz coś do picia?
-Nie, dziękuję.
Powiedziała i wręczyła chłopakowi kopertę.
-Co to?
Spytał zdziwiony.
-Otwórz.
Otworzył kopertę powoli i dokładnie. Gdy wyjął z niej kartkę, nie mógł uwierzyć. Pierwszy raz zobaczył swoje dziecko.
-To nasz syn.
Powiedziała Gina widząc zdziwioną minę Nathana.
-Syn? To chłopak?
-Tak. Przynajmniej tak mówi lekarz. Jest zdrowy i prawidłowo się rozwija. Termin mam na 18 maja.
-Będę miał syna...
Powtarzał pod nosem.
-Cieszysz się?
Spytała niepewnie.
-Czy się cieszę? Oczywiście, że tak! Tylko mam taką prośbę. Mogłabyś tego nie mówić mojemu bratu? Sam chcę mu to powiedzieć.
-Nie ma sprawy. Tylko Nathan, jest pewien problem...
-Tak?
-Chciałbym się spytać, czy pożyczysz mi pieniądze... Potrzebuję na wizytę u lekarza...
-Jeszcze się pytasz?
Powiedział i wyciągnął dwie stówy z portfela. Nie swojego, Alexisa. ~Nie zauważy~ Myślał wyciągając pieniądze.
***
-Jeju, ile tutaj jest ludzi...
Pomyślała Diana widząc prawie pełną trybunę na stadionie.
-No wiesz, bilety były za darmo więc jest duże zainteresowanie.
Odpowiedział Alexis.
-To ty tu zaczekaj jak możesz, ja pójdę się przebrać i zaraz do Ciebie przyjdę.
-Dobra, nie śpiesz się. Albo wiesz co, lepiej się pośpiesz. Jak masz siedzieć godzinę przed lusterkiem jak dziś rano, to ja dziękuję.
-Wiesz Dianuś, trzeba podkreślić moją urodę.
Odszedł. Została sama. Czemu tak często jej to się zdarza?
Siedząc na ławce rezerwowych myślała o Nathanie. Gwiazdki nie muszą już spadać, czterolistne koniczynki mogą zwiędnąć, konie schować swoje podkowy, a porcelanowe słonie opuścić swoje trąby, ona ma już swoje szczęście, bo jeżeli dwoje ludzi jest sobie pisanych, w końcu się odnajdą. Czy to już to? Czy już zawsze będą wracać do jednego domu. Zasypiać i budzić się w jednym łóżku. Jeść śniadanie w jednej kuchni. Parzyć sobie nawzajem kawę po nieprzespanej nocy. Dawać sobie całusa przed wyjściem. Dzwonić do siebie tysiące razy, gdy będą osobno, a potem znów wracać do siebie? Czy już zawsze tak będzie? Czy Nathan będzie tą osobą, bez której nie będzie mogła się obejść? Czy bez niego jej życie nie będzie miało sensu? Czy dzięki niemu poczuje, że naprawdę żyje? Czy on pomoże jej zrozumieć co to jest miłość? Tego by chciała...
-Cześć Diana!
Powiedział Villa, siadając obok brunetki.
-Cześć.
Odpowiedziała.
-Co tak sama siedzisz? Gdzie Alexisa zgubiłaś?
-Alex poszedł do szatni i zostawił mnie samą.
-A Nathan?
-Nathan chory, w łóżku leży. A ty masz jakąś sprawę do mnie, czy tak bezinteresownie do mnie podszedłeś?
-No pewnie, że bezinteresownie.
Powiedział i spuścił wzrok w dół.
-Mów co chciałeś.
Zauważyła, że coś kręci.
-Bo, mam prośbę. Mogłabyś zająć się moimi córkami?
-David...
Przerwał jej.
-No proszę. Musiałem je wziąć. Patricia w ósmym miesiącu jest i nie da rady biegać za dwójką dzieci.
-David...
Znów to samo.
-Odwdzięczę Ci się. Będę Ci wdzięczny do końca życia.
-David...
-Widziałaś jak dziewczynki Cię bardzo polubiły. Jak jesteśmy w domu to Olaya cały czas się pyta kiedy będzie mogła się z Tobą pobawić.
-David, czy dasz mi dokończyć?
Spytał nieco uniesionym głosem Diana.
-No, mów.
-Od początku chciałam Ci powiedzieć, że nie ma sprawy, ale ty mi nie dałeś dojść do słowa.
-Naprawdę? Zajmiesz się nimi?
-No pewnie. Na czas treningu?
-No, nie bardzo...
-Jak nie bardzo?
Zdziwiła się.
-Posiedzisz z nimi cały dzień? Ja dziś będę robił pokoik dla syna i wiesz, nie zapanuję nad wszystkim.
-David, David... Narobiłeś sobie dzieci, a teraz ich nie umiesz upilnować? Na szczęcie Diana jest na posterunku! Gdzie one są?
-Ratujesz mi życie dziewczyno!
We dwoje poszli po córki Villi. Były one w szatni. Olaya była na rękach Victora, a właściwie nie na rękach. Victor podrzucał ją w powietrze. Ale to dziecko się śmiało... A Zaida z kolei układała włosy Puyolowi. Oj, było co układać.
-No w końcu David.
Powiedział trener i wziął swojego zawodnika na bok.
-David. Stadion to nie przedszkole. Masz urocze córki, wszyscy je lubimy, ale ich przesiadywanie na stadionie nie jest dobrym pomysłem. Tutaj nie ma nikogo, kto mógłby się nimi zająć. Dziś jeszcze mogą tutaj zostać, ale więcej ich tu nie bierz, jak nie będziesz mógł ich pilnować...
Mówił Tito.
-A jak będę miał dla nich opiekę? Wiesz w jakiej jestem sytuacji. Patricia ledwo co chodzi, nie upilnuje ich. Muszą być ze mną.
-Jeżeli ktoś w czasie treningu pilnowałby ich, to nie ma problemu. Ale nie mogą nikomu przeszkadzać.
-Dobrze, obiecuję.
-Cieszę się. A teraz idź na murawę.
We dwoje wyszli z szatni.
W tym samym czasie Diana z córkami Davida poszła na stołówkę.
-Diana, ty dziś z nami będziesz?
Spytała Zaida jedząc zupę.
-Tak i właśnie chciałam się was spytać, co byście chciały robić? Macie jakieś zachcianki?
Spytała Diana. Nic nie odpowiadały. Zaida zajęła się dalszym jedzeniem, a Olaya siedziała i patrzyła się na Dianę z wielkim uśmiechem na twarzy.
-Ja to bim ciała ziobacić psia.
Powiedziała ucieszona Olaya.
-Psa?
Spytała zdziwiona.
-Nio.
Odpowiedziała.
-Tata nam mówił, że kupi nam psa.
-Tak mówił? Spytam się go. Będziemy mogły pójść pooglądać.
-Taak!
Krzyknęły we dwie.
Gdy dzieci Villi kończyły jeść pierwsze danie, Alexis i David zrobili sobie przerwę w treningu.
-Alex, posłuchaj. Mogę zostawić z Dianą moje dzieci?
Spytał nieco przestraszony.
-Ty się mnie pytasz? Chyba jej powinieneś, nieprawdaż?
-Jej już się pytałem, ale nie o to chodzi. Będzie potrafiła się nimi zająć? Czy w ogóle ma czas? Lepiej ją znasz ode mnie, powinieneś lepiej wiedzieć...
-Powiem Ci tak. Lepiej nie mogłeś trafić. Jak byliśmy u mnie na święta, to sama ogarniała czwórkę dzieci. Jej możesz zaufać. A co do wolnego czasu, to ma. Nie pracuje więc może.
-Dobra, chciałem się upewnić, bo tak z nienacka ją o to poprosiłem...
Po zjedzeniu drugiego dania we trzy zeszły na murawę. Diana siedząc na ławce rezerwowych trzymała na kolanach Olayę, która rysowała prezent dla taty, a Zaida tańczyła przy linii boiska.
-Diana lubisz tańczyć?
Powiedziała Zaida robiąc piruet.
-Lubię, ale nie za dobrze mi to wychodzi.
-Przecież to jest łatwe...
Podsumowała wszystko, po czym usiadła obok swojej opiekunki.
-Co to jest, Olayo?
Spytała Diana pokazując na rysunek dziewczynki.
-Naś pies.
Psem tego nie można było nazwać. Raczej różową plamą z niebieskimi nogami.
Chwilę po tym starsza siostra też wzięła się za rysowanie.
-Ładne?
Powiedziała po kilku minutach.
-A kto to?
Spytała Diana.
-To jest mój tata, moja mama, ja, Olaya i mój braciszek.
Mówiła pokazując
-A ta osoba tu obok Ciebie?
Spytała.
-To jesteś ty.
Powiedziała ucieszona.
Dziecko, które Cię praktycznie w ogóle nie zna tak bardzo się do Ciebie przywiązuje, że aż maluję Cię na portrecie swojej rodziny. Czy to nie cudowne? Czy dzieci to nie wspaniałe istoty?
-Aje tu duzio judzi...
Powiedziała Olaya patrząc na pełne trybuny.
-To dziś jest mecz?
-Nie Zaido, trening otwarty.
Po kilkunastu minutach to dziewczyn podbiegł spocony David.
-I jak się bawicie?
Spytał, gdy inni jeszcze trenowali.
-Dobrze, ale trochę nudno...
Powiedziała Zaida.
-O, to Diana możesz je gdzieś zabrać. Ja wieczorem po nie pojadę.
-No dobrze, ale...
-Chodź dam Ci ich rzeczy. Nie, nie mogę... Idź do szatni i weź ich torbę. Jest obok mojej szafki. Taka różowo biała. One Ci pokażą.
-Villa!!
Usłyszeli wszyscy krzyk trenera. Oznaczał on tylko jedno "Wracaj mi tu leniu jeden!" Szybko wrócił do ćwiczącej grupy.
Villątka z Dianą poszły do szatni. Po wzięciu torby wyszły ze stadionu.
Diana nie wiedziała, gdzie zabrać dzieci, więc postanowiła wziąć je do siebie do domu.
Dała im kredki i kartki papieru, żeby miały jakieś zajęcie.
-Zaida, popilnujesz przez chwile siostry? Ja pójdę tutaj na przeciwko. Zostawię drzwi otwarte, jak coś to krzycz.
Powiedziała i poszła do "swojego chłopaka".
-Śpisz?
Powiedziała uchylając drzwi.
-Nie, oglądam.
Wyszeptał patrząc na Dianę. Położyła się obok niego wtulając swoją głowę w jego ciało.
-Tęskniłam za Tobą.
Powiedziała.
-Czemu zostawiłaś otwarte drzwi?
Wydawał się zmieniać specjalnie temat.
-Są u mnie córki Davida. Poprosił mnie żebym się nimi zajęła.
-Rozumiem. To nici z moich planów...
-A co takiego zaplanowałeś?
-Niespodzianka. Ale będę musiał zrealizować ją innego dnia.
-Już nie mogę się doczekać.
Powiedziała i pocałowała go czule.
-Dobra, to odpoczywaj sobie, ja pójdę do dziewczyn. Odwiedzę Cię jeszcze wieczorem.
-Pa skarbie.
Wyszła.
***
Jak się później okazało, David naprawdę chciał kupić córkom psa, ale nie teraz. Teraz miał na głowie troje dzieci. Pies był mu najmniej potrzebny. Ale z pomysłu na zakup psa ucieszył się Alexis. Razem z Dianą i córkami swojego kolegi z drużyny wybrali się do schroniska. Sanchez już dawno chciał sobie kupić psa. Uwielbiał zwierzaki.
-Ale śliczne!
Krzyknęła Zaida gdy tylko ujrzała psy w koszykach.
Długo wybierali odpowiedniego psa dla Alexisa. Największą uwagę przykuła suczka Goldena Retrivera, która biegała za swoim ogonem.
-Ma ona dwa miesiące i jest w stu procentach zdrowa.
Powiedziała pani z obsługi widząca zainteresowanie u Alexisa.
Alexisowi nie trzeba było drugi raz powtarzać tak nakręcił się na tego psa, że zrobiłby wszystko by go mieć.
Po kupieniu zwierzaka przyszła pora na wszystkie akcesoria. Miseczki, jedzonko, posłania, smycze, obroże czy witaminy. Kupił wszystko. Ta wyprawa po sklepach najbardziej podobała się Zaidzie. Biegała od sklepu do sklepu i pakowała do koszyka wszystko co jej się spodobało. Udało jej się też namówić Alexisa na zakupy dla niej i dla siostry. Spódniczki, bluzeczki czy buciki. Alexis nie oszczędzał. Sam bardzo lubił dzieci, a że nie miał swoich, chciał wydać na nie. Nie zapomniał też o Dianie i o sobie. We dwoje urządzili pokaz mody dla Zaidy i Olayi. Bardzo dużo czasu spędzili w sklepie, tak samo dużo kupili. Po zjedzeniu kolacji mogli udać się do domu. Dzieci Davida zasnęły na rękach w drodze do samochodu. Spały jak aniołki całą drogę. Nie tylko one. Piesek również.
-Dziękuję Alexis.
Powiedziała Diana, gdy byli już prawię pod domem Davida.
-Dziękujesz? Za co?
-Jak to za co? Za wszystko! Widziałeś jakie one były zadowolone. To dzięki tobie. Sama nie wiem co bym z nimi robiła...
-Oj tam. Na pewno byś coś wymyśliła. A właśnie. Podoba Ci się ten dom?
Spytał się zatrzymując się obok wielkiego białego domu.
-Jest śliczny. Kogo?
-Jeszcze niczyj, ale mam na niego ochotę.
-Chcesz się przeprowadzić?
-No wiesz, teraz będzie nas troje w domu, ten pies potrzebuje miejsca.
-I mnie tak zostawisz?
Powiedziała smutno
-Jeszcze nie teraz. Na razie nie mam kasy.
Kilka minut później byli już pod domem Davida. Gdy zadzwonili, im oczom ukazał się David i jego ciężarna żona.
-Cześć wam.
Powiedziała Patricia całując najpierw Dianę, a później Alexisa. Wyglądała kwitnąco. Ciąża jej naprawdę służy.
Sanchez razem z Daviedem zanieśli dzieci do łóżka, a Diana i Patricia usiadły w salonie.
-Dziękuję Ci Diana za dzisiejszy dzień. Dziękuję Ci za zajęcie się moimi dziećmi. Widzisz, ja ledwo już chodzę, a David musiał zrobić pokoik dla małego. Jesteś Aniołem, że nie odmówiłaś.
-Patti, zawsze możecie na mnie liczyć. Macie wspaniałe dzieci. Zajmowanie się nimi to sama przyjemność. Jak nie będziecie mieli ich z kim zostawić, to wiecie gdzie mieszkam. Zawsze je miło przyjmę.
-Diana! No po prostu jesteś wspaniała!
Powiedziała i przytuliła się do brunetki.
Niedługo potem wraz z Alexisem wracała do domu.
-Jak ją nazwiesz?
Spytała się Diana patrząc na śpiącego psa na jej kolanach.
-Lea? Albo Rossi?
-Lea? Chyba śmieszny jesteś Rossi już lepsze.
-To wymyśl inne.
-Nurisse? Albo Mistey? Lub Cassie?
-Jeszcze spytam Nathana.
Gdy dojechali do domu była już dwudziesta pierwsza. Alexis wszedł tak, by jego brat nie widział co trzyma w ręce.
-Patrz kto dołączył do naszej rodziny!
Krzyknął ucieszony pokazując suczkę.
-Alex... Na co nam ten pies?
-To nie pies. To dziewczynka. Ładna prawda?
Dorzucił.
-Sanchez... Na co nam pies?
-Weź już skończ. Też ją pokochasz. Teraz ją potrzymaj, ja zaraz przyjdę.
Wybiegł z domu.
-No cześć mała.
Powiedział Nathan głaszcząc psa.
Alexis i Diana za kilka minut przyszli z pełnymi torbami. Połowę z tych rzeczy rozpakowali, resztę nie.
Gdy można było spokojnie usiąść, postanowili wymyślić imię dla nowego lokatora.
-Mistey czy Cassie?
Powiedziała Diana.
-Oba jakieś takie...
-To wymyśl lepsze.
-Nie wiem...
Siedzieli długo i wymyślali imię, ale żadne im nie pasowało.
-Mam!
Krzyknęła Diana.
-Sunny!
-O, Sunny ładne.
Zgodzili się wszyscy. Od dziś nowym współlokatorem Sanchezów jest Sunny!
czwartek, 20 czerwca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
15. Czy ktokolwiek się tego spodziewał?
Czy ten rok był udany? Czy udało mi się zrobić wszystko co zamierzyłam? Czy przyszły będzie lepszy? Co mi się przytrafi? To tylko nieliczne z pytań, które zadaje sobie każdy, gdy zbliża się Nowy Rok.
***
Jak co roku, trzydziestego grudnia wszyscy piłkarze FC Barcelony goszczą na stadionie i razem spędzają przedostatni dzień roku. To już taka Katalońska tradycja. Wszyscy wraz z osobami towarzyszącymi jedzą wspólny obiad i podsumuwują zeszły rok. Ale nie jest to zwykłe spotkanie w dresie. O nie! Na nim każdy chce wyglądać najlepiej jak może. Nie jest to tylko miłe dla nich samych, ale także dla innych. Fajnie jest zobaczyć Barcelonistas w garniturach, a nie tylko w dresie...
Wyglądają naprawdę elegancko.
***
-Cieszę się, że ze mną pojechałaś.
Powiedział Alexis kierując się na stadion.
-No wiesz... Co by pomyśleli, gdybyś zjawił się sam? Przecież jesteś Wielki Sanchez. Nie możesz być samotny.
-Prawda. Mówiłem ci, że ślicznie Ci w tej sukience?
Mówił spoglądając na Dianę.
-Nie słodź, nie słodź.
Diana zaczęła zauważać, że dzieje się z nią coś niedobrego... Zawsze Alexisa traktowała jak kumpla, nigdy nie pomyślała, że mogą być kimś więcej. Dobra, raz tak pomyślała, ale to było na samym początku znajomości, teraz to co innego. Teraz każde słowo, każde zdanie, które chce powiedzieć w obecności Alexisa, zastanawia się nad nim dwa razy. Nie chce się zbłaźnić. Teraz każdy komplement od niego przyjmuje inaczej, bardziej się nad nim zastanawia i zostaje on głęboko w jej sercu. Czy ona się w nim zakochała?
Minęło kilkanaście minut i już byli pod stadionem. Spotkanie zaczynało się o szesnastej. Mieli jeszcze kilka minut, które postanowili wykorzystać na spacer po murawie. Nie byli jedyni. Po trawie chodziło jeszcze kilka osób.
-Co zazwyczaj robicie na takich spotkaniach?
Spytała Diana.
-Wiesz... Najpierw trener podsumuwywuje cały miniony rok, mówi swoje założenia na następny i składa nam życzenia. Później jest wspólny obiad. Rozmowy, śmiechy... Jak wszystko dobrze idzie, to są też tańce. Rok temu to było dopiero coś... Wyobrażasz sobie Fabregasa i Albę tańczących razem na stole? Może w tym roku będzie powtórka...
Kończąc mówić weszli na umówioną salę. Zajęli pusty jeszcze stolik i czekali na przyjaciół. Po kilku minutach sześciu osobowy stolik był już zajęty. Diana z Alexisem, Shakira z Gerardem i Alba z Thiago. Tak Thiago.
Gdy po ponad półgodzinnej przemowie trener Villanova życzył wszystkim wielu sukcesów można było zabrać się za obiad.
-Diana...
Zaczęła Shakira siedząca obok brunetki.
-Od dawna jesteś w Alexisem?
-Co proszę?! Nie jesteśmy razem! Dlaczego wszyscy tak sądzą?
Spytała. Na szczęście nikt inny nie usłyszał pytania Shakiry, gdyż wszyscy zajęci byli sprzeczaniem się jaka gwiazda dostanie w tym roku Oskara.
-Nie? Ale wyglądacie... Dobra. Nie będę się wtrącała. Chyba, że chcesz mi opowiedzieć o tym co jest, a czego nie ma między wami?
Powiedziała i w komiczny sposób poruszyła brwiami.
-Nie chcę. Lepiej ty opowiedz mi o tym, co siedzi w Twoim brzuszku. Mogę dotknąć?
Spytała i już po chwili trzymała rękę na brzuchu Isabel. Nic specjalnego nie poczuła, ale widziała uśmiech na twarzy przyszłej matki.
-To będzie chłopiec. Nie mamy jeszcze imienia, ale jest kilka opcji. Już niedługo się zobaczymy kochanie.
Powiedziała i pogłaskała się po brzuchu.
-Już mu zazdroszczę. Mieć takich wspaniałych rodziców to czysta przyjemność.
Rozmowy trwały długo. Tak samo jak długo nic się nie działo. Ogólnie rzecz ujmując to nic się nie działo. Przez cztery godziny jedli i rozmawiali. Na co innego mogła liczyć, skoro wokół nich było pełno prezesów i dyrektorów...
Gdy po godzinie dwudziestej pierwszej większość z Barcelonistas były już w domu Diana szukała swojego buta...
-Alexis! Gdzieś ty go schował?
Spytała poirytowana całą sytuacją. Ściągnęła buty na chwilę, by nogi odpoczęły. Teraz została z jednym.
-Ja nie wiem. Nie gustuje w takich butach. Wole trampki.
-Alex... No proszę Cię... Jak ja pójdę do domu?
-Nie mam go! Spytaj kogoś innego.
-Alex...
Spytała i popatrzyła na niego wzrokiem skrzywdzonego pieska.
-Już nie rób takich maślanych oczek. Dałbym Ci go, ale nie mam.
-Naprawdę?
Spytała, gdy już opuściła ją nadzieja.
-Tak.
-To kto go ma?
-Nie mam pojęcia.
-Przecież nie będę szła na boso... Jest już zimno i daleko zaparkowałeś...
-Mam pewne rozwiązanie...
Powiedział i podszedł do dziewczyny. Szybkim, zwinnym ruchem ręki wziął ją na ręce i powoli zaczął kierować się do wyjścia. Wyobrażacie sobie jak musiała się czuć? Prawda, zna go już ponad pół roku, są dobrymi przyjaciółmi, ale przecież to nadal boski Sanchez. Sanchez, o którym rok temu tylko marzyła, a dziś on ją nosi na rękach. Dokładnie słyszy jego oddech na swojej szyi i czuje bicie jego serca. Serca, które tak bardzo chciała mieć dla siebie.
-Mam nadzieję, że jutrzejszego sylwestra spędzisz z nami?
Spytał otwierając drzwi od mieszkania.
-A zapraszacie mnie?
-Diano. Ty już nie jesteś obca. Jesteś jedną z nas. Jesteś naszą przyjaciółką. A przyjaciół traktujemy jak rodzinę. Nie musisz uprzedzać jak chcesz przyjść. Ba! Nie musisz nawet dzwonić jak przychodzisz. Zawsze tam gdzie my tam i ty. Nie jesteś sama. Nigdy nie będziesz sama. Zapamiętaj to. Chcę, żebyś przyszły rok zaczęła z nami. Chcę, żebyś cały następny rok była z nami.
-Naprawdę? Jestem dla was ważna?
-Jeszcze się pytasz? W naszym Hiszpańskim życiu jesteś najważniejszą kobietą. Chyba zdążyłaś to zauważyć.
Nikt jej takich słów nie mówił. Czuła się wyjątkowa i doceniana. W głębi serca chciała to usłyszeć. Do pełnego spełnienia brakowało tylko ust Alexisa. Ust na jej ustach.
-Jesteś jak siostra. Młodsza siostra, którą trzeba się zajmować.
Chyba się przeliczyła. Siostra? Ona nie chce być siostrą!
-Siostra... Tak...
-Powiedziałem coś źle?
Spytał natychmiast Alex, który zauważył nagłe pogorszenie nastroju "siostry".
-Nie. Wszystko powiedziałeś idealnie. Jestem po prostu zmęczona. Do jutra.
Powiedziała i zniknęła za drzwiami. ~Baby są jakieś inne...~ Pomyślał i wszedł do mieszkania. Nathan, który przedostatni dzień w roku postanowił przeznaczyć na sprzątanie w szafkach, tak się zmęczył, że leżał na podłodze otoczony stertą ciuchów i śpiewał sobie pod nosem.
-Ty się dobrze czujesz?
Spytał ściągając krawat i widząc brata na podłodze śpiewającego "I'm sexy and I know It!".
-Nie. Nie ogarniam tych ciuchów. Wychodzą mi takie jakieś krzywe jak je składam...
Powiedział zrezygnowany.
-No, ja ci nie pomogę. Sam tego nie umiem.
-I mam je tak zostawić?
-Noo, to Twój pokój i Twoje ciuchy. Rób co chcesz.
Powiedział i poszedł do łazienki się odświeżyć.
-Rób co chcesz...
Powtórzył i zaczął śpiewać dalej.
***
Najczęściej poruszają nas te słowa, które ktoś wypowiedział niechcący, mimochodem. Nie o tym myślał, nie o to mu chodziło, ale właśnie to trafiło... Ale żyjąc wspomnieniami nie zmienimy przeszłości. Nawet jeśli nie wiadomo jak trudne by to było trzeba zaprzestać. Tracimy wtedy tylko cenny czas, który możemy wykorzystać na stawianie nowych kroków. Kroków do przodu. Nigdy nie wiadomo jaka przyjdzie następna karta. Czy będzie to miłość czy choroba. Trzeba brać życie takim jakie jest i sprawić, by liczył się każdy dzień. Żyjąc przeszłością, nie zmienimy przyszłości. Trzeba dbać o jak najlepszą teraźniejszość, by nie tkwić w miejscu.
Każdy chciałby obudzić się, zaparzyć kawę do dwóch kubków i jeść śniadanie ze świadomością, że obok jego szczęście cicho śpi. Tylko czy to szczęście pojmie kim jest zanim będzie za późno...
***
Ta niewiedza, ta nie moc, ta nicość. To coś zbudziło ją ze snu. "Siostra" to słowa tkwiło w jej głowie to teraz. Może tak musi być? Może oni nie są dla siebie? Czy dalej ma się łudzić? Czy próbować?
Wchodząc do kuchni zobaczyła Ricardo, który pakował ciuchy do torby.
-Wyjeżdżasz gdzieś?
Spytała jeszcze zaspana.
-Tak. Może i jestem stary, ale nie mam zamiaru spędzać sylwestra samotnie.
-Dziadku, przecież ja jestem.
-Disiu... Przecież wiem, że nie chcesz spędzać tego dnia z dziadkiem. Już na pewno Alexis coś szykuje. O mnie się nie martw. Jadę do mojego dobrego znajomego pod Madryt. Po za tym mam z nim sprawy do obgadania.
-A jak długo Cię nie będzie?
-No, myślę, że z tydzień do przynajmniej.
-Ile? To niezła balanga się szykuje...
-Diana. Nie balanga, tylko sprawy biznesowe.
-Tak, tak. To baw się dobrze.
-Ty również Disiu.
Powiedział i całując wnuczkę w czoło wyszedł z mieszkania. Została sama. Sama ze swoimi dręczącymi myślami.
Po śniadaniu i doprowadzeniu siebie do porządku postanowiła porozmawiać z Alexisem. Nie mogła tak dłużej żyć. Sama nie widziała co czuje. A to chyba najgorszy stan.
Tak jak powiedział, weszła do mieszkania jak do siebie. Nieuniknione było usłyszenie śpiewu Nathana i tańców do tego bełkotu.
Wyglądali przezabawnie. Nathan siedział na blacie kuchennym z gitarą i śpiewał skoczne piosenki, a Alexis wywijał tyłkiem na prawo i lewo w rytm słów brata.
Nie zraził się nawet widząc stojącą w drzwiach Dianę. Wręcz przeciwnie. Podbiegł do niej i chwytając ją za ręce zaczął tańczyć razem z nią.
-Alex! Puść mnie!
-No co? Trzeba się rozgrzać przed wieczorem!
Powiedział śmiejąc się.
-Alex..
Odpuścił. Widział, że nie jest w humorze. Chyba nie dało się tego nie zauważyć. Szczerze, to nawet nie chciała tego ukrywać.
-Stało się coś?
Zaczął Nathan odkładając gitarę.
Nie odpowiedziała.
-Jadłaś śniadanie?
Spytał na rozluźnienie Alex.
-Ty, jest już po trzynastej. Chyba pora na obiad.
-Faktycznie... Jak ten czas leci...
Powiedział kładąc się na kanapę.
-To chcecie obiad? Zaraz coś ugotuję.
-Nie, to nie jest konieczne. Poleż sobie.
Chciała porozmawiać. A została sama w kuchni. Nathan wrócił do składania ciuchów, a Alexis rozkoszował się chwilą odpoczynku, która nie trwała długo.
-Alexis, chciałam porozmawiać.
Powiedziała Diana siadając w nogach Alexisa.
-Stało się coś?
-Chyba tak... Bo ja...
-No, wyduś to z siebie.
-Bo ja...
-Matko Katalońska! Zapomniałem!
Krzyknął jakby co najmniej zobaczył ducha zmarłej babki. Zaraz po jego krzykach w pośpiechu założył na siebie spodnie i zmienił koszulkę. W tym momencie po Sanchezie nie było już śladu. Zniknął.
-Gdzie on tak pobiegł?
Usłyszała z pokoju, do którego od razu poszła.
-Nie wiem. Co ty robisz?
Spytała widząc to "coś" co robił Nathan.
-Umieram. Tego nie da się złożyć. Te ciuchy to wymysł szatana!
Powiedział i rzucił ciuchy na podłogę.
-Daj to ciamajdo...
Powiedziała i zaczęła składać koszulkę.
-Jak ty to zrobiłaś?
Powiedział zdziwiony widząc idealnie złożoną koszulkę.
-Jestem córką szataana!
Złożyła jeszcze kilka ciuchów i przyszła pora na Sancheza. Oj, nie umie tego chłopak...
-Pomogę Ci.
Powiedziała i złapała chłopaka za ręce.
Z jej pomocą szło mu to dużo lepiej. Przyjaciele? Tego tak bym nie powiedziała... Oboje poczuli się nieswojo, gdy ich ręce się zetknęły. Jakby stresowali się swoją obecnością...
-I widzisz? Udało się.
Powiedziała i usiadła nieco dalej.
-Ledwo, ale udało.
I znów wszystko wróciło do porządku dziennego. Rozmawiali normalnie, bez stresu. Tylko ten dotyk...
-I jak z dzisiejszym wieczorem? Mnie dziadek zostawił samą, mówił, że wy się mną zajmiecie.
Spytała, gdy ciuchy złożone leżały już w szafie, a oni sami oglądali telewizję.
-Możesz nie przetrwać sylwestra z nami... Ja ledwo zeszłorocznego przeżyłem. Pierwszy z piłkarzami z Barcy... Działo się, działo... Jesteś na to gotowa?
-W stu procentach!
-To już Twój wybór.
-Ale... to będzie tutaj?
Spytała niepewnie.
-No co ty! Ja chce jeszcze mieć mieszkanie! Zresztą już nie na długo...
-Nie na długo? Zostawiacie mnie?
Powiedziała smutno.
-Niestety. To mieszkanie jest za małe. Alexis chce czegoś większego. Chce być bliżej kolegów.
-Rozumiem. To gdzie będzie ta impreza?
-U Cesca. Z tego co mi Alexis mówił.
-I ta jego Daniella się zgodziła? Z tego co pamiętam nie wygląda na miłą...
-No co ty! Jest spoko. Zobaczysz.
***
Kobieta płeć piękna i niepowtarzalna. Szczególnie w tą ostatnią w roku noc. Każda, każda bez wyjątku chce czuć się wtedy piękna, atrakcyjna. A co z tym idzie, pełno czasu musi przesiedzieć w łazience, by doprowadzić się do pożądanego wyglądu. Ale efekt jest zniewalający.
Diana nie należała do kobiet, które ślęczą dniami i nocami przed lusterkiem. Ona miała tyle dobrze, że bez makijażu i drogich ubrań podobała się innym. Była po prostu bardzo ładna. Ale w sylwestrową noc chciała wyglądać zniewalająco. Udało jej się to. Alexis i Nathan, przez całą drogę do domu Cesca nie mogli oderwać od niej wzroku. A, że siedzieli obok, mogli w spokoju przyglądać się temu "dziełu" nie przejmując się niczym.
Gdy po kilku dziesięciu minutach byli pod domem Cesca usłyszeli głośnie "gool" dochodzące z salonu. Dlaczego mnie to nie dziwi?
-Cześć!
Powiedział Alexis tuż przy wejściu. W salonie siedzieli Messi, gospodarz domu i syn Danielli- Joseph, którzy grali w Fifę.
-Sanchi! Cześć, siadaj zagrasz z nami.
Powiedział Messi i podał pada Alexisowi, który nie myśląc od razu się przyłączył.~No to świetnie się zaczyna...~ Przemknęło przez myśli Dianie. Gdy Nathan przyłączył się do chłopaków, jedyna dziewczyna w tym towarzystwie postanowiła poszukać kogoś tej samej płci. Gdy chodziła po wielkim domu, usłyszała śmiechy z pokoju gościnnego na piętrze. Nie zastanawiając się weszła do środka. Na łóżku leżała Daniella ze swoją córką i partnerka Messiego z synem. Na co ona brała kilkumiesięczne dziecko na imprezę z przyjaciółmi? No cóż, ona się będzie nim zajmowała...
-Cześć... Nie przeszkadzam?
Powiedziała na wejściu nieco speszona.
-Diana! Cześć. Miło, że przyszłaś.
Powiedziała Antonella, która karmiła dziecko. Nie czekając długo usiadła obok kobiety i przyglądała się dziecku.
-Przyszłaś z Sanchezami?
Spytała Daniella.
-Tak. Z obojgiem.
Odpowiedziała.
-To fajnie! Uwielbiam Alexisa. Jest tak zabawny i miły. Po prostu idealny kumpel.
Dopowiedziała Rocuzzo.
-Tak, kumpel...
***
Około godziny dwudziestej pierwszej zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Na szczęście (lub też nie) Daniella i Antonella postanowiły spędzić sylwestra w cichym i spokojnym miejscu razem z dziećmi. Przyłączyła się do nich Shakira i Patricia, które do porodu miały coraz bliżej. Można powiedzieć, że otworzyły przedszkole, gdyż we czworo opiekowały się ponad dziesiątką dzieci. Szczerze, kto by chciał mieć takiego sylwestra? Ale nie ma się co dziwić... Przynajmniej Iniesta, Valdes, Pinto i Alves nie musieli martwić się o dzieci. Opiekę miały wyborną.
-Nathan, widziałeś Alexisa?
Spytała Diana, gdy dokopała się do Sancheza, który leżał gdzieś w łóżku Fabregasa, a może to nie było jego łóżko?
-Kręcił z jakąś dziewczyną w kuchni... Ale nie jestem pewien.
Poszła sprawdzić. Gdy weszła, jej oczom ukazał się Alexis w objęciach pięknej blondynki. I jakby całe zauroczenie Alexisem pękło. Niczym bańka mydlana. Widząc go całującego się z zupełnie obcą dziewczyną, zdała sobie sprawę, że on nie jest dla niej. Zdała sobie sprawę, że całe to zauroczenie to jedna wielka pomyłka. On jest pomyłką? A może tak jej się tylko wydawało? W jej małej, niczego nieświadomej główce uroiła się myśl, że nie jest odpowiednia dla niego. Nie ma co nawet marzyć. Lepiej będzie jak zapomni. Ale czy to będzie łatwe?
-Cześć Diana! Która godzina?
Spytał gdyby nigdy nic.
-Po dwudziestej drugiej kilka minut. Nie przeszkadzajcie sobie.
Wyszła. Każda normalna dziewczyna w takiej sytuacji załamała by się. Przez kilka lat, ten człowiek jest twoim idolem. Mieszkasz z nim. Zaprzyjaźniasz. Z czasem zauroczysz się tą osobą. Gdy już chcesz mu wszystko powiedzieć, on obściskuje się z kimś innym... Znajome? Nigdy nie dowiesz się jak bardzo lubisz daną osobę, dopóki nie zobaczysz jej lubiącej kogoś innego...
W salonie to był dopiero syf! Kilku chłopaków i ich dziewczyny grali w rozbieranego pokera, więc większość z nich siedziała prawie naga. Inni, ubrani leżeli, tańczyli lub spali w różnych miejscach domu.
-No dajesz Anna, ściągaj bluzeczkę!
Powiedział zadowolony Pique, gdy Anna przegrała kolejkę.
-Czy ty aby Gerard nie zapędziłeś się?
Spytał zazdrosny mąż przegranej.
-Takie są zasady.
Anna nie wyglądała na speszoną. Ochoczo ściągnęła bluzkę i zaczęła grać dalej.
-Co tak sam siedzisz?
Spytała i usiadła obok Villi przy basenie.
-A rozmyślam nad minionym rokiem...
-Mogę się przyłączyć?
Spytała i ujrzała rękę Villi klepiącą wolne miejsce obok niego.
-Ehh...
Zaczął.
-Piękną mamy dziś noc, prawda?
-Prawda.
Odpowiedziała i spojrzała na gwieździste niebo.
-Ten rok nie był moim ulubionym... Mało bramek, problemy rodzinne...
Zaczął. Kto by pomyślał, że David Villa, wielki hiszpański napastnik otworzy się przed niemal obcą osobą.
-Na pewno nie miałeś tak źle jak ja... Nikt nie ma tak źle jak ja. Ty w porównaniu do mnie masz idealne życie. Dom, praca, żona dwie córki i jeszcze syn w drodze... Czego chcieć więcej?
-Ja nie narzekam na moje życie. Ale też nie uważam jego za najwspanialsze.
-Nikt nie ma wspaniałego życia. Wtedy nie byłoby ciekawie. Problemy, upadki i kłopoty są potrzebne. Bez tego życie nie byłoby życiem.
-Ty chyba musiałaś dużo przejść...
-Szczególnie w tym roku. Zaczęło się błahostką. Zerwanie z chłopakiem. Później było już coraz gorzej. Choroba przyjaciółki, brak jakiejkolwiek pracy, aż w końcu śmierć rodziców i siostry.
Nic nie mówił. Siedział i wpatrywał się w zaszklone oczy dziewczyny.
-Zginęli w połowie marca w wypadku samochodowym. Jechali obejrzeć moje nowe mieszkanie. Nie dojechali... To moja wina. To ja naciskałam, żeby przyjechali.
-Nie mów tak! Nie mogłaś tego przewidzieć. To nie ty jesteś winna. Zapamiętaj to!
-David, ja nie umiem. To jest silniejsze ode mnie. I jeszcze jakby tego było mało nie miałam pieniędzy na nic. Dom rodziców musiałam sprzedać, żeby spłacić długi. Nie miałam za co żyć. Ba! Nawet nie miałam gdzie żyć. Na szczęście został mi jeszcze dziadek. Nie wiem co bym zrobiła jakby go zabrakło...
-Ricardo do świetny człowiek. Nie dziwie się, że jest dla Ciebie ważny.
-Tylko on mi został...
***
-Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Nowy Rook!
Wybrzmiało w domu Fabregasa i w całej Europie.
Doczekali się. Mamy 2013 rok. Oby był dobry i łaskawy dla wszystkich. Oby ta 13 nie okazała się pechowa. I żeby Barcelona wygrała Ligę Mistrzów i Ligę Hiszpańską!
-Wszystkiego najlepszego!
Zaczęły się życzenia. Każdy z każdym. A w Hiszpanii czy to na powitanie, czy pożegnanie całuje się bardzo dużo. Tak też było i w sylwestra.
-Dianuś moja!
Usłyszała zza swoich pleców i już była obcałowywana przez Alexisa.
-I żebyś...
Pocałunek w prawy policzek.
-Nigdy...
Pocałunek w lewy policzek.
-Nie wyjeżdżała...
Znowu prawy.
-Z Hiszpanii!
I znów lewy.
-Tak, Tobie też wszystkiego najlepszego.
Odszedł bardzo, ale to bardzo chwiejnym krokiem.
-Dianka! Gdzieś ty się podziewała!
Wrzeszczał Nathan na całe podwórko i biegł do dziewczyny.
Jak to on, od razu chciał się całować.
-Wszystkiego...
Zaczął całując dziewczynę w policzki. Coś się nie zgrało. Tak łapczywie chciał całować, że zamiast w policzki, całował prosto w usta. Jakby nie było pierwszy pocałunek. Może i z zaskoczenia dla obu stron, ale zawsze.
Gdy zorientował się, że zamiast w policzek, całuje w usta, było już za późno. Rozpłynęli się w namiętnym, długim pocałunku. Najwspanialsze momenty w życiu człowieka to te, w którym zaciera się granica między światem marzeń, a rzeczywistością.
Poznajemy tysiąc ludzi i nikt nas nie wzrusza. Aż w końcu pojawia się jedna, odpowiednia, która odmienia nasze życie. Bezpowrotnie. Czasami osoba, od której niczego nie oczekujesz, staje się osobą bez której nie możesz się obejść. Od teraz nic już nie będzie tak jak dawniej...
-Ojć... Przepraszam...
Powiedział, gdy oderwała swoje usta od jego. Nie usłyszał odpowiedzi. Ujrzał tylko uśmiech i rumieńce na jej twarzy.
Odeszła. Zniknęła za rogiem budynku.
-Stało się coś?
Spytała Anna widząc przerażoną minę Diany.
-Nie. Wszystko w porządku.
-To dobrze, chodź się napić za nowy rok!
I się zaczęło. Jak do północy prawie nic nie piła, tak teraz zalała się całkowicie.
-Valdes! Valdes! Valdes!
Rozbrzmiało w całym domy, gdy kompletnie pijany Victor wszedł na stół i zaczął ściągać ubranie. Wkrótce po tym stał i tańczył kompletnie nagi, co nie spodobało się jego żonie.
-Victor! Baranie ty! Złaź tu i ubieraj się!
Krzyknęła i ściągnęła ze stołu męża podając mu ubranie.
Diana już całkiem nie wiedziała co robi. Alkohol uderzył jej do głowy aż tak, że była zdolna do wszystkiego.
-Cześć Nathan.
Powiedziała i usiadła obok chłopaka na kanapie.
-Diana, coś ty ze sobą zrobiła?
Spytał widząc kompletnie pijaną brunetkę.
-Nathan...
Udało jej się tylko wyjąkać i zaczęła dobierać się do Sancheza. Siedząc okrakiem na jego kolanach zaczęła go całować.
-Diana!
Próbował protestować. Ale chłopak, to chłopak. Uwielbia takie sytuacje, dziewczyny są wtedy łatwiejsze.
-Zabierz mnie na górę...
Powiedziała mu do ucha. Nie czekał długo. Wziął dziewczynę na ręce i położył do łóżka w pierwszym wolnym pokoju. Zostawił ją tylko na chwilę. Chciał zamknąć drzwi. Gdy usiadł obok leżącej Diany, zorientował się, że ta zasnęła.~Świetnie.~ .
Około godziny szóstej nad ranem Barcelonistas spali. Nareszcie można było usłyszeć własne myśli. Przez całą noc było tu tak głośno, że dziwię się, że żaden sąsiad nie zadzwonił na policję. Fakt. Wszyscy sąsiedzi Fabsa byli u niego w domu. To była świetna impreza.
***
Przypadkowa znajomość czasem potrafi dać nam więcej szczęścia niż ta, na którą czekaliśmy z utęsknieniem. Czasem przez przypadek poznajemy osobę, która stanie się dla nas wszystkim. Wszystko co dzieje się przez przypadek jest niesamowite. Niepowtarzalne. Przypadkowe. Czujemy większe szczęście jeśli coś dostaniemy niespodziewanie. Oni dla siebie byli niespodzianką. Jakże wspaniałą niespodzianką...
Obudziła się z różnicowanym nastrojem. Z jednej strony ból głowy dawał się we znaki, a z drugiej czuła się wspaniale leżąc na Nathanie. Nim zorientowała się co tak naprawdę robi, było już za późno.
-Cześć Diana...
Usłyszała zza swojej głowy. Niepewnie spojrzała na tę osobę.
-Nathan. Co ty tu robisz? Czemu śpimy razem?
Spytała przestraszona i szybko podniosła swoją głowę z klatki piersiowej chłopaka.
-Nie pamiętasz? Nic?
-A jest coś do pamiętania? Auł, musiałam dużo wypić, wszystko mnie boli.
Łapiąc się za głowę znów się położyła.
-Diana, nic nie pamiętasz?
-Nathan, nie. Ostatnie co pamiętam to kąpiel z Jordim w basenie i te dzikie tańce ze wszystkimi. Aa! I to dziwne coś co Alves miał na sobie...
-To pamiętasz, a tego nie pamiętasz?
-Czego? Stało się coś wczoraj?
-Nie, nic.
Zrezygnował, ale ona nie.
-No przecież widzę. Co się wczoraj stało?
Musiał szybko coś wymyślić.
-Alexis zepsuł telefon...
-I to było takie straszne?
-Tylko, że to Twój telefon.
-Co?! Jak?
-Wpadł mu do basenu.
To była prawda. Nawet nie musiał kłamać.
-Już ja mu pokaże...
Wyszła z pokoju. Jako, że było już około czternastej większość poszła żyć swoim życiem w nowym roku, a kilku siedziało w salonie i rozmawiało.
-Fabs sorry za ten telewizor... Ja nie wiedziałem co robię. Odkupię Ci go...
Mówił Alexis patrząc na potłuczony telewizor, który leżał na podłodze.
-Dobra, tylko, że ma mieć co najmniej 50 cali.
-Dobra, dobra, tylko nie mów Danielli. Już i tak za mną nie przepada...
-Alex! Psujo ty!
Krzyknęła Diana widząc Alexisa.
-Że ja?!
-Tak! A kto mi telefon zepsuł?
-Że ja?!
-Sanchez!
-Że ja?!
-Awwr!
Warknęła i poszła znów na górę.
-Ktoś wie o co jej chodzi?
Spytał psuja.
-O jakiś telefon.
Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął połamany i zalany telefon.
-Ożesz ty...
Dopowiedział.
-Ta, nie dość, że kupujesz mi telewizor, to jeszcze Dianie telefon.
***
Normalne jest to, że nie pamięta się kilku rzeczy, gdy się coś wypije. Ale żeby nie pamiętać pocałunku? Można mieć, aż tak słabą pamięć?
-Co ty taki przybity chodzisz?
Spytał Alexis widząc smutnego brata.
Czas po sylwestrowy to czas na regeneracje. A na to najlepszy jest odpoczynek.
-Jak cię głowa boli to weź tabletkę.
-Nie, nie wypiłem tak dużo. Alex, mogę cię o coś spytać?
-Wal śmiało.
-Pamiętasz dzisiejszą noc?
-Coś tam pamiętam. Chodzi Ci pewnie o tą brunetkę, z którą się całowałeś?
Zamurowało go.
-Widziałeś to?
-Chyba każdy to widział. Pewnie nie pamiętasz co to za dziewczyna, ja Ci w tym nie pomogę, bo sam niewiele widziałem.
-Ja wiem kto to.
-Tak? To o co chodzi? Kto to jest?
-Chodzi o to, że ona tego nie pamięta...
-To żeś się załatwił... A kto to jest? Znam ją?
-Znasz...
-No więc?
-To... Diana...
-HaHa! Co?!
Krzyknął zdziwiony.
-No Diana. Z naprzeciwka...
-Chyba sobie żartujesz?
Długo trwało przekonywanie Alexisa, że to co mówi Nathan to prawda.
-Kochasz ją?
Nie usłyszał odpowiedzi.
-Zależy ci na niej?
Powtórka z rozrywki.
-To na co czekasz? Idź jej to powiedz.
-Nie... To skomplikowane...
-Miłość nie jest skomplikowana. To ludzie ją komplikują... Nathan! Co ty tu jeszcze robisz? Idź do niej!
-To zły pomysł...
-W takim razie ja pójdę.
Nie dał mu czasu na odpowiedź. Wybiegł z domu zamykając za sobą drzwi na klucz, by Nathan mu nie przeszkodził.
-Diana!
Krzyknął wchodząc do mieszkania na przeciwko.
-Jestem w pokoju.
Poszedł za głosem.
-Cześć. Jak tam? Jak pierwszy dzień w nowym roku? Jakie plany na jutro? Pamiętasz pocałunek z Nathanem? Idziesz ze mną do sklepu? Potrzebuje baterie.
Mówił niczym opętany siadając obok Diany.
-Co? Co powiedziałeś?
Spytała zdziwiona.
-Pytam się czy pójdziesz ze mną do sklepu...
-Nie, nie to.
-Baterie chce kupić...
-Alex! Wiesz o co mi chodzi. Co ty mówiłeś o Nathanie?
-A co usłyszałaś?
-Ja się z nim całowałam?
-No, taka jest jego wersja.
Zamurowało ją. Nie chciała więcej z nim rozmawiać. Chciała zostać sama. Gdy Alex wrócił do brata, ona rozmyślała nad wszystkim.
~Ja i Nathan?~ Tylko o tym myślała. Gdy sama już nie wiedziała co o tym myśleć, nagle ją oświeciło! Przypomniała sobie wszystko. Przypomniała sobie jak wspaniale się czuła z Nathanem. Jej udrękę przerwało stukanie do drzwi.
-Nathan... Wejdź.
Powiedziała, gdy ujrzała chłopaka przed drzwiami.
-Przepraszam, że tak późno, ale musimy porozmawiać.
Usiedli obok siebie. Przez dłuższą chwilę, panowała grobowa cisza. Nikt nie chciał, albo raczej nie umiał jej przerwać.
-I jak tam po sylwestrze? Głowa boli?
Zaczęła Diana widząc zakłopotanie na twarzy Nathana.
-Nie. Nie wypiłem aż tak dużo, nie to co ty...
-Ja dużo? Prawie wszystko pamiętam, więc nie było tak źle.
-No właśnie nie wszystko...
-O czym chciałeś porozmawiać?
-Diana, bo...
Widziała, że to dla niego bardzo trudne. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. Nie mógł wydukać z siebie ani jednego słowa, to do niego nie podobne. On sam nie wiedział co się z nim dzieje. Pierwszy raz, nie mógł nic powiedzieć w obecności dziewczyny. Ale jakiej dziewczyny...
-Wiem. Alexis mi wszystko powiedział.
Powiedziała niepewnie.
-Co?!
-Ty byś do rana kręcił... Więc co mi chcesz powiedzieć?
-Bo ja...
-Natt! Jesteś facetem czy nie? Zachowujesz się jak baba! Gadasz w kółko to samo! Nie poznaje Cię! Zachowujesz się jak ciota.
Wykrzyczała na niego.
-Powiedz mi co chcesz powiedzieć, a nie się jąkasz!
Dokrzyczała. Nie musiała długo czekać na odpowiedź ze strony Sancheza. Ale nie ujął tego w słowa. Niczym lew, lew już pewny swego rzucił się na Dianę. Zaczął ją namiętnie i zachłannie całować. Chciał, żeby to trwało wiecznie.
-Nathan! Co ty robisz?
Wykrzyczała odrywając się od chłopaka.
-Ja myślałem...
-To już lepiej nie myśl! Wyjdź stąd!
Krzyknęła. Nie wiedział co się stało. Dlaczego ona tak się zachowała? Co z nim jest nie tak? Nic nie powiedział. Wyszedł. Wyszedł bez najmniejszego pożegnania. I tak zrobił już za dużo...
Uszanuj fakt, że czyjeś serce dla Ciebie bije...
***
Jak co roku, trzydziestego grudnia wszyscy piłkarze FC Barcelony goszczą na stadionie i razem spędzają przedostatni dzień roku. To już taka Katalońska tradycja. Wszyscy wraz z osobami towarzyszącymi jedzą wspólny obiad i podsumuwują zeszły rok. Ale nie jest to zwykłe spotkanie w dresie. O nie! Na nim każdy chce wyglądać najlepiej jak może. Nie jest to tylko miłe dla nich samych, ale także dla innych. Fajnie jest zobaczyć Barcelonistas w garniturach, a nie tylko w dresie...
Wyglądają naprawdę elegancko.
***
-Cieszę się, że ze mną pojechałaś.
Powiedział Alexis kierując się na stadion.
-No wiesz... Co by pomyśleli, gdybyś zjawił się sam? Przecież jesteś Wielki Sanchez. Nie możesz być samotny.
-Prawda. Mówiłem ci, że ślicznie Ci w tej sukience?
Mówił spoglądając na Dianę.
-Nie słodź, nie słodź.
Diana zaczęła zauważać, że dzieje się z nią coś niedobrego... Zawsze Alexisa traktowała jak kumpla, nigdy nie pomyślała, że mogą być kimś więcej. Dobra, raz tak pomyślała, ale to było na samym początku znajomości, teraz to co innego. Teraz każde słowo, każde zdanie, które chce powiedzieć w obecności Alexisa, zastanawia się nad nim dwa razy. Nie chce się zbłaźnić. Teraz każdy komplement od niego przyjmuje inaczej, bardziej się nad nim zastanawia i zostaje on głęboko w jej sercu. Czy ona się w nim zakochała?
Minęło kilkanaście minut i już byli pod stadionem. Spotkanie zaczynało się o szesnastej. Mieli jeszcze kilka minut, które postanowili wykorzystać na spacer po murawie. Nie byli jedyni. Po trawie chodziło jeszcze kilka osób.
-Co zazwyczaj robicie na takich spotkaniach?
Spytała Diana.
-Wiesz... Najpierw trener podsumuwywuje cały miniony rok, mówi swoje założenia na następny i składa nam życzenia. Później jest wspólny obiad. Rozmowy, śmiechy... Jak wszystko dobrze idzie, to są też tańce. Rok temu to było dopiero coś... Wyobrażasz sobie Fabregasa i Albę tańczących razem na stole? Może w tym roku będzie powtórka...
Kończąc mówić weszli na umówioną salę. Zajęli pusty jeszcze stolik i czekali na przyjaciół. Po kilku minutach sześciu osobowy stolik był już zajęty. Diana z Alexisem, Shakira z Gerardem i Alba z Thiago. Tak Thiago.
Gdy po ponad półgodzinnej przemowie trener Villanova życzył wszystkim wielu sukcesów można było zabrać się za obiad.
-Diana...
Zaczęła Shakira siedząca obok brunetki.
-Od dawna jesteś w Alexisem?
-Co proszę?! Nie jesteśmy razem! Dlaczego wszyscy tak sądzą?
Spytała. Na szczęście nikt inny nie usłyszał pytania Shakiry, gdyż wszyscy zajęci byli sprzeczaniem się jaka gwiazda dostanie w tym roku Oskara.
-Nie? Ale wyglądacie... Dobra. Nie będę się wtrącała. Chyba, że chcesz mi opowiedzieć o tym co jest, a czego nie ma między wami?
Powiedziała i w komiczny sposób poruszyła brwiami.
-Nie chcę. Lepiej ty opowiedz mi o tym, co siedzi w Twoim brzuszku. Mogę dotknąć?
Spytała i już po chwili trzymała rękę na brzuchu Isabel. Nic specjalnego nie poczuła, ale widziała uśmiech na twarzy przyszłej matki.
-To będzie chłopiec. Nie mamy jeszcze imienia, ale jest kilka opcji. Już niedługo się zobaczymy kochanie.
Powiedziała i pogłaskała się po brzuchu.
-Już mu zazdroszczę. Mieć takich wspaniałych rodziców to czysta przyjemność.
Rozmowy trwały długo. Tak samo jak długo nic się nie działo. Ogólnie rzecz ujmując to nic się nie działo. Przez cztery godziny jedli i rozmawiali. Na co innego mogła liczyć, skoro wokół nich było pełno prezesów i dyrektorów...
Gdy po godzinie dwudziestej pierwszej większość z Barcelonistas były już w domu Diana szukała swojego buta...
-Alexis! Gdzieś ty go schował?
Spytała poirytowana całą sytuacją. Ściągnęła buty na chwilę, by nogi odpoczęły. Teraz została z jednym.
-Ja nie wiem. Nie gustuje w takich butach. Wole trampki.
-Alex... No proszę Cię... Jak ja pójdę do domu?
-Nie mam go! Spytaj kogoś innego.
-Alex...
Spytała i popatrzyła na niego wzrokiem skrzywdzonego pieska.
-Już nie rób takich maślanych oczek. Dałbym Ci go, ale nie mam.
-Naprawdę?
Spytała, gdy już opuściła ją nadzieja.
-Tak.
-To kto go ma?
-Nie mam pojęcia.
-Przecież nie będę szła na boso... Jest już zimno i daleko zaparkowałeś...
-Mam pewne rozwiązanie...
Powiedział i podszedł do dziewczyny. Szybkim, zwinnym ruchem ręki wziął ją na ręce i powoli zaczął kierować się do wyjścia. Wyobrażacie sobie jak musiała się czuć? Prawda, zna go już ponad pół roku, są dobrymi przyjaciółmi, ale przecież to nadal boski Sanchez. Sanchez, o którym rok temu tylko marzyła, a dziś on ją nosi na rękach. Dokładnie słyszy jego oddech na swojej szyi i czuje bicie jego serca. Serca, które tak bardzo chciała mieć dla siebie.
-Mam nadzieję, że jutrzejszego sylwestra spędzisz z nami?
Spytał otwierając drzwi od mieszkania.
-A zapraszacie mnie?
-Diano. Ty już nie jesteś obca. Jesteś jedną z nas. Jesteś naszą przyjaciółką. A przyjaciół traktujemy jak rodzinę. Nie musisz uprzedzać jak chcesz przyjść. Ba! Nie musisz nawet dzwonić jak przychodzisz. Zawsze tam gdzie my tam i ty. Nie jesteś sama. Nigdy nie będziesz sama. Zapamiętaj to. Chcę, żebyś przyszły rok zaczęła z nami. Chcę, żebyś cały następny rok była z nami.
-Naprawdę? Jestem dla was ważna?
-Jeszcze się pytasz? W naszym Hiszpańskim życiu jesteś najważniejszą kobietą. Chyba zdążyłaś to zauważyć.
Nikt jej takich słów nie mówił. Czuła się wyjątkowa i doceniana. W głębi serca chciała to usłyszeć. Do pełnego spełnienia brakowało tylko ust Alexisa. Ust na jej ustach.
-Jesteś jak siostra. Młodsza siostra, którą trzeba się zajmować.
Chyba się przeliczyła. Siostra? Ona nie chce być siostrą!
-Siostra... Tak...
-Powiedziałem coś źle?
Spytał natychmiast Alex, który zauważył nagłe pogorszenie nastroju "siostry".
-Nie. Wszystko powiedziałeś idealnie. Jestem po prostu zmęczona. Do jutra.
Powiedziała i zniknęła za drzwiami. ~Baby są jakieś inne...~ Pomyślał i wszedł do mieszkania. Nathan, który przedostatni dzień w roku postanowił przeznaczyć na sprzątanie w szafkach, tak się zmęczył, że leżał na podłodze otoczony stertą ciuchów i śpiewał sobie pod nosem.
-Ty się dobrze czujesz?
Spytał ściągając krawat i widząc brata na podłodze śpiewającego "I'm sexy and I know It!".
-Nie. Nie ogarniam tych ciuchów. Wychodzą mi takie jakieś krzywe jak je składam...
Powiedział zrezygnowany.
-No, ja ci nie pomogę. Sam tego nie umiem.
-I mam je tak zostawić?
-Noo, to Twój pokój i Twoje ciuchy. Rób co chcesz.
Powiedział i poszedł do łazienki się odświeżyć.
-Rób co chcesz...
Powtórzył i zaczął śpiewać dalej.
***
Najczęściej poruszają nas te słowa, które ktoś wypowiedział niechcący, mimochodem. Nie o tym myślał, nie o to mu chodziło, ale właśnie to trafiło... Ale żyjąc wspomnieniami nie zmienimy przeszłości. Nawet jeśli nie wiadomo jak trudne by to było trzeba zaprzestać. Tracimy wtedy tylko cenny czas, który możemy wykorzystać na stawianie nowych kroków. Kroków do przodu. Nigdy nie wiadomo jaka przyjdzie następna karta. Czy będzie to miłość czy choroba. Trzeba brać życie takim jakie jest i sprawić, by liczył się każdy dzień. Żyjąc przeszłością, nie zmienimy przyszłości. Trzeba dbać o jak najlepszą teraźniejszość, by nie tkwić w miejscu.
Każdy chciałby obudzić się, zaparzyć kawę do dwóch kubków i jeść śniadanie ze świadomością, że obok jego szczęście cicho śpi. Tylko czy to szczęście pojmie kim jest zanim będzie za późno...
***
Ta niewiedza, ta nie moc, ta nicość. To coś zbudziło ją ze snu. "Siostra" to słowa tkwiło w jej głowie to teraz. Może tak musi być? Może oni nie są dla siebie? Czy dalej ma się łudzić? Czy próbować?
Wchodząc do kuchni zobaczyła Ricardo, który pakował ciuchy do torby.
-Wyjeżdżasz gdzieś?
Spytała jeszcze zaspana.
-Tak. Może i jestem stary, ale nie mam zamiaru spędzać sylwestra samotnie.
-Dziadku, przecież ja jestem.
-Disiu... Przecież wiem, że nie chcesz spędzać tego dnia z dziadkiem. Już na pewno Alexis coś szykuje. O mnie się nie martw. Jadę do mojego dobrego znajomego pod Madryt. Po za tym mam z nim sprawy do obgadania.
-A jak długo Cię nie będzie?
-No, myślę, że z tydzień do przynajmniej.
-Ile? To niezła balanga się szykuje...
-Diana. Nie balanga, tylko sprawy biznesowe.
-Tak, tak. To baw się dobrze.
-Ty również Disiu.
Powiedział i całując wnuczkę w czoło wyszedł z mieszkania. Została sama. Sama ze swoimi dręczącymi myślami.
Po śniadaniu i doprowadzeniu siebie do porządku postanowiła porozmawiać z Alexisem. Nie mogła tak dłużej żyć. Sama nie widziała co czuje. A to chyba najgorszy stan.
Tak jak powiedział, weszła do mieszkania jak do siebie. Nieuniknione było usłyszenie śpiewu Nathana i tańców do tego bełkotu.
Wyglądali przezabawnie. Nathan siedział na blacie kuchennym z gitarą i śpiewał skoczne piosenki, a Alexis wywijał tyłkiem na prawo i lewo w rytm słów brata.
Nie zraził się nawet widząc stojącą w drzwiach Dianę. Wręcz przeciwnie. Podbiegł do niej i chwytając ją za ręce zaczął tańczyć razem z nią.
-Alex! Puść mnie!
-No co? Trzeba się rozgrzać przed wieczorem!
Powiedział śmiejąc się.
-Alex..
Odpuścił. Widział, że nie jest w humorze. Chyba nie dało się tego nie zauważyć. Szczerze, to nawet nie chciała tego ukrywać.
-Stało się coś?
Zaczął Nathan odkładając gitarę.
Nie odpowiedziała.
-Jadłaś śniadanie?
Spytał na rozluźnienie Alex.
-Ty, jest już po trzynastej. Chyba pora na obiad.
-Faktycznie... Jak ten czas leci...
Powiedział kładąc się na kanapę.
-To chcecie obiad? Zaraz coś ugotuję.
-Nie, to nie jest konieczne. Poleż sobie.
Chciała porozmawiać. A została sama w kuchni. Nathan wrócił do składania ciuchów, a Alexis rozkoszował się chwilą odpoczynku, która nie trwała długo.
-Alexis, chciałam porozmawiać.
Powiedziała Diana siadając w nogach Alexisa.
-Stało się coś?
-Chyba tak... Bo ja...
-No, wyduś to z siebie.
-Bo ja...
-Matko Katalońska! Zapomniałem!
Krzyknął jakby co najmniej zobaczył ducha zmarłej babki. Zaraz po jego krzykach w pośpiechu założył na siebie spodnie i zmienił koszulkę. W tym momencie po Sanchezie nie było już śladu. Zniknął.
-Gdzie on tak pobiegł?
Usłyszała z pokoju, do którego od razu poszła.
-Nie wiem. Co ty robisz?
Spytała widząc to "coś" co robił Nathan.
-Umieram. Tego nie da się złożyć. Te ciuchy to wymysł szatana!
Powiedział i rzucił ciuchy na podłogę.
-Daj to ciamajdo...
Powiedziała i zaczęła składać koszulkę.
-Jak ty to zrobiłaś?
Powiedział zdziwiony widząc idealnie złożoną koszulkę.
-Jestem córką szataana!
Złożyła jeszcze kilka ciuchów i przyszła pora na Sancheza. Oj, nie umie tego chłopak...
-Pomogę Ci.
Powiedziała i złapała chłopaka za ręce.
Z jej pomocą szło mu to dużo lepiej. Przyjaciele? Tego tak bym nie powiedziała... Oboje poczuli się nieswojo, gdy ich ręce się zetknęły. Jakby stresowali się swoją obecnością...
-I widzisz? Udało się.
Powiedziała i usiadła nieco dalej.
-Ledwo, ale udało.
I znów wszystko wróciło do porządku dziennego. Rozmawiali normalnie, bez stresu. Tylko ten dotyk...
-I jak z dzisiejszym wieczorem? Mnie dziadek zostawił samą, mówił, że wy się mną zajmiecie.
Spytała, gdy ciuchy złożone leżały już w szafie, a oni sami oglądali telewizję.
-Możesz nie przetrwać sylwestra z nami... Ja ledwo zeszłorocznego przeżyłem. Pierwszy z piłkarzami z Barcy... Działo się, działo... Jesteś na to gotowa?
-W stu procentach!
-To już Twój wybór.
-Ale... to będzie tutaj?
Spytała niepewnie.
-No co ty! Ja chce jeszcze mieć mieszkanie! Zresztą już nie na długo...
-Nie na długo? Zostawiacie mnie?
Powiedziała smutno.
-Niestety. To mieszkanie jest za małe. Alexis chce czegoś większego. Chce być bliżej kolegów.
-Rozumiem. To gdzie będzie ta impreza?
-U Cesca. Z tego co mi Alexis mówił.
-I ta jego Daniella się zgodziła? Z tego co pamiętam nie wygląda na miłą...
-No co ty! Jest spoko. Zobaczysz.
***
Kobieta płeć piękna i niepowtarzalna. Szczególnie w tą ostatnią w roku noc. Każda, każda bez wyjątku chce czuć się wtedy piękna, atrakcyjna. A co z tym idzie, pełno czasu musi przesiedzieć w łazience, by doprowadzić się do pożądanego wyglądu. Ale efekt jest zniewalający.
Diana nie należała do kobiet, które ślęczą dniami i nocami przed lusterkiem. Ona miała tyle dobrze, że bez makijażu i drogich ubrań podobała się innym. Była po prostu bardzo ładna. Ale w sylwestrową noc chciała wyglądać zniewalająco. Udało jej się to. Alexis i Nathan, przez całą drogę do domu Cesca nie mogli oderwać od niej wzroku. A, że siedzieli obok, mogli w spokoju przyglądać się temu "dziełu" nie przejmując się niczym.
Gdy po kilku dziesięciu minutach byli pod domem Cesca usłyszeli głośnie "gool" dochodzące z salonu. Dlaczego mnie to nie dziwi?
-Cześć!
Powiedział Alexis tuż przy wejściu. W salonie siedzieli Messi, gospodarz domu i syn Danielli- Joseph, którzy grali w Fifę.
-Sanchi! Cześć, siadaj zagrasz z nami.
Powiedział Messi i podał pada Alexisowi, który nie myśląc od razu się przyłączył.~No to świetnie się zaczyna...~ Przemknęło przez myśli Dianie. Gdy Nathan przyłączył się do chłopaków, jedyna dziewczyna w tym towarzystwie postanowiła poszukać kogoś tej samej płci. Gdy chodziła po wielkim domu, usłyszała śmiechy z pokoju gościnnego na piętrze. Nie zastanawiając się weszła do środka. Na łóżku leżała Daniella ze swoją córką i partnerka Messiego z synem. Na co ona brała kilkumiesięczne dziecko na imprezę z przyjaciółmi? No cóż, ona się będzie nim zajmowała...
-Cześć... Nie przeszkadzam?
Powiedziała na wejściu nieco speszona.
-Diana! Cześć. Miło, że przyszłaś.
Powiedziała Antonella, która karmiła dziecko. Nie czekając długo usiadła obok kobiety i przyglądała się dziecku.
-Przyszłaś z Sanchezami?
Spytała Daniella.
-Tak. Z obojgiem.
Odpowiedziała.
-To fajnie! Uwielbiam Alexisa. Jest tak zabawny i miły. Po prostu idealny kumpel.
Dopowiedziała Rocuzzo.
-Tak, kumpel...
***
Około godziny dwudziestej pierwszej zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Na szczęście (lub też nie) Daniella i Antonella postanowiły spędzić sylwestra w cichym i spokojnym miejscu razem z dziećmi. Przyłączyła się do nich Shakira i Patricia, które do porodu miały coraz bliżej. Można powiedzieć, że otworzyły przedszkole, gdyż we czworo opiekowały się ponad dziesiątką dzieci. Szczerze, kto by chciał mieć takiego sylwestra? Ale nie ma się co dziwić... Przynajmniej Iniesta, Valdes, Pinto i Alves nie musieli martwić się o dzieci. Opiekę miały wyborną.
-Nathan, widziałeś Alexisa?
Spytała Diana, gdy dokopała się do Sancheza, który leżał gdzieś w łóżku Fabregasa, a może to nie było jego łóżko?
-Kręcił z jakąś dziewczyną w kuchni... Ale nie jestem pewien.
Poszła sprawdzić. Gdy weszła, jej oczom ukazał się Alexis w objęciach pięknej blondynki. I jakby całe zauroczenie Alexisem pękło. Niczym bańka mydlana. Widząc go całującego się z zupełnie obcą dziewczyną, zdała sobie sprawę, że on nie jest dla niej. Zdała sobie sprawę, że całe to zauroczenie to jedna wielka pomyłka. On jest pomyłką? A może tak jej się tylko wydawało? W jej małej, niczego nieświadomej główce uroiła się myśl, że nie jest odpowiednia dla niego. Nie ma co nawet marzyć. Lepiej będzie jak zapomni. Ale czy to będzie łatwe?
-Cześć Diana! Która godzina?
Spytał gdyby nigdy nic.
-Po dwudziestej drugiej kilka minut. Nie przeszkadzajcie sobie.
Wyszła. Każda normalna dziewczyna w takiej sytuacji załamała by się. Przez kilka lat, ten człowiek jest twoim idolem. Mieszkasz z nim. Zaprzyjaźniasz. Z czasem zauroczysz się tą osobą. Gdy już chcesz mu wszystko powiedzieć, on obściskuje się z kimś innym... Znajome? Nigdy nie dowiesz się jak bardzo lubisz daną osobę, dopóki nie zobaczysz jej lubiącej kogoś innego...
W salonie to był dopiero syf! Kilku chłopaków i ich dziewczyny grali w rozbieranego pokera, więc większość z nich siedziała prawie naga. Inni, ubrani leżeli, tańczyli lub spali w różnych miejscach domu.
-No dajesz Anna, ściągaj bluzeczkę!
Powiedział zadowolony Pique, gdy Anna przegrała kolejkę.
-Czy ty aby Gerard nie zapędziłeś się?
Spytał zazdrosny mąż przegranej.
-Takie są zasady.
Anna nie wyglądała na speszoną. Ochoczo ściągnęła bluzkę i zaczęła grać dalej.
-Co tak sam siedzisz?
Spytała i usiadła obok Villi przy basenie.
-A rozmyślam nad minionym rokiem...
-Mogę się przyłączyć?
Spytała i ujrzała rękę Villi klepiącą wolne miejsce obok niego.
-Ehh...
Zaczął.
-Piękną mamy dziś noc, prawda?
-Prawda.
Odpowiedziała i spojrzała na gwieździste niebo.
-Ten rok nie był moim ulubionym... Mało bramek, problemy rodzinne...
Zaczął. Kto by pomyślał, że David Villa, wielki hiszpański napastnik otworzy się przed niemal obcą osobą.
-Na pewno nie miałeś tak źle jak ja... Nikt nie ma tak źle jak ja. Ty w porównaniu do mnie masz idealne życie. Dom, praca, żona dwie córki i jeszcze syn w drodze... Czego chcieć więcej?
-Ja nie narzekam na moje życie. Ale też nie uważam jego za najwspanialsze.
-Nikt nie ma wspaniałego życia. Wtedy nie byłoby ciekawie. Problemy, upadki i kłopoty są potrzebne. Bez tego życie nie byłoby życiem.
-Ty chyba musiałaś dużo przejść...
-Szczególnie w tym roku. Zaczęło się błahostką. Zerwanie z chłopakiem. Później było już coraz gorzej. Choroba przyjaciółki, brak jakiejkolwiek pracy, aż w końcu śmierć rodziców i siostry.
Nic nie mówił. Siedział i wpatrywał się w zaszklone oczy dziewczyny.
-Zginęli w połowie marca w wypadku samochodowym. Jechali obejrzeć moje nowe mieszkanie. Nie dojechali... To moja wina. To ja naciskałam, żeby przyjechali.
-Nie mów tak! Nie mogłaś tego przewidzieć. To nie ty jesteś winna. Zapamiętaj to!
-David, ja nie umiem. To jest silniejsze ode mnie. I jeszcze jakby tego było mało nie miałam pieniędzy na nic. Dom rodziców musiałam sprzedać, żeby spłacić długi. Nie miałam za co żyć. Ba! Nawet nie miałam gdzie żyć. Na szczęście został mi jeszcze dziadek. Nie wiem co bym zrobiła jakby go zabrakło...
-Ricardo do świetny człowiek. Nie dziwie się, że jest dla Ciebie ważny.
-Tylko on mi został...
***
-Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden! Nowy Rook!
Wybrzmiało w domu Fabregasa i w całej Europie.
Doczekali się. Mamy 2013 rok. Oby był dobry i łaskawy dla wszystkich. Oby ta 13 nie okazała się pechowa. I żeby Barcelona wygrała Ligę Mistrzów i Ligę Hiszpańską!
-Wszystkiego najlepszego!
Zaczęły się życzenia. Każdy z każdym. A w Hiszpanii czy to na powitanie, czy pożegnanie całuje się bardzo dużo. Tak też było i w sylwestra.
-Dianuś moja!
Usłyszała zza swoich pleców i już była obcałowywana przez Alexisa.
-I żebyś...
Pocałunek w prawy policzek.
-Nigdy...
Pocałunek w lewy policzek.
-Nie wyjeżdżała...
Znowu prawy.
-Z Hiszpanii!
I znów lewy.
-Tak, Tobie też wszystkiego najlepszego.
Odszedł bardzo, ale to bardzo chwiejnym krokiem.
-Dianka! Gdzieś ty się podziewała!
Wrzeszczał Nathan na całe podwórko i biegł do dziewczyny.
Jak to on, od razu chciał się całować.
-Wszystkiego...
Zaczął całując dziewczynę w policzki. Coś się nie zgrało. Tak łapczywie chciał całować, że zamiast w policzki, całował prosto w usta. Jakby nie było pierwszy pocałunek. Może i z zaskoczenia dla obu stron, ale zawsze.
Gdy zorientował się, że zamiast w policzek, całuje w usta, było już za późno. Rozpłynęli się w namiętnym, długim pocałunku. Najwspanialsze momenty w życiu człowieka to te, w którym zaciera się granica między światem marzeń, a rzeczywistością.
Poznajemy tysiąc ludzi i nikt nas nie wzrusza. Aż w końcu pojawia się jedna, odpowiednia, która odmienia nasze życie. Bezpowrotnie. Czasami osoba, od której niczego nie oczekujesz, staje się osobą bez której nie możesz się obejść. Od teraz nic już nie będzie tak jak dawniej...
-Ojć... Przepraszam...
Powiedział, gdy oderwała swoje usta od jego. Nie usłyszał odpowiedzi. Ujrzał tylko uśmiech i rumieńce na jej twarzy.
Odeszła. Zniknęła za rogiem budynku.
-Stało się coś?
Spytała Anna widząc przerażoną minę Diany.
-Nie. Wszystko w porządku.
-To dobrze, chodź się napić za nowy rok!
I się zaczęło. Jak do północy prawie nic nie piła, tak teraz zalała się całkowicie.
-Valdes! Valdes! Valdes!
Rozbrzmiało w całym domy, gdy kompletnie pijany Victor wszedł na stół i zaczął ściągać ubranie. Wkrótce po tym stał i tańczył kompletnie nagi, co nie spodobało się jego żonie.
-Victor! Baranie ty! Złaź tu i ubieraj się!
Krzyknęła i ściągnęła ze stołu męża podając mu ubranie.
Diana już całkiem nie wiedziała co robi. Alkohol uderzył jej do głowy aż tak, że była zdolna do wszystkiego.
-Cześć Nathan.
Powiedziała i usiadła obok chłopaka na kanapie.
-Diana, coś ty ze sobą zrobiła?
Spytał widząc kompletnie pijaną brunetkę.
-Nathan...
Udało jej się tylko wyjąkać i zaczęła dobierać się do Sancheza. Siedząc okrakiem na jego kolanach zaczęła go całować.
-Diana!
Próbował protestować. Ale chłopak, to chłopak. Uwielbia takie sytuacje, dziewczyny są wtedy łatwiejsze.
-Zabierz mnie na górę...
Powiedziała mu do ucha. Nie czekał długo. Wziął dziewczynę na ręce i położył do łóżka w pierwszym wolnym pokoju. Zostawił ją tylko na chwilę. Chciał zamknąć drzwi. Gdy usiadł obok leżącej Diany, zorientował się, że ta zasnęła.~Świetnie.~ .
Około godziny szóstej nad ranem Barcelonistas spali. Nareszcie można było usłyszeć własne myśli. Przez całą noc było tu tak głośno, że dziwię się, że żaden sąsiad nie zadzwonił na policję. Fakt. Wszyscy sąsiedzi Fabsa byli u niego w domu. To była świetna impreza.
***
Przypadkowa znajomość czasem potrafi dać nam więcej szczęścia niż ta, na którą czekaliśmy z utęsknieniem. Czasem przez przypadek poznajemy osobę, która stanie się dla nas wszystkim. Wszystko co dzieje się przez przypadek jest niesamowite. Niepowtarzalne. Przypadkowe. Czujemy większe szczęście jeśli coś dostaniemy niespodziewanie. Oni dla siebie byli niespodzianką. Jakże wspaniałą niespodzianką...
Obudziła się z różnicowanym nastrojem. Z jednej strony ból głowy dawał się we znaki, a z drugiej czuła się wspaniale leżąc na Nathanie. Nim zorientowała się co tak naprawdę robi, było już za późno.
-Cześć Diana...
Usłyszała zza swojej głowy. Niepewnie spojrzała na tę osobę.
-Nathan. Co ty tu robisz? Czemu śpimy razem?
Spytała przestraszona i szybko podniosła swoją głowę z klatki piersiowej chłopaka.
-Nie pamiętasz? Nic?
-A jest coś do pamiętania? Auł, musiałam dużo wypić, wszystko mnie boli.
Łapiąc się za głowę znów się położyła.
-Diana, nic nie pamiętasz?
-Nathan, nie. Ostatnie co pamiętam to kąpiel z Jordim w basenie i te dzikie tańce ze wszystkimi. Aa! I to dziwne coś co Alves miał na sobie...
-To pamiętasz, a tego nie pamiętasz?
-Czego? Stało się coś wczoraj?
-Nie, nic.
Zrezygnował, ale ona nie.
-No przecież widzę. Co się wczoraj stało?
Musiał szybko coś wymyślić.
-Alexis zepsuł telefon...
-I to było takie straszne?
-Tylko, że to Twój telefon.
-Co?! Jak?
-Wpadł mu do basenu.
To była prawda. Nawet nie musiał kłamać.
-Już ja mu pokaże...
Wyszła z pokoju. Jako, że było już około czternastej większość poszła żyć swoim życiem w nowym roku, a kilku siedziało w salonie i rozmawiało.
-Fabs sorry za ten telewizor... Ja nie wiedziałem co robię. Odkupię Ci go...
Mówił Alexis patrząc na potłuczony telewizor, który leżał na podłodze.
-Dobra, tylko, że ma mieć co najmniej 50 cali.
-Dobra, dobra, tylko nie mów Danielli. Już i tak za mną nie przepada...
-Alex! Psujo ty!
Krzyknęła Diana widząc Alexisa.
-Że ja?!
-Tak! A kto mi telefon zepsuł?
-Że ja?!
-Sanchez!
-Że ja?!
-Awwr!
Warknęła i poszła znów na górę.
-Ktoś wie o co jej chodzi?
Spytał psuja.
-O jakiś telefon.
Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął połamany i zalany telefon.
-Ożesz ty...
Dopowiedział.
-Ta, nie dość, że kupujesz mi telewizor, to jeszcze Dianie telefon.
***
Normalne jest to, że nie pamięta się kilku rzeczy, gdy się coś wypije. Ale żeby nie pamiętać pocałunku? Można mieć, aż tak słabą pamięć?
-Co ty taki przybity chodzisz?
Spytał Alexis widząc smutnego brata.
Czas po sylwestrowy to czas na regeneracje. A na to najlepszy jest odpoczynek.
-Jak cię głowa boli to weź tabletkę.
-Nie, nie wypiłem tak dużo. Alex, mogę cię o coś spytać?
-Wal śmiało.
-Pamiętasz dzisiejszą noc?
-Coś tam pamiętam. Chodzi Ci pewnie o tą brunetkę, z którą się całowałeś?
Zamurowało go.
-Widziałeś to?
-Chyba każdy to widział. Pewnie nie pamiętasz co to za dziewczyna, ja Ci w tym nie pomogę, bo sam niewiele widziałem.
-Ja wiem kto to.
-Tak? To o co chodzi? Kto to jest?
-Chodzi o to, że ona tego nie pamięta...
-To żeś się załatwił... A kto to jest? Znam ją?
-Znasz...
-No więc?
-To... Diana...
-HaHa! Co?!
Krzyknął zdziwiony.
-No Diana. Z naprzeciwka...
-Chyba sobie żartujesz?
Długo trwało przekonywanie Alexisa, że to co mówi Nathan to prawda.
-Kochasz ją?
Nie usłyszał odpowiedzi.
-Zależy ci na niej?
Powtórka z rozrywki.
-To na co czekasz? Idź jej to powiedz.
-Nie... To skomplikowane...
-Miłość nie jest skomplikowana. To ludzie ją komplikują... Nathan! Co ty tu jeszcze robisz? Idź do niej!
-To zły pomysł...
-W takim razie ja pójdę.
Nie dał mu czasu na odpowiedź. Wybiegł z domu zamykając za sobą drzwi na klucz, by Nathan mu nie przeszkodził.
-Diana!
Krzyknął wchodząc do mieszkania na przeciwko.
-Jestem w pokoju.
Poszedł za głosem.
-Cześć. Jak tam? Jak pierwszy dzień w nowym roku? Jakie plany na jutro? Pamiętasz pocałunek z Nathanem? Idziesz ze mną do sklepu? Potrzebuje baterie.
Mówił niczym opętany siadając obok Diany.
-Co? Co powiedziałeś?
Spytała zdziwiona.
-Pytam się czy pójdziesz ze mną do sklepu...
-Nie, nie to.
-Baterie chce kupić...
-Alex! Wiesz o co mi chodzi. Co ty mówiłeś o Nathanie?
-A co usłyszałaś?
-Ja się z nim całowałam?
-No, taka jest jego wersja.
Zamurowało ją. Nie chciała więcej z nim rozmawiać. Chciała zostać sama. Gdy Alex wrócił do brata, ona rozmyślała nad wszystkim.
~Ja i Nathan?~ Tylko o tym myślała. Gdy sama już nie wiedziała co o tym myśleć, nagle ją oświeciło! Przypomniała sobie wszystko. Przypomniała sobie jak wspaniale się czuła z Nathanem. Jej udrękę przerwało stukanie do drzwi.
-Nathan... Wejdź.
Powiedziała, gdy ujrzała chłopaka przed drzwiami.
-Przepraszam, że tak późno, ale musimy porozmawiać.
Usiedli obok siebie. Przez dłuższą chwilę, panowała grobowa cisza. Nikt nie chciał, albo raczej nie umiał jej przerwać.
-I jak tam po sylwestrze? Głowa boli?
Zaczęła Diana widząc zakłopotanie na twarzy Nathana.
-Nie. Nie wypiłem aż tak dużo, nie to co ty...
-Ja dużo? Prawie wszystko pamiętam, więc nie było tak źle.
-No właśnie nie wszystko...
-O czym chciałeś porozmawiać?
-Diana, bo...
Widziała, że to dla niego bardzo trudne. Pierwszy raz widziała go w takiej sytuacji. Nie mógł wydukać z siebie ani jednego słowa, to do niego nie podobne. On sam nie wiedział co się z nim dzieje. Pierwszy raz, nie mógł nic powiedzieć w obecności dziewczyny. Ale jakiej dziewczyny...
-Wiem. Alexis mi wszystko powiedział.
Powiedziała niepewnie.
-Co?!
-Ty byś do rana kręcił... Więc co mi chcesz powiedzieć?
-Bo ja...
-Natt! Jesteś facetem czy nie? Zachowujesz się jak baba! Gadasz w kółko to samo! Nie poznaje Cię! Zachowujesz się jak ciota.
Wykrzyczała na niego.
-Powiedz mi co chcesz powiedzieć, a nie się jąkasz!
Dokrzyczała. Nie musiała długo czekać na odpowiedź ze strony Sancheza. Ale nie ujął tego w słowa. Niczym lew, lew już pewny swego rzucił się na Dianę. Zaczął ją namiętnie i zachłannie całować. Chciał, żeby to trwało wiecznie.
-Nathan! Co ty robisz?
Wykrzyczała odrywając się od chłopaka.
-Ja myślałem...
-To już lepiej nie myśl! Wyjdź stąd!
Krzyknęła. Nie wiedział co się stało. Dlaczego ona tak się zachowała? Co z nim jest nie tak? Nic nie powiedział. Wyszedł. Wyszedł bez najmniejszego pożegnania. I tak zrobił już za dużo...
Uszanuj fakt, że czyjeś serce dla Ciebie bije...
piątek, 14 czerwca 2013
14. Jedno życie w czterech miejscach.
Jak dobrze być w domu... Tak już jest, że jeśli wychowało się w jednym miejscu, to zawsze z chęcią będzie się tam wracało.
Gdy tylko wysiadła z samolotu wiedziała, że jest w domu. Zatłoczone lotnisko, pełno krzyczących ludzi i jeszcze śnieg za oknem. Polska!
Liczyła na wielki transparent na jej przylot. Coś w stylu "Witamy w domu Diana!" a tu nic. Nawet nie raczyli przyjść... Deja vu?
Jadąc zatłoczonym i brudnym autobusem mogła podziwiać biel za oknem. Kto by pomyślał, że w tym roku tyle go naleciało? Ale co to byłyby za święta bez śniegu?
Choć na dworze temperatura nie była wyższa niż minus dziesięć stopni, to czuła ciepło w sercu, gdy wchodziła do swojego dawnego mieszkania. Nawet nie przemknęło jej przez myśl, żeby pukać. Poza tym nadal miała klucze, a wiedziała, że ktoś jest w środku, bo słyszała śmiechy.
Otworzyła drzwi. Automatycznie wszystkie wspomnienia wróciły. Ale czuła, że to już nie jest jej dom...
Śmiechy dochodziły z sypialni Laury. Chcąc, lub nie chcąc otworzyła drzwi.
-Ups, przepraszam Lars...
Powiedziała widząc swoją przyjaciółkę w dwuznacznej sytuacji.
-Jezu, Diana! Ty już tu?
Powiedział chłopak.
-Filip? Ty? Laura?
Zamurowało ją. Musiała wyglądać naprawdę zabawnie stojąc z walizką w ręku, z buzią i oczami szeroko otwartymi.
Filip był najbardziej zaskoczony całą sytuacją. Ze skrępowania zaczął zakrywać się kołdrą. Laura nie mogła wytrzymać całej tej "dziwnej" sytuacji i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Więc już wiesz.
Powiedziała w między czasie.
Jak się później wszystko okazało, nowa przygoda tej dwójki trwała już ponad dwa miesiące. Czyli jednak twierdzenie "kto się czubi ten się lubi" sprawdza się w praktyce. Kto by pomyślał, że Malik i Sabkowska będą razem...
-Wy tak na poważnie? Czy tylko dla zabawy?
Spytała Diana jedząc obiad.
Popatrzyli po sobie. Żadne nie potrafiło podać odpowiedzi.
-Ja wam nigdy nie wybaczę, że mi nie powiedzieliście....
Powiedziała smutno.
-Nie gniewaj się... Nie chcieliśmy mówić Ci tego przez telefon...
Ale wymówkę wymyśliła...
***
-Jak ja za tym tęskniłam...
Mówiła, gdy płatki śniegu zdobiły jej ciało.
-Chyba nie wiesz co mówisz. Ja bym wolała, żeby tego cholerstwa nie było. Chciałabym mieć wieczne lato...
-To przeprowadźcie się od mnie...
-Do Hiszpanii?
Dopowiedział Filip.
-A dlaczego nie? Fajnie będzie.
Zapanowała niezręczna cisza. Żadne nie wiedziało co powiedzieć.
-No dobra, nie chcecie to trudno.
-Dianuś... My tu mamy swoje życie. Pracę, znajomych, rodzinę. Nie możemy tego wszystkiego zostawić.
-Dobra, nie było tematu.
Kroczyli dalej białym parkiem w pełni księżyca, gdy Filip poszedł po gorącą herbatę. Stojąc pod wielkim dębem, Laura wyciągnęła z kurtki pudełko.
-Taki mały prezent.
Powiedziała wręczając go Dianie.
-Żebyś nigdy nie zapomniała o naszej przyjaźni. Dopóki będziemy je miały przy sobie, nic nas nie rozłączy.
-Nawet kilometry.
Dopowiedziała Diana zapinając naszyjnik na szyi przyjaciółki.
Przyjaźń to coś niesamowitego, to nierozerwalna nić, która łączy ludzi. Łączy na zawsze. Nawet jeśli przechodzi ona trudne chwile i wydaje się, że nie będzie już tak jak dawniej, ona powraca silniejsza, dojrzalsza i twardsza. Po prostu lepsza. Bo nie ma przyjaźni idealnej. Każda musiała przejść przez większy lub mniejszy dołek. Każda musiała wycierpieć, by stać się niepokonana.
***
-Musisz już jutro wyjeżdżać?
Zaczął Filip leżąc głową na udach Diany.
-No muszę... Jeszcze nigdy nie miałam takich świąt. Ja w ogóle ich nie czuję... Cały czas jestem w drodze. Od Chile, aż po Polskę i Londyn... To nie są prawdziwe święta.
-Święta powinnaś spędzić z rodziną. Wypocząć.
-Ja je spędzam z rodziną. Nie moja wina, że mam ją na każdym krańcu świata. Wy tutaj, Alexis i Nathan w Chile, a dziadek w Londynie...
-Alexis to nie Twoja rodzina...
Dało się wyczuć, że Malik jest zazdrosny.
-Fifi, wiem... Ale jak jestem sama w Hiszpanii, to on mi ja zastępuję... Jest dla mnie jak brat...
-Brat?
Spytał oburzony.
-Z tego co pamiętam, przez ostatnie dwadzieścia lat, ja byłem Twoim bratem.
-Filip, to nie tak... Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
-Ale zabrzmiało.
Powiedział i zamknął się w pokoju.
-Diana, nie martw się...
Zaczęła Laura przytulając dziewczynę.
-Jemu Ciebie bardzo brakuję. Nawet przez sen słyszę, jak wypowiada Twoje imię... On nie może pogodzić się z tym, że Ciebie przy nim nie ma. On jest od Ciebie uzależniony.
-To musi chyba rzucić ten nałóg... Ja nie mogę tutaj zostać. Dziadek nie jest już taki młody...
-Zrobisz jak zechcesz, ale nie wyjeżdżaj będąc z nim pokłócona...
-Nie miałam takiego zamiaru.
Kończąc poszła do pokoju Filipa. Leżał na łóżku i patrzył w sufit...
-Fifi...
Zaczęła. Odwrócił się tyłem do niej.
-Ja nie chciałam... Ale zrozum mnie. Też się czuje dziwnie wiedząc, że jesteś z Laurą. Zawsze ja byłam dla Ciebie ważniejsza, ba! ty nawet z Laurą nie rozmawiałeś normalnie. Teraz jest inaczej. Ty ją kochasz. Ja zostałam w tyle. Czuję się tak samo jak ty. Ale ja nie robię z tego problemu. Cieszę się z Twojego szczęścia i chce tego samego od Ciebie...
Między ludźmi zdarzają się różne rzeczy. Ale najważniejsze to wyjaśnić, wybaczyć i iść dalej.
-Przepraszam. To nie jest tak, że zostałaś w tyle. Zawsze będziesz dla mnie osobą, dla której w jednym momencie rzuciłbym wszystko. Nie zapomnij o tym. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. Na zawsze.
Mówił patrząc na Dianę.
-Jesteśmy przyjaciółmi. Ty płaczesz, ja płaczę. Ty się śmiejesz, ja się śmieję. Ty skaczesz z mostu, ja biegnę po łódkę i ratuję twoją upośledzoną dupę!
Powiedziała i wtuliła się w ciepłe ciało Filipa.
-Co tu się wyprawia?
Wykrzyczała Laura widząc leżącą Dianę na Filipie.
-Kanaapka!
Krzyknęła znów i położyła się na plecach Diany.
-Laurra! Złaź!
Krzyknęła dziewczyna.
-Cichoo serze. Od dziś jesteś ser. Filip to bułka, a ja to sałata.
Cóż, pomysły to ta sałata miała, nie powiem.
***
-Wy dziś do rodziny swojej jedziecie?
-Tak. Już górale na mnie czekają. Oj, spiję się spiję...
Dodał Filip.
-To cóż, Wesołych świąt.
-Raczej Wesołego sylwestra, bo już prawie po świętach.
-Tylko, żebym we wrześniu nie została ciocią.
Podsumowała wszystko Diana podchodząc do drzwi samolotu.
Oboje popatrzyli po sobie i wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Do zobaczenia!
Usłyszała, gdy drzwi się zamykały.
-Filip, myślisz...
-Przestań, na co nam dziecko? My karierę robimy.
-Tak...
***
Londyn w porównaniu do Wrocławia, czy Barcelony to kompletnie obce miasto. Nie biorąc nawet pod uwagę wielkości, czy ilości ulic, ale ludzi. W Londynie nie ma bliskiej osoby, wszyscy tam są obcy. Owszem. Ma tam ciotkę, wuja i kuzynów, ale jak często ich widuje? Raz na dwa lata? Czy widząc kogoś tak "często" można poznać tą osobę? Też tak sądzę...
***
-Disiu! Tutaj!
Usłyszała wychodząc z samolotu znajmy głos.
Ricardo wraz z trojgiem dzieci stał z wielkim transparentem- "¿Quién estoy viendo? Bienvenido Disiu!" Ah, ten Ric...
-Cześć dziadku.
Powiedziała przytulając się do dziadka.
-Witaj Disiu. Możesz ich nie pamiętać. To są Emma, Rodger i Vanessa.
Mówił pokazując powoli troje dzieci. Kolejno w wieku trzynastu, dziesięciu i sześciu lat.
-Emme i Rodgera pamiętam. Gorzej z tą śliczną blondyneczką.
Powiedziała i pogłaskała po głowię słodką blondynkę z kucykami na głowie.
Najmłodsza córka Rica- Emanuella, mieszka w Londynie od piętnastu lat. Jest szczęśliwą żoną i matką. Nigdy nie przejawiała miłości do swojej drugiej ojczyzny- Hiszpanii. Jedyne co ją z nią łączy to imię i panieńskie nazwisko. Nawet jej pierwsza ojczyzna nie była tą, którą sobie wymarzyła. Spełnia się w Anglii. To tutaj zawsze chciała zamieszkać i wychowywać dzieci. Udało jej się to.
Państwo Litter mieszkają w niewielkim, dwupiętrowym domku na obrzeżach miasta. Miła, naturalna okolica w sam raz do wychowywania dzieci.
-Diana! Jak dobrze, że dotarłaś cała i zdrowa!
Powiedziała ciotka Emanuella. Wyglądała jak typowa hiszpanka. Ciemna karnacja, włosy, oczy. Była prześliczna. Dlaczego wstydziła się swojej drugiej ojczyzny? Dlaczego nie chciała być hiszpanką?
-Miło Cię znów widzieć.
Wydukała z siebie nie wiedząc co ma mówić. Ciotkę widzi tzreci raz w życiu. O czym ma z nią rozmawiać?
-Rozgość się. Emma pokaże Ci Twój pokój
-Chodź!
Dopowiedziała Emma ciągnąć kuzynkę za rękaw.
Pokój nie duży. Czegóż mogła się spodziewać w domu, w którym mieszka aktualnie siedem osób? I tak dobrze, że będzie spała sama.
-Kiedy się rozpakujesz, przyjdź na obiad.
-Dobrze.
Odpowiedziała i rozłożyła się na łóżku. Miała nadzieję, że w końcu odpocznie. Przecież tu nic nie musi. Nikt jej nie będzie siedział na głowie, nigdzie nie musi chodzić, nic robić. Tylko jeść i spać. Właściwie nic się nie pomyliła. Pierwszy(i ostatni) dzień w Londynie minął bardzo, ale to bardzo nudno. Tylko obiad, łóżko, kolacja łóżko.
-Hallo?
Odebrała leniwie telefon, który zapodział się gdzieś w torbie.
-...
-Tak. Wszystko w porządku. Wy już w Hiszpanii?
-...
-A kiedy wracacie?
-...
-Szkoda. Trochę będę się sama nudziła.
-...
-Wiem. Wszystko dzięki Tobie Alexis. I za to Ci dziękuję.
-...
-Dobrze. Ale wiesz, ja już próbuję zasnąć. Jak możesz, to ułatw mi to. Porozmawiamy rano.
-...
-Wiem, ale wiesz, że są strefy czasowe? W Londynie jest teraz dwudziesta trzecia...
-...
-Do zobaczenia. I pozdrów Ivette.
-...
Ledwo odłożyła telefon i już zasnęła. Była bardzo zmęczona. Cztery dni w ciągłym biegu robią swoje. Nareszcie znalazła miejsce, w którym nie słyszy wiecznym przechwalań Alexisa, kłótni lub nie kłótni Laury i Filipa i wiecznych narzekań każdego z osobna. Mogła odpocząć. A najlepiej się odpoczywa wiedząc, że jutro też będzie się odpoczywało... Ah, jak ona by tego chciała...
***
Londyn to śliczne miasto. W szczególności zimą. Biała pokrywa śnieżna jest o wiele okazalsza niż deszcz, który gości tutaj bardzo często.
Spacer ulicami Londynu gwarantują wspaniałe wspomnienia. Obiad w ekskluzywnej restauracji i koncert symfoniczny na zakończenie wspólnego dnia.
Hiszpania czeka. Samolot już czekał, gdy dotarli na lotnisko.
-Diana, kiedy nas znów odwiedzisz?
Spytała Emanuelle.
-To zależy, czy mnie zapraszacie.
-Oczywiście! Zawsze będziesz mile widziana.
-W takim razie postaram się odwiedzić was jak najszybciej.
Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
-No, kochani pora się zbierać.
Powiedział Ric.
Diana i Emanuelle.
-Tak, zadzwoń jak wylądujesz..
-Oczywiście.
***
-Szybko! Oni zaraz wylądują!
Krzyczał Alexis pakując wszystko do samochodu.
-Wiem! Czekaj, jeszcze balony.
Dopowiedział Nathan i wpakował resztę do samochodu.
Po kilkunastu minutach byli już na lotnisku. Transparent z napisem "¡Por fin! ¡Bienvenido a casa!" wisiał w całej swojej okazałości. Trzy balony na krzyż, które trzymał Alexis zasłaniały mu twarz, by zakochane w nim na zabój fanki go nie dopadły.
-Ej, Alex zapomnieliśmy jej imię napisać... Jak się domyśli, że to my?
Spytał Nathan jedząc bułkę.
-Nie ma? To może nagramy na telefon i puścimy?
-Głupi jesteś?
-A masz farbę przy sobie? Nie sądzę. Wyciągaj telefon i zdzieraj gardełko.
"Diana! Diana! Diana, Diana Dianaaaaa! lalalalalalalalalalaaa! i Riccc! " gościło już na telefonie Nathana. Gdy tylko samolot wylądował puścili nagranie i stanęli na baczność. Wkrótce po tym im oczom ukazała się Diana i jej dziadek, którzy od razu udali się w ich stronę.
-Cześć wam!
Powiedziała i przytuliła się do Sanchezów.
-Dobrze Cię widzieć. I Pana Panie Nevárez.
-Oo, zrobiliście transparent...
Powiedziała i przyglądała się napisowi.
Dom... Tak. Wreszcie to zrozumiała. Musiała pomieszkać w krótkim czasie w kilku miejscach, by zrozumieć gdzie jest jej dom. Wiedziała, że to w Hiszpanii chce spędzić resztę swojego życia. Tutaj, poczuła, że znów ma prawdziwy dom i rodzinę.
Gdy tylko wysiadła z samolotu wiedziała, że jest w domu. Zatłoczone lotnisko, pełno krzyczących ludzi i jeszcze śnieg za oknem. Polska!
Liczyła na wielki transparent na jej przylot. Coś w stylu "Witamy w domu Diana!" a tu nic. Nawet nie raczyli przyjść... Deja vu?
Jadąc zatłoczonym i brudnym autobusem mogła podziwiać biel za oknem. Kto by pomyślał, że w tym roku tyle go naleciało? Ale co to byłyby za święta bez śniegu?
Choć na dworze temperatura nie była wyższa niż minus dziesięć stopni, to czuła ciepło w sercu, gdy wchodziła do swojego dawnego mieszkania. Nawet nie przemknęło jej przez myśl, żeby pukać. Poza tym nadal miała klucze, a wiedziała, że ktoś jest w środku, bo słyszała śmiechy.
Otworzyła drzwi. Automatycznie wszystkie wspomnienia wróciły. Ale czuła, że to już nie jest jej dom...
Śmiechy dochodziły z sypialni Laury. Chcąc, lub nie chcąc otworzyła drzwi.
-Ups, przepraszam Lars...
Powiedziała widząc swoją przyjaciółkę w dwuznacznej sytuacji.
-Jezu, Diana! Ty już tu?
Powiedział chłopak.
-Filip? Ty? Laura?
Zamurowało ją. Musiała wyglądać naprawdę zabawnie stojąc z walizką w ręku, z buzią i oczami szeroko otwartymi.
Filip był najbardziej zaskoczony całą sytuacją. Ze skrępowania zaczął zakrywać się kołdrą. Laura nie mogła wytrzymać całej tej "dziwnej" sytuacji i wybuchnęła głośnym śmiechem.
-Więc już wiesz.
Powiedziała w między czasie.
Jak się później wszystko okazało, nowa przygoda tej dwójki trwała już ponad dwa miesiące. Czyli jednak twierdzenie "kto się czubi ten się lubi" sprawdza się w praktyce. Kto by pomyślał, że Malik i Sabkowska będą razem...
-Wy tak na poważnie? Czy tylko dla zabawy?
Spytała Diana jedząc obiad.
Popatrzyli po sobie. Żadne nie potrafiło podać odpowiedzi.
-Ja wam nigdy nie wybaczę, że mi nie powiedzieliście....
Powiedziała smutno.
-Nie gniewaj się... Nie chcieliśmy mówić Ci tego przez telefon...
Ale wymówkę wymyśliła...
***
-Jak ja za tym tęskniłam...
Mówiła, gdy płatki śniegu zdobiły jej ciało.
-Chyba nie wiesz co mówisz. Ja bym wolała, żeby tego cholerstwa nie było. Chciałabym mieć wieczne lato...
-To przeprowadźcie się od mnie...
-Do Hiszpanii?
Dopowiedział Filip.
-A dlaczego nie? Fajnie będzie.
Zapanowała niezręczna cisza. Żadne nie wiedziało co powiedzieć.
-No dobra, nie chcecie to trudno.
-Dianuś... My tu mamy swoje życie. Pracę, znajomych, rodzinę. Nie możemy tego wszystkiego zostawić.
-Dobra, nie było tematu.
Kroczyli dalej białym parkiem w pełni księżyca, gdy Filip poszedł po gorącą herbatę. Stojąc pod wielkim dębem, Laura wyciągnęła z kurtki pudełko.
-Taki mały prezent.
Powiedziała wręczając go Dianie.
-Żebyś nigdy nie zapomniała o naszej przyjaźni. Dopóki będziemy je miały przy sobie, nic nas nie rozłączy.
-Nawet kilometry.
Dopowiedziała Diana zapinając naszyjnik na szyi przyjaciółki.
Przyjaźń to coś niesamowitego, to nierozerwalna nić, która łączy ludzi. Łączy na zawsze. Nawet jeśli przechodzi ona trudne chwile i wydaje się, że nie będzie już tak jak dawniej, ona powraca silniejsza, dojrzalsza i twardsza. Po prostu lepsza. Bo nie ma przyjaźni idealnej. Każda musiała przejść przez większy lub mniejszy dołek. Każda musiała wycierpieć, by stać się niepokonana.
***
-Musisz już jutro wyjeżdżać?
Zaczął Filip leżąc głową na udach Diany.
-No muszę... Jeszcze nigdy nie miałam takich świąt. Ja w ogóle ich nie czuję... Cały czas jestem w drodze. Od Chile, aż po Polskę i Londyn... To nie są prawdziwe święta.
-Święta powinnaś spędzić z rodziną. Wypocząć.
-Ja je spędzam z rodziną. Nie moja wina, że mam ją na każdym krańcu świata. Wy tutaj, Alexis i Nathan w Chile, a dziadek w Londynie...
-Alexis to nie Twoja rodzina...
Dało się wyczuć, że Malik jest zazdrosny.
-Fifi, wiem... Ale jak jestem sama w Hiszpanii, to on mi ja zastępuję... Jest dla mnie jak brat...
-Brat?
Spytał oburzony.
-Z tego co pamiętam, przez ostatnie dwadzieścia lat, ja byłem Twoim bratem.
-Filip, to nie tak... Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało...
-Ale zabrzmiało.
Powiedział i zamknął się w pokoju.
-Diana, nie martw się...
Zaczęła Laura przytulając dziewczynę.
-Jemu Ciebie bardzo brakuję. Nawet przez sen słyszę, jak wypowiada Twoje imię... On nie może pogodzić się z tym, że Ciebie przy nim nie ma. On jest od Ciebie uzależniony.
-To musi chyba rzucić ten nałóg... Ja nie mogę tutaj zostać. Dziadek nie jest już taki młody...
-Zrobisz jak zechcesz, ale nie wyjeżdżaj będąc z nim pokłócona...
-Nie miałam takiego zamiaru.
Kończąc poszła do pokoju Filipa. Leżał na łóżku i patrzył w sufit...
-Fifi...
Zaczęła. Odwrócił się tyłem do niej.
-Ja nie chciałam... Ale zrozum mnie. Też się czuje dziwnie wiedząc, że jesteś z Laurą. Zawsze ja byłam dla Ciebie ważniejsza, ba! ty nawet z Laurą nie rozmawiałeś normalnie. Teraz jest inaczej. Ty ją kochasz. Ja zostałam w tyle. Czuję się tak samo jak ty. Ale ja nie robię z tego problemu. Cieszę się z Twojego szczęścia i chce tego samego od Ciebie...
Między ludźmi zdarzają się różne rzeczy. Ale najważniejsze to wyjaśnić, wybaczyć i iść dalej.
-Przepraszam. To nie jest tak, że zostałaś w tyle. Zawsze będziesz dla mnie osobą, dla której w jednym momencie rzuciłbym wszystko. Nie zapomnij o tym. Jesteśmy przecież przyjaciółmi. Na zawsze.
Mówił patrząc na Dianę.
-Jesteśmy przyjaciółmi. Ty płaczesz, ja płaczę. Ty się śmiejesz, ja się śmieję. Ty skaczesz z mostu, ja biegnę po łódkę i ratuję twoją upośledzoną dupę!
Powiedziała i wtuliła się w ciepłe ciało Filipa.
-Co tu się wyprawia?
Wykrzyczała Laura widząc leżącą Dianę na Filipie.
-Kanaapka!
Krzyknęła znów i położyła się na plecach Diany.
-Laurra! Złaź!
Krzyknęła dziewczyna.
-Cichoo serze. Od dziś jesteś ser. Filip to bułka, a ja to sałata.
Cóż, pomysły to ta sałata miała, nie powiem.
***
-Wy dziś do rodziny swojej jedziecie?
-Tak. Już górale na mnie czekają. Oj, spiję się spiję...
Dodał Filip.
-To cóż, Wesołych świąt.
-Raczej Wesołego sylwestra, bo już prawie po świętach.
-Tylko, żebym we wrześniu nie została ciocią.
Podsumowała wszystko Diana podchodząc do drzwi samolotu.
Oboje popatrzyli po sobie i wybuchnęli głośnym śmiechem.
-Do zobaczenia!
Usłyszała, gdy drzwi się zamykały.
-Filip, myślisz...
-Przestań, na co nam dziecko? My karierę robimy.
-Tak...
***
Londyn w porównaniu do Wrocławia, czy Barcelony to kompletnie obce miasto. Nie biorąc nawet pod uwagę wielkości, czy ilości ulic, ale ludzi. W Londynie nie ma bliskiej osoby, wszyscy tam są obcy. Owszem. Ma tam ciotkę, wuja i kuzynów, ale jak często ich widuje? Raz na dwa lata? Czy widząc kogoś tak "często" można poznać tą osobę? Też tak sądzę...
***
-Disiu! Tutaj!
Usłyszała wychodząc z samolotu znajmy głos.
Ricardo wraz z trojgiem dzieci stał z wielkim transparentem- "¿Quién estoy viendo? Bienvenido Disiu!" Ah, ten Ric...
-Cześć dziadku.
Powiedziała przytulając się do dziadka.
-Witaj Disiu. Możesz ich nie pamiętać. To są Emma, Rodger i Vanessa.
Mówił pokazując powoli troje dzieci. Kolejno w wieku trzynastu, dziesięciu i sześciu lat.
-Emme i Rodgera pamiętam. Gorzej z tą śliczną blondyneczką.
Powiedziała i pogłaskała po głowię słodką blondynkę z kucykami na głowie.
Najmłodsza córka Rica- Emanuella, mieszka w Londynie od piętnastu lat. Jest szczęśliwą żoną i matką. Nigdy nie przejawiała miłości do swojej drugiej ojczyzny- Hiszpanii. Jedyne co ją z nią łączy to imię i panieńskie nazwisko. Nawet jej pierwsza ojczyzna nie była tą, którą sobie wymarzyła. Spełnia się w Anglii. To tutaj zawsze chciała zamieszkać i wychowywać dzieci. Udało jej się to.
Państwo Litter mieszkają w niewielkim, dwupiętrowym domku na obrzeżach miasta. Miła, naturalna okolica w sam raz do wychowywania dzieci.
-Diana! Jak dobrze, że dotarłaś cała i zdrowa!
Powiedziała ciotka Emanuella. Wyglądała jak typowa hiszpanka. Ciemna karnacja, włosy, oczy. Była prześliczna. Dlaczego wstydziła się swojej drugiej ojczyzny? Dlaczego nie chciała być hiszpanką?
-Miło Cię znów widzieć.
Wydukała z siebie nie wiedząc co ma mówić. Ciotkę widzi tzreci raz w życiu. O czym ma z nią rozmawiać?
-Rozgość się. Emma pokaże Ci Twój pokój
-Chodź!
Dopowiedziała Emma ciągnąć kuzynkę za rękaw.
Pokój nie duży. Czegóż mogła się spodziewać w domu, w którym mieszka aktualnie siedem osób? I tak dobrze, że będzie spała sama.
-Kiedy się rozpakujesz, przyjdź na obiad.
-Dobrze.
Odpowiedziała i rozłożyła się na łóżku. Miała nadzieję, że w końcu odpocznie. Przecież tu nic nie musi. Nikt jej nie będzie siedział na głowie, nigdzie nie musi chodzić, nic robić. Tylko jeść i spać. Właściwie nic się nie pomyliła. Pierwszy(i ostatni) dzień w Londynie minął bardzo, ale to bardzo nudno. Tylko obiad, łóżko, kolacja łóżko.
-Hallo?
Odebrała leniwie telefon, który zapodział się gdzieś w torbie.
-...
-Tak. Wszystko w porządku. Wy już w Hiszpanii?
-...
-A kiedy wracacie?
-...
-Szkoda. Trochę będę się sama nudziła.
-...
-Wiem. Wszystko dzięki Tobie Alexis. I za to Ci dziękuję.
-...
-Dobrze. Ale wiesz, ja już próbuję zasnąć. Jak możesz, to ułatw mi to. Porozmawiamy rano.
-...
-Wiem, ale wiesz, że są strefy czasowe? W Londynie jest teraz dwudziesta trzecia...
-...
-Do zobaczenia. I pozdrów Ivette.
-...
Ledwo odłożyła telefon i już zasnęła. Była bardzo zmęczona. Cztery dni w ciągłym biegu robią swoje. Nareszcie znalazła miejsce, w którym nie słyszy wiecznym przechwalań Alexisa, kłótni lub nie kłótni Laury i Filipa i wiecznych narzekań każdego z osobna. Mogła odpocząć. A najlepiej się odpoczywa wiedząc, że jutro też będzie się odpoczywało... Ah, jak ona by tego chciała...
***
Londyn to śliczne miasto. W szczególności zimą. Biała pokrywa śnieżna jest o wiele okazalsza niż deszcz, który gości tutaj bardzo często.
Spacer ulicami Londynu gwarantują wspaniałe wspomnienia. Obiad w ekskluzywnej restauracji i koncert symfoniczny na zakończenie wspólnego dnia.
Hiszpania czeka. Samolot już czekał, gdy dotarli na lotnisko.
-Diana, kiedy nas znów odwiedzisz?
Spytała Emanuelle.
-To zależy, czy mnie zapraszacie.
-Oczywiście! Zawsze będziesz mile widziana.
-W takim razie postaram się odwiedzić was jak najszybciej.
Odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
-No, kochani pora się zbierać.
Powiedział Ric.
Diana i Emanuelle.
-Tak, zadzwoń jak wylądujesz..
-Oczywiście.
***
-Szybko! Oni zaraz wylądują!
Krzyczał Alexis pakując wszystko do samochodu.
-Wiem! Czekaj, jeszcze balony.
Dopowiedział Nathan i wpakował resztę do samochodu.
Po kilkunastu minutach byli już na lotnisku. Transparent z napisem "¡Por fin! ¡Bienvenido a casa!" wisiał w całej swojej okazałości. Trzy balony na krzyż, które trzymał Alexis zasłaniały mu twarz, by zakochane w nim na zabój fanki go nie dopadły.
-Ej, Alex zapomnieliśmy jej imię napisać... Jak się domyśli, że to my?
Spytał Nathan jedząc bułkę.
-Nie ma? To może nagramy na telefon i puścimy?
-Głupi jesteś?
-A masz farbę przy sobie? Nie sądzę. Wyciągaj telefon i zdzieraj gardełko.
"Diana! Diana! Diana, Diana Dianaaaaa! lalalalalalalalalalaaa! i Riccc! " gościło już na telefonie Nathana. Gdy tylko samolot wylądował puścili nagranie i stanęli na baczność. Wkrótce po tym im oczom ukazała się Diana i jej dziadek, którzy od razu udali się w ich stronę.
-Cześć wam!
Powiedziała i przytuliła się do Sanchezów.
-Dobrze Cię widzieć. I Pana Panie Nevárez.
-Oo, zrobiliście transparent...
Powiedziała i przyglądała się napisowi.
Dom... Tak. Wreszcie to zrozumiała. Musiała pomieszkać w krótkim czasie w kilku miejscach, by zrozumieć gdzie jest jej dom. Wiedziała, że to w Hiszpanii chce spędzić resztę swojego życia. Tutaj, poczuła, że znów ma prawdziwy dom i rodzinę.
czwartek, 13 czerwca 2013
13. Czy jeżeli znam waszą rodzinę, jestem już jej częścią?
Czy w Hiszpanii istnieje pojęcie zima?
Nie. W Polsce biały puch to tradycja, na która z utęsknieniem czekają najmłodsi, ale starsi też czują radość na sercu widząc lecące z nieba śnieżynki.
W słonecznej Barcelonie, słońce i wysoka temperatura są przez cały rok. W czasie tak zwanej "zimy" temperatura sięgać może nawet 15 stopni Celsjusza. Tak więc zimą nie da się tego nazwać.
***
Okres przed Bożonarodzeniowy jest magiczny i wyczekany na każdym krańcu ziemi. Nie zaważając na to, czy jesteśmy w Ameryce, czy we Francji.
-Spakowałaś wszystko?
Usłyszała z korytarza. Nie wie jak dała się na to namówić. Może wiedziała, że jeśli nie pojedzie, pierwszy dzień świąt spędzi sama. (Ricardo, jak co roku odwiedza na święta córkę w Londynie). A spędzanie świąt w samotności, to koszmar! Te święta i cały czas noworoczny będzie zwariowany! Najpierw wycieczka do Chile, później Polska, a na końcu Londyn. Uff, czy ktoś nadąża?
-Więc Disiu, widzimy się...
-Dwudziestego siódmego.
Dopowiedziała w pośpiechu Diana.
-Tak... Tylko nie zapomnij o starym dziadku.
-No oczywiście, że nie! Jesteś wszystkim co mam!
Powiedziała i wpadła dziadkowi w ramiona.
-Diana, chodźże no...
-Idę!
We czworo pojechali na lotnisko. Oczywiście nie obeszło się bez głupich tekstów Alexisa, o tym jaki to on nie jest wspaniały.
Ricardo kierunek Londyn, reszta Tocopilla!
-Nie lubię latać...
Zaczęła Diana wlepiając oczy w podłogę.
-Latanie jest wspaniałe! Jest się tak wysoko, czuję się najważniejszy..
-Alex, weź już się uspokój. Zachowujesz się tak od swoich urodzin...
-Bo ufundowaliście mi taki prezent...
-Ale to nie znaczy, że jesteś najważniejszy.
Dopowiedziała Diana.
-No dobra. Już nie będę.
Faktycznie. Przestał się zachowywać jak zadufany w sobie chłoptaś. Ten prezent to jednak nie był dobry pomysł...
***
-Stresujesz się?
Spytał się Nathan otwierając powoli drzwi od ich rodzinnego domu.
Czy się stresuje? Ba! Ona umiera ze strachu! Bała się wszystkiego co mogło ją tam spotkać. Nie polubią jej? Powiedzą, że nie pasuje do ich "rodziny". Stwierdzą, że uczepiła się Alexisa jak rzep psiego ogona. W głowie miała same najczarniejsze scenariusze.
Dom niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu lat. Nawet znajdował się w innym miejscu.
Rodzina Sanchezów nigdy nie należała do bogatych. Ubóstwo i prostota dominowała w ich życiu. Mały Alexis też nie miał łatwo. Pierwsze kroki w footballu stawiał na boso. Jego rodzina była tak biedna, że nie było jej stać na buty dla syna. Na szczęście wszystko się poprawiło i dziś Alexis choć w ten sposób może rodzicom podziękować za wszystko. To dzięki niemu jego rodzina wyszła na prostą. To dzięki niemu nie muszą martwić się o każdy kolejny dzień. Są po prostu szczęśliwi. A bycie szczęśliwym, jest najważniejszą wartością.
Alexis zgubił się gdzieś kilka domów wcześniej. Może przypomniała mu się stara miłość?
Stojąc na ganku, w domu było słychać głośne rozmowy i częste śmiechy.
-Ilu ich tam jest?
Spytała przerażona.
-No... Jeśli już są wszyscy to z dwadzieścia osób... No, może ze trzydzieści.
-Ile?!
-Mamy dużą rodzinę.
Trzydzieści? Duża? Chyba ogromna! Wyobrażasz sobie mieć w domu trzydzieści osób i gotować dla wszystkich, sprzątać... Ogarniać to wszystko?
Drzwi się otworzyły. Myślała, że ten moment nie nadejdzie nigdy. Bardzo chciała poznać rodzinę Alexisa, ale bała się.
-Nathan! Dziecko moje!
Krzyknęła piskliwym głosem niska pani z czarną czupryną na głowie. Typowa pani domu. Śliczne, czarne buciki, kolorowa spódnica do kolan, na której spoczywał biały fartuszek i beżowa, koronkowa bluzka. Nie zapominając oczywiście o biżuterii. Wielkie czerwone korale oplatały jej szyję.
-Mamo, dusisz mnie..
Wyjąkał z siebie chłopak ściskany przez kobietę.
-O, tak wybacz mi skarbie, ale tak dawno Cię nie widziałam. O, jak ty urosłeś i wyprzystojniałeś...
-Mamo...
-No co? Mówię co widzę...
W tym momencie wzrok starszej pani po czterdziestce zawędrował na drobne ciało Diany.
-A ta panienka, to kto?
-To jest Diana. Koleżanka.
-Diana Nevárez.
Przedstawiła się podając rękę.
-Taak, koleżanka.
Wtrąciła się dziewczyna stojąca przy schodach.
-Bethina! Ty od razu swoje?
Powiedział do blondynki.
-Chodź tu do mnie!
Powiedziała i wyciągnęła ręce do przodu.
I tak to się zaczęło. Po kolei, wszyscy ściskali i całowali Nathana i jego "koleżankę". Ta przyjemność wydawała się nie mieć końca. Babcie, ciocie, kuzyni... W tym domu byli wszyscy! A gdy w domu pojawiła się "gwiazda wieczoru" wszyscy automatycznie oblężyli ją. Dosłownie! Wiedzieli, że to jest rodzina i że nie wypada, ale cóż. Chęć dotknięcia wielkiego Alexisa jest większa...
-I jak?
Spytał się Nathan, widząc siedzącą na kanapie Dianę.
-Głośno i wesoło.
Odpowiedziała.
-Ostrzegałem. Ale mam nadzieję, że nie żałujesz, że z nami tu przyjechałaś...
-Nie, bardzo się cieszę.
Odpowiedziała i spojrzała w ciemne oczy chłopaka.
-Kolację podano!
Usłyszeli głos dochodzący z jadalni, który przerwał tą miłą sytuację.
Cóż to był za widok. Wielki, drewniany stół, przy którym siedziało dokładanie dwadzieścia trzy osoby.
-Więc Dario, powiedz nam coś o sobie.
~Kolejna, co przekręca moje imię... Co w nim jest takiego trudnego?~ myślała, gdy wszystkie oczy były skierowane na nią. Poza jedną parą oczu. Wuj Nathana siedział na końcu stołu i zajadał się kawałkiem, ba! kawałem wielkiego mięsa i nie miał zamiaru zaprzestać. Był tym tak zajęty, że nie zauważył co się dzieję.
-Więc...
Zaczęła niepewnie.
-Jesteś bardzo ładna, od tego zacznij.
Zaproponowała dziewczynka siedząca naprzeciw Diany. Automatycznie się zawstydziła, co nie uszło uwadze innym.
-Mamo, daj jej spokój. Jest zmęczona podróżą...
Powiedział Nathan.
Przez resztę kolacji temat Diany zszedł na dalszy tor. Teraz (czemu mnie to nie dziwi) ważny był tylko Alexis. Diana widząc sprzątające kobiety postanowiła im pomóc.
Zanosząc talerze do kuchni nie obeszło się bez rozmów.
-Więc jesteś z Nathanem tak?
Spytała blondynka.
-Nie...
Odpowiedziała zmieszana.
-Z Alexisem?
-Nie. Nie jestem z żadnym z nich. Po prostu się przyjaźnimy.
-Nie możliwe. Moi bracia nigdy nie przyprowadzali do domu przyjaciółek.
-Jesteś ich siostrą? Bethina, czy Ivette?
-A jak myślisz?
Spytała podpierając się o krzesło.
-Bethina?
-Na pewno?
-Tak, bo masz jasne włosy. A Nathan mówił, że jedna z was ma jasne, a druga ciemne. Tylko nigdy nie mogłam zapamiętać, która to która...
-Jestem Bethina.
Powiedziała podając dłoń.
-Diana.
Zaczęła się rozmowa, a raczej przesłuchanie. Kiedy ich poznałaś? Jak ich poznałaś? Często spędzacie czas razem? Chciała wiedzieć wszystko. Taka już jest rola starszej siostry. Musi wiedzieć wszystko o wszystkich dziewczynach w życiu swoich braci.
Nie łatwo jest być starszą siostrą...
-O, widzę, że już poznałaś swoją przyszłą szwagierkę.
Powiedział wysoki brunet widząc siedzące i rozmawiające dwie dziewczyny.
-Możesz wyjść? Ona nie będzie moją szwagierką! Ja nie będę miała szwagierki! Żadnej! Nigdy!
Wrzasnęła i trzaskając drzwiami wyszła z kuchni.
-Co jej się stało? Ona tak zawsze?
Spytała przestraszona.
-Tak. Jak tylko pojawi się jakaś dziewczyna w życiu jej braci.
-To jest chyba nienormalne, nie uważasz?
-Ona sobie tego nie da powiedzieć. Jest chorobliwie zazdrosna, czy to o Alexa czy Nathana. Po prostu chce mieć ich tylko dla siebie. Już nie jedną tak przestraszyła... Może dlatego oboje stąd uciekli...
-Przecież ja ich jej nie zabiorę... Nikt z nią nie rozmawiał?
-Żeby to raz... Jej tego nie wytłumaczysz.
Ciężka sprawa... Być ograniczanym przez własną siostrę... Gdy Diana ucinała sobie miła pogawędkę, Nathan próbował znaleźć wolny pokój, co w tej sytuacji nie było łatwe. Choć dom liczył prawie dziesięć sypialni i dwa salony, miejsc już nie było. Nawet wchodząc do swojego pokoju, zauważył czytającą bajkę ciocię Penelopę i jej dzieci, słodkie trojaczki Luciego, Marciego i Nildę. W końcu po długich poszukiwaniach znalazł "prawie" wolny pokój. Był w nim tylko Alexis.
-Gdzie Dianę zgubiłeś?
Spytał widząc ściągającego buty brata.
-Nie mam pojęcia. Tyle jest tu osób, że ledwo siebie odnajduję.
-Ty to masz dobrze. Ja raz sam siebie zgubiłem! Wiesz jak się przestraszyłem?
Powiedział z wielkimi oczami wyłączając laptopa.
-Może po nią pójdę?
-Nie, ty siedź. Ja pójdę. Ty za bardzo śmierdzisz. Idź się umyć.
Powiedział i wychodząc uderzył w ramię młodszego brata.
Poszukiwania nie trwały długo. O tej godzinie większość już spała. Została tylko najstarsza męska część na swoich jak co rocznych posiedzeniach na werandzie z cygarem w ustach.
Czasem, gdzieś między łazienką, a sypialnia przemknęła jedna z kuzynek.
-A ja Cię wszędzie szukam!
Powiedział Alex widząc Dianę.
-Jak widzisz, nic mi nie jest.
-To już ja ocenię. Choć. Udało mi się znaleźć w miarę wolny pokój.
-W miarę?
Powiedziała podejrzliwie.
-No, jest tam Nathan.
-To ja będę z wami spała?!
-No, wiesz. Jest około szesnastu łóżek w domu, a ludzi jakby więcej. Trzeba się po uciskać. Po za tym, w kupie raźniej.
Powiedział posyłając uroczy uśmiech w stronę dziewczyny.
Gdy zawitali w pokoju, Nathan rozmawiał z pewną dziewczyną.
-O, to ty jesteś Diana? Niech no Cię uściskam!
Powiedziała i przytuliła zaskoczoną dziewczynę.
-Jestem Ivette.
Powiedziała.
-Nasza młodsza siostra.
Dokończył Alexis kładąc się na łóżko.
-Mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język, a teraz żegnam. Dobranoc życzę.
-Do rana!
Dorzucił Alex gdy Ivette wyszła.
-Ta siostra dużo przyjemniejsza.
Powiedziała wchodząc do łazienki.
Oh, co to była za noc. Diana między Nathanem, a Alexisem była dosłownie zgniatana. Jak nie noga Alexisa na jej ręce, to głowa Nathana na jej brzuchu. Po prostu cudowna noc!
***
-Mogę Ci zrobić zdjęcie?
-Teraz? Ogłupiałeś? Dopiero wstałam! Jak ja wyglądam?
-Bardzo ładnie.
Nie dała się dłużej prosić. Lubiła robić i pozować do zdjęć.
-Śliczna!
Powiedział Nathan gdy spojrzał na wyświetlacz.
-Ee, mam za bardzo czerwone policzki...
Powiedziała smutno i schowała twarz w poduszkę.~Jesteś idealna...~ Przemknęło mu przez myśl.
-Co dziś robimy?
-No, dziś Wigilia... Ja pewnie będę biegać dom-sklep, sklep-dom jak co roku. A tak po za tym, to może Ci okolice pokaże?
-A nie trzeba będzie pomagać w kuchni?
-W kuchni? Chciałoby Ci się w trzydziestu stopniowym słońcu stać przy garach? Zresztą wystarczy tyle ile jest.
Po zjedzeniu śniadania Alexis jak co roku, jeździł wielkim samochodem po uliczkach Tocopilli i rozdawał dzieciom zabawki.
Ten chłopak ma naprawdę złote serce. On nie tylko mówi, że trzeba pomagać biednym. On te słowa zamienia w czyny. Dzieciaki, które zostały obdarowane przez niego, choć przez chwilę mogły poczuć się lepiej. Gdy po godzinie samochód był pusty, Alexis dołączył na plażę do Nathana, Ivette i Diany, którzy siedzieli wygrzewając się na piasku.
-U mnie o tej porze roku taka pogoda to tylko marzenie...
Zaczęła Diana.
-Przez cztery miesiące wszędzie jest śnieg. A co z tym idzie jest strasznie zimno...
-Zimno? Czyli ile? Piętnaście stopni?
Spytała się Ivette.
-Chyba na minusie. Czasem bywa, że odchodzi nawet do trzydziestu.
Dla Chilijczyków taka pogoda to tylko wyobrażenia. Oni przyzwyczajeni są do upałów i wiecznego słońca.
Czy siostry mogą być aż tak różne? Nie mówiąc nawet o wyglądzie, choć był diametralnie inny, tylko o charakterze. Z Bethiną nie dało się normalnie porozmawiać, a z Ivette? Jakby znała się z Dianą od zawsze! W mgnieniu oka złapały wspólny język i się zaprzyjaźniły.
-I to ma być obiad?
Spytała Diana widząc na swoim talerzu owoc.
-Tak. Dbamy o figury.
Dodał Alexis.
-Ale sam owoc to troszkę za mało, nie sądzisz?
-Nie narzekaj! Ciesz się, że w ogóle coś dostałaś.
Powiedział i rzucił kawałkiem owocu w siedzącą naprzeciwko dziewczynę.
-Alex!
I zaczęła się wojna, którą szybko przerwał właściciel restauracji. Nawet nie zwracał uwagi, że Alexis to Alexis. Po prostu wszystkich wyprosił.
***
Kolacja na wigilijnym stole Sanchezów to dopiero coś. Choć nie było na niej nie wiadomo jak dużo dań, to trzeba przyznać. Przystrojenie stołu było śliczne. Wszystko zaczynając od serwetki, a kończąc na kwiatach było idealnie dobrane.
Gdy do stołu zasiedli wszyscy można było zacząć jeść.Sałatki, sałateczki, sałatkusie. Obecne! Wino lało się i lało... A spalony deser był zmorą wszystkich. Dziś pierwszy raz samodzielnie robiła go jedenastoletnia dziewczynka. Troszkę się nie udał... Ale przynajmniej pies się ucieszył. Mógł zjeść cały.
Czas na prezenty! W mgnieniu oka pod choinkę zleciały się wszystkie dzieci obecne w domu, które równie szybko jak rozpakowały prezenty, wybiegły na ulice, by chwalić się drobiazgami.
-A to coś dla Ciebie.
Powiedział Nathan wręczając pudełeczko Dianie.
-Nathan... Nie musiałeś...
Powiedziała widząc wisiorek.
-Też mam coś dla Ciebie.
Powiedziała i wręczyła chłopakowi nieco większe pudełko.
Otwierając ujrzał ramkę, a w niej zdjęcie jego i Diany.
-Tak żebyś nie zapomniał mnie przez te kilka dni.
Powiedziała widząc uśmiech na twarzy bruneta.
-Chodź tu do mnie!
Stanęli w gorącym uścisku.
-Ja też chcę! Też chcę!
Powiedział Alexis i niemal natychmiast przytulił oboje.
-Mam coś dla was, a mianowicie... Dla ciebie Danuś kolczyki, a dla ciebie Nathuś batona!
Powiedział i wręczył prezenty.
-Kolczyki? Alex, nie musiałeś...
-Batona? No mogłeś się bardziej wysilić...
Gdy po rodzinnym spacerze wszyscy wrócili do domu, Diana była już spakowana na jutrzejszy odlot.
-Szkoda, że musisz jechać...
Powiedziała Ivette siedząc nad leżącą dziewczyną.
-Ledwo się poznałyśmy...
-Też bym chciała zostać, ale muszę jechać do moich przyjaciół do Polski, a dwa dni później do Londynu.
-Dziewczyno, to ty w ogóle nie wypoczniesz...
-Wiem. Ale tak już jest jak prowadzi się międzynarodowe życie...
Źle jest wyjeżdżać z domu, ale źle jest także siedzieć w jednym miejscu i się nie spełniać. Trzeba dokonać wyboru. Albo inni, albo ja sam.
***
Pożegnania nie są łatwe. Są cholernie trudne. A jeszcze, jak żegnasz się z ważną dla Ciebie osobą. Nie ma wtedy różnicy, czy wyjeżdżasz na tydzień czy na zawsze. To zawsze boli.
-Więc...
Zaczął zmieszany Nathan.
-Wiem. Nie musisz nic mówić. Niedługo się znów widzimy.
-Mam nadzieję. Ej, ale sylwestra spędzasz już w Barcelonie?
-Obowiązkowo! Chciałbym się jeszcze pożegnać z Alexisem, ale teraz nie mam już na co liczyć...
-No nie bardzo...
Powiedział widząc brata, który nie może odpędzić się od fanek.
-Do zobaczenia.
-Dbaj o siebie.
Zniknęła za białymi drzwiami.
Gdy wreszcie po kilkunastu minutach zmordowany Alexis raczył dołączyć do Nathana Diana już była w powietrzu.
-A ona gdzie? Do łazienki poszła?
-Boże... Alexis...
-No co? To gdzie jest?
-Poleciała.
-Poleciała? Już? Tak bez pożegnania? Już ja z nią sobie porozmawiam jak wróci...
Nie. W Polsce biały puch to tradycja, na która z utęsknieniem czekają najmłodsi, ale starsi też czują radość na sercu widząc lecące z nieba śnieżynki.
W słonecznej Barcelonie, słońce i wysoka temperatura są przez cały rok. W czasie tak zwanej "zimy" temperatura sięgać może nawet 15 stopni Celsjusza. Tak więc zimą nie da się tego nazwać.
***
Okres przed Bożonarodzeniowy jest magiczny i wyczekany na każdym krańcu ziemi. Nie zaważając na to, czy jesteśmy w Ameryce, czy we Francji.
-Spakowałaś wszystko?
Usłyszała z korytarza. Nie wie jak dała się na to namówić. Może wiedziała, że jeśli nie pojedzie, pierwszy dzień świąt spędzi sama. (Ricardo, jak co roku odwiedza na święta córkę w Londynie). A spędzanie świąt w samotności, to koszmar! Te święta i cały czas noworoczny będzie zwariowany! Najpierw wycieczka do Chile, później Polska, a na końcu Londyn. Uff, czy ktoś nadąża?
-Więc Disiu, widzimy się...
-Dwudziestego siódmego.
Dopowiedziała w pośpiechu Diana.
-Tak... Tylko nie zapomnij o starym dziadku.
-No oczywiście, że nie! Jesteś wszystkim co mam!
Powiedziała i wpadła dziadkowi w ramiona.
-Diana, chodźże no...
-Idę!
We czworo pojechali na lotnisko. Oczywiście nie obeszło się bez głupich tekstów Alexisa, o tym jaki to on nie jest wspaniały.
Ricardo kierunek Londyn, reszta Tocopilla!
-Nie lubię latać...
Zaczęła Diana wlepiając oczy w podłogę.
-Latanie jest wspaniałe! Jest się tak wysoko, czuję się najważniejszy..
-Alex, weź już się uspokój. Zachowujesz się tak od swoich urodzin...
-Bo ufundowaliście mi taki prezent...
-Ale to nie znaczy, że jesteś najważniejszy.
Dopowiedziała Diana.
-No dobra. Już nie będę.
Faktycznie. Przestał się zachowywać jak zadufany w sobie chłoptaś. Ten prezent to jednak nie był dobry pomysł...
***
-Stresujesz się?
Spytał się Nathan otwierając powoli drzwi od ich rodzinnego domu.
Czy się stresuje? Ba! Ona umiera ze strachu! Bała się wszystkiego co mogło ją tam spotkać. Nie polubią jej? Powiedzą, że nie pasuje do ich "rodziny". Stwierdzą, że uczepiła się Alexisa jak rzep psiego ogona. W głowie miała same najczarniejsze scenariusze.
Dom niczym nie przypominał tego sprzed dwudziestu lat. Nawet znajdował się w innym miejscu.
Rodzina Sanchezów nigdy nie należała do bogatych. Ubóstwo i prostota dominowała w ich życiu. Mały Alexis też nie miał łatwo. Pierwsze kroki w footballu stawiał na boso. Jego rodzina była tak biedna, że nie było jej stać na buty dla syna. Na szczęście wszystko się poprawiło i dziś Alexis choć w ten sposób może rodzicom podziękować za wszystko. To dzięki niemu jego rodzina wyszła na prostą. To dzięki niemu nie muszą martwić się o każdy kolejny dzień. Są po prostu szczęśliwi. A bycie szczęśliwym, jest najważniejszą wartością.
Alexis zgubił się gdzieś kilka domów wcześniej. Może przypomniała mu się stara miłość?
Stojąc na ganku, w domu było słychać głośne rozmowy i częste śmiechy.
-Ilu ich tam jest?
Spytała przerażona.
-No... Jeśli już są wszyscy to z dwadzieścia osób... No, może ze trzydzieści.
-Ile?!
-Mamy dużą rodzinę.
Trzydzieści? Duża? Chyba ogromna! Wyobrażasz sobie mieć w domu trzydzieści osób i gotować dla wszystkich, sprzątać... Ogarniać to wszystko?
Drzwi się otworzyły. Myślała, że ten moment nie nadejdzie nigdy. Bardzo chciała poznać rodzinę Alexisa, ale bała się.
-Nathan! Dziecko moje!
Krzyknęła piskliwym głosem niska pani z czarną czupryną na głowie. Typowa pani domu. Śliczne, czarne buciki, kolorowa spódnica do kolan, na której spoczywał biały fartuszek i beżowa, koronkowa bluzka. Nie zapominając oczywiście o biżuterii. Wielkie czerwone korale oplatały jej szyję.
-Mamo, dusisz mnie..
Wyjąkał z siebie chłopak ściskany przez kobietę.
-O, tak wybacz mi skarbie, ale tak dawno Cię nie widziałam. O, jak ty urosłeś i wyprzystojniałeś...
-Mamo...
-No co? Mówię co widzę...
W tym momencie wzrok starszej pani po czterdziestce zawędrował na drobne ciało Diany.
-A ta panienka, to kto?
-To jest Diana. Koleżanka.
-Diana Nevárez.
Przedstawiła się podając rękę.
-Taak, koleżanka.
Wtrąciła się dziewczyna stojąca przy schodach.
-Bethina! Ty od razu swoje?
Powiedział do blondynki.
-Chodź tu do mnie!
Powiedziała i wyciągnęła ręce do przodu.
I tak to się zaczęło. Po kolei, wszyscy ściskali i całowali Nathana i jego "koleżankę". Ta przyjemność wydawała się nie mieć końca. Babcie, ciocie, kuzyni... W tym domu byli wszyscy! A gdy w domu pojawiła się "gwiazda wieczoru" wszyscy automatycznie oblężyli ją. Dosłownie! Wiedzieli, że to jest rodzina i że nie wypada, ale cóż. Chęć dotknięcia wielkiego Alexisa jest większa...
-I jak?
Spytał się Nathan, widząc siedzącą na kanapie Dianę.
-Głośno i wesoło.
Odpowiedziała.
-Ostrzegałem. Ale mam nadzieję, że nie żałujesz, że z nami tu przyjechałaś...
-Nie, bardzo się cieszę.
Odpowiedziała i spojrzała w ciemne oczy chłopaka.
-Kolację podano!
Usłyszeli głos dochodzący z jadalni, który przerwał tą miłą sytuację.
Cóż to był za widok. Wielki, drewniany stół, przy którym siedziało dokładanie dwadzieścia trzy osoby.
-Więc Dario, powiedz nam coś o sobie.
~Kolejna, co przekręca moje imię... Co w nim jest takiego trudnego?~ myślała, gdy wszystkie oczy były skierowane na nią. Poza jedną parą oczu. Wuj Nathana siedział na końcu stołu i zajadał się kawałkiem, ba! kawałem wielkiego mięsa i nie miał zamiaru zaprzestać. Był tym tak zajęty, że nie zauważył co się dzieję.
-Więc...
Zaczęła niepewnie.
-Jesteś bardzo ładna, od tego zacznij.
Zaproponowała dziewczynka siedząca naprzeciw Diany. Automatycznie się zawstydziła, co nie uszło uwadze innym.
-Mamo, daj jej spokój. Jest zmęczona podróżą...
Powiedział Nathan.
Przez resztę kolacji temat Diany zszedł na dalszy tor. Teraz (czemu mnie to nie dziwi) ważny był tylko Alexis. Diana widząc sprzątające kobiety postanowiła im pomóc.
Zanosząc talerze do kuchni nie obeszło się bez rozmów.
-Więc jesteś z Nathanem tak?
Spytała blondynka.
-Nie...
Odpowiedziała zmieszana.
-Z Alexisem?
-Nie. Nie jestem z żadnym z nich. Po prostu się przyjaźnimy.
-Nie możliwe. Moi bracia nigdy nie przyprowadzali do domu przyjaciółek.
-Jesteś ich siostrą? Bethina, czy Ivette?
-A jak myślisz?
Spytała podpierając się o krzesło.
-Bethina?
-Na pewno?
-Tak, bo masz jasne włosy. A Nathan mówił, że jedna z was ma jasne, a druga ciemne. Tylko nigdy nie mogłam zapamiętać, która to która...
-Jestem Bethina.
Powiedziała podając dłoń.
-Diana.
Zaczęła się rozmowa, a raczej przesłuchanie. Kiedy ich poznałaś? Jak ich poznałaś? Często spędzacie czas razem? Chciała wiedzieć wszystko. Taka już jest rola starszej siostry. Musi wiedzieć wszystko o wszystkich dziewczynach w życiu swoich braci.
Nie łatwo jest być starszą siostrą...
-O, widzę, że już poznałaś swoją przyszłą szwagierkę.
Powiedział wysoki brunet widząc siedzące i rozmawiające dwie dziewczyny.
-Możesz wyjść? Ona nie będzie moją szwagierką! Ja nie będę miała szwagierki! Żadnej! Nigdy!
Wrzasnęła i trzaskając drzwiami wyszła z kuchni.
-Co jej się stało? Ona tak zawsze?
Spytała przestraszona.
-Tak. Jak tylko pojawi się jakaś dziewczyna w życiu jej braci.
-To jest chyba nienormalne, nie uważasz?
-Ona sobie tego nie da powiedzieć. Jest chorobliwie zazdrosna, czy to o Alexa czy Nathana. Po prostu chce mieć ich tylko dla siebie. Już nie jedną tak przestraszyła... Może dlatego oboje stąd uciekli...
-Przecież ja ich jej nie zabiorę... Nikt z nią nie rozmawiał?
-Żeby to raz... Jej tego nie wytłumaczysz.
Ciężka sprawa... Być ograniczanym przez własną siostrę... Gdy Diana ucinała sobie miła pogawędkę, Nathan próbował znaleźć wolny pokój, co w tej sytuacji nie było łatwe. Choć dom liczył prawie dziesięć sypialni i dwa salony, miejsc już nie było. Nawet wchodząc do swojego pokoju, zauważył czytającą bajkę ciocię Penelopę i jej dzieci, słodkie trojaczki Luciego, Marciego i Nildę. W końcu po długich poszukiwaniach znalazł "prawie" wolny pokój. Był w nim tylko Alexis.
-Gdzie Dianę zgubiłeś?
Spytał widząc ściągającego buty brata.
-Nie mam pojęcia. Tyle jest tu osób, że ledwo siebie odnajduję.
-Ty to masz dobrze. Ja raz sam siebie zgubiłem! Wiesz jak się przestraszyłem?
Powiedział z wielkimi oczami wyłączając laptopa.
-Może po nią pójdę?
-Nie, ty siedź. Ja pójdę. Ty za bardzo śmierdzisz. Idź się umyć.
Powiedział i wychodząc uderzył w ramię młodszego brata.
Poszukiwania nie trwały długo. O tej godzinie większość już spała. Została tylko najstarsza męska część na swoich jak co rocznych posiedzeniach na werandzie z cygarem w ustach.
Czasem, gdzieś między łazienką, a sypialnia przemknęła jedna z kuzynek.
-A ja Cię wszędzie szukam!
Powiedział Alex widząc Dianę.
-Jak widzisz, nic mi nie jest.
-To już ja ocenię. Choć. Udało mi się znaleźć w miarę wolny pokój.
-W miarę?
Powiedziała podejrzliwie.
-No, jest tam Nathan.
-To ja będę z wami spała?!
-No, wiesz. Jest około szesnastu łóżek w domu, a ludzi jakby więcej. Trzeba się po uciskać. Po za tym, w kupie raźniej.
Powiedział posyłając uroczy uśmiech w stronę dziewczyny.
Gdy zawitali w pokoju, Nathan rozmawiał z pewną dziewczyną.
-O, to ty jesteś Diana? Niech no Cię uściskam!
Powiedziała i przytuliła zaskoczoną dziewczynę.
-Jestem Ivette.
Powiedziała.
-Nasza młodsza siostra.
Dokończył Alexis kładąc się na łóżko.
-Mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język, a teraz żegnam. Dobranoc życzę.
-Do rana!
Dorzucił Alex gdy Ivette wyszła.
-Ta siostra dużo przyjemniejsza.
Powiedziała wchodząc do łazienki.
Oh, co to była za noc. Diana między Nathanem, a Alexisem była dosłownie zgniatana. Jak nie noga Alexisa na jej ręce, to głowa Nathana na jej brzuchu. Po prostu cudowna noc!
***
-Mogę Ci zrobić zdjęcie?
-Teraz? Ogłupiałeś? Dopiero wstałam! Jak ja wyglądam?
-Bardzo ładnie.
Nie dała się dłużej prosić. Lubiła robić i pozować do zdjęć.
-Śliczna!
Powiedział Nathan gdy spojrzał na wyświetlacz.
-Ee, mam za bardzo czerwone policzki...
Powiedziała smutno i schowała twarz w poduszkę.~Jesteś idealna...~ Przemknęło mu przez myśl.
-Co dziś robimy?
-No, dziś Wigilia... Ja pewnie będę biegać dom-sklep, sklep-dom jak co roku. A tak po za tym, to może Ci okolice pokaże?
-A nie trzeba będzie pomagać w kuchni?
-W kuchni? Chciałoby Ci się w trzydziestu stopniowym słońcu stać przy garach? Zresztą wystarczy tyle ile jest.
Po zjedzeniu śniadania Alexis jak co roku, jeździł wielkim samochodem po uliczkach Tocopilli i rozdawał dzieciom zabawki.
Ten chłopak ma naprawdę złote serce. On nie tylko mówi, że trzeba pomagać biednym. On te słowa zamienia w czyny. Dzieciaki, które zostały obdarowane przez niego, choć przez chwilę mogły poczuć się lepiej. Gdy po godzinie samochód był pusty, Alexis dołączył na plażę do Nathana, Ivette i Diany, którzy siedzieli wygrzewając się na piasku.
-U mnie o tej porze roku taka pogoda to tylko marzenie...
Zaczęła Diana.
-Przez cztery miesiące wszędzie jest śnieg. A co z tym idzie jest strasznie zimno...
-Zimno? Czyli ile? Piętnaście stopni?
Spytała się Ivette.
-Chyba na minusie. Czasem bywa, że odchodzi nawet do trzydziestu.
Dla Chilijczyków taka pogoda to tylko wyobrażenia. Oni przyzwyczajeni są do upałów i wiecznego słońca.
Czy siostry mogą być aż tak różne? Nie mówiąc nawet o wyglądzie, choć był diametralnie inny, tylko o charakterze. Z Bethiną nie dało się normalnie porozmawiać, a z Ivette? Jakby znała się z Dianą od zawsze! W mgnieniu oka złapały wspólny język i się zaprzyjaźniły.
-I to ma być obiad?
Spytała Diana widząc na swoim talerzu owoc.
-Tak. Dbamy o figury.
Dodał Alexis.
-Ale sam owoc to troszkę za mało, nie sądzisz?
-Nie narzekaj! Ciesz się, że w ogóle coś dostałaś.
Powiedział i rzucił kawałkiem owocu w siedzącą naprzeciwko dziewczynę.
-Alex!
I zaczęła się wojna, którą szybko przerwał właściciel restauracji. Nawet nie zwracał uwagi, że Alexis to Alexis. Po prostu wszystkich wyprosił.
***
Kolacja na wigilijnym stole Sanchezów to dopiero coś. Choć nie było na niej nie wiadomo jak dużo dań, to trzeba przyznać. Przystrojenie stołu było śliczne. Wszystko zaczynając od serwetki, a kończąc na kwiatach było idealnie dobrane.
Gdy do stołu zasiedli wszyscy można było zacząć jeść.Sałatki, sałateczki, sałatkusie. Obecne! Wino lało się i lało... A spalony deser był zmorą wszystkich. Dziś pierwszy raz samodzielnie robiła go jedenastoletnia dziewczynka. Troszkę się nie udał... Ale przynajmniej pies się ucieszył. Mógł zjeść cały.
Czas na prezenty! W mgnieniu oka pod choinkę zleciały się wszystkie dzieci obecne w domu, które równie szybko jak rozpakowały prezenty, wybiegły na ulice, by chwalić się drobiazgami.
-A to coś dla Ciebie.
Powiedział Nathan wręczając pudełeczko Dianie.
-Nathan... Nie musiałeś...
Powiedziała widząc wisiorek.
-Też mam coś dla Ciebie.
Powiedziała i wręczyła chłopakowi nieco większe pudełko.
Otwierając ujrzał ramkę, a w niej zdjęcie jego i Diany.
-Tak żebyś nie zapomniał mnie przez te kilka dni.
Powiedziała widząc uśmiech na twarzy bruneta.
-Chodź tu do mnie!
Stanęli w gorącym uścisku.
-Ja też chcę! Też chcę!
Powiedział Alexis i niemal natychmiast przytulił oboje.
-Mam coś dla was, a mianowicie... Dla ciebie Danuś kolczyki, a dla ciebie Nathuś batona!
Powiedział i wręczył prezenty.
-Kolczyki? Alex, nie musiałeś...
-Batona? No mogłeś się bardziej wysilić...
Gdy po rodzinnym spacerze wszyscy wrócili do domu, Diana była już spakowana na jutrzejszy odlot.
-Szkoda, że musisz jechać...
Powiedziała Ivette siedząc nad leżącą dziewczyną.
-Ledwo się poznałyśmy...
-Też bym chciała zostać, ale muszę jechać do moich przyjaciół do Polski, a dwa dni później do Londynu.
-Dziewczyno, to ty w ogóle nie wypoczniesz...
-Wiem. Ale tak już jest jak prowadzi się międzynarodowe życie...
Źle jest wyjeżdżać z domu, ale źle jest także siedzieć w jednym miejscu i się nie spełniać. Trzeba dokonać wyboru. Albo inni, albo ja sam.
***
Pożegnania nie są łatwe. Są cholernie trudne. A jeszcze, jak żegnasz się z ważną dla Ciebie osobą. Nie ma wtedy różnicy, czy wyjeżdżasz na tydzień czy na zawsze. To zawsze boli.
-Więc...
Zaczął zmieszany Nathan.
-Wiem. Nie musisz nic mówić. Niedługo się znów widzimy.
-Mam nadzieję. Ej, ale sylwestra spędzasz już w Barcelonie?
-Obowiązkowo! Chciałbym się jeszcze pożegnać z Alexisem, ale teraz nie mam już na co liczyć...
-No nie bardzo...
Powiedział widząc brata, który nie może odpędzić się od fanek.
-Do zobaczenia.
-Dbaj o siebie.
Zniknęła za białymi drzwiami.
Gdy wreszcie po kilkunastu minutach zmordowany Alexis raczył dołączyć do Nathana Diana już była w powietrzu.
-A ona gdzie? Do łazienki poszła?
-Boże... Alexis...
-No co? To gdzie jest?
-Poleciała.
-Poleciała? Już? Tak bez pożegnania? Już ja z nią sobie porozmawiam jak wróci...
poniedziałek, 10 czerwca 2013
12. Mimo wszystko warto iść pozytywnie nastawionym do świata.
Miło jest wracać do miejsca, które się kocha. Jest jeszcze lepiej, gdy ktoś na nas czeka. W życiu najważniejsze to jest by mieć dla kogo żyć. Mając tą drugą osobę przy sobie życie jest łatwiejsze i przyjemniejsze. Tą drugą osobą niekoniecznie musi być Twój chłopak czy dziewczyna, a przyjaciel. Nie przyjaciel na chwilę, nie taki co jest z Tobą tylko wtedy, gdy jest dobrze, a przyjaciel, który mimo wszystkich niepowodzeń będzie z Tobą i we wszystkim Ci pomoże. Mieć prawdziwego przyjaciela jest lepsze niż wygranie milionów złotych. Bo przecież trzeba mieć z kim wydawać te pieniądze, nieprawdaż?
***
Podróż z Dortmundu do Barcelony nie trwała długo, jednakże Diana bardzo się wynudziła. Tello, Pedro i Jordi zajęli się grą w karty. A Alexis jak to Alexis, upatrzył sobie jakąś śliczną blondyneczkę i już tylko jej poświęcał czas.
-Ten pani chłopak nie jest idealny...
Powiedziała starsza pani siedząca niedaleko Diany.
Brunetka tylko przyglądała się kobiecie ze zdziwioną miną.
-Niby taki kochany i miły, a teraz zabawia jakąś inną.
Dokończyła.
-Ale to jest jego życie, niech robi co chce.
Dopowiedziała Diana i łapiąc za słuchawkę włożyła jedną do ucha.
-Nie jest pani zazdrosna? Chce się pani dzielić mężczyzną?
Pytała dalej starsza kobieta.
-Pani nie rozumie. Ja nie jestem z nim. Jest mi obojętne co robi. Jak dla mnie mógłby się umawiać ze wszystkimi.
Odpowiedziała od niechcenia i machnęła ręką. Dało się zauważyć, że ta rozmowa ją stresuje. Język jej się plątał, gdy mówiła "jest mi obojętny".
-Chyba jednak nie do końca... Mnie pani nie oszuka. Dobrze wiem co kryje się w pani sercu.
Mówiła kobieta.
-Niech pani się dobrze zastanowi co pani czuje i do kogo to pani czuje, nim będzie za późno.
Dopowiedziała i wlepiła swoje zielono-niebieskie oczy w szybę. Do końca lotu patrzyła się w jeden punkt.
Po kilku minutach samolot wylądował.
***
-To widzimy się za dwa dni na treningu.
Powiedział Alexis.
-Tak, do zobaczenia.
Dopowiedział Pedro.
Każde z nich poszło w swoją stronę. Każde z nich ma rodziny, ma obowiązki. Życie to nie tylko wieczne zabawy, podróże, mecze. Czasem trzeba przystopować i zająć się tym co ważniejsze. Rodziną na przykład.
Pedro niedługo zostanie ojcem. To są ostatnie chwile, kiedy może się wyszaleć, pobawić.
Tello jest podporządkowany jednej dziewczynie. Lorena całkiem zawładnęła życiem Tello, a on samowolnie jej się podporządkował. Jordi z kolei nie znalazł jeszcze swojej miłości, ale ma w domu coś gorszego... Młodszą siostrę! Biedny Jordi, biedny...
Tylko Alexis z całej czwórki żyje jak mu się podoba. Wraca do domu kiedy chce, nie musi się nikomu tłumaczyć, jest po prostu wolny i korzysta z życia. Ale czy takie życie ma sens? Gdy wracasz z długiej podróży nikt na Ciebie nie czeka. Co ranek budzisz się samotnie. Nie ma Cię kto przytulić, kto pocałować, kto doprowadzić do porządku. Ta druga osoba jest potrzebna.
***
-Podobało Ci się?
Spytał Alexis gdy wchodzili po schodach kamienicy.
-Było w porządku. Tylko mogłeś więcej bramek strzelić!
Zaśmiała się i podchodząc do drzwi włożyła klucz w drzwi.
-Ciekawie jakbyś ty zagrała. Hę? Ciekawe czy byłabyś taka mądra.
Odpowiedział otwierając drzwi.
-Ja nie jestem piłkarzem, wybacz.
Odpowiedziała i zniknęła za drzwiami.
Ricardo jak zwykle siedział i czytał gazetę.
-Cześć dziadku...
Powiedziała i przytuliła się do starszego mężczyzny.
-Disiu. Cieszę się, że wróciłaś. Jak było? Opowiadaj.
Powiedział przejęty odkładając gazetę.
I zaczęła się długa opowieść o Dortmundzie, o Moritzie, Leo, Reusie. Opowiadała, jak bardzo mile ją przyjęli, jak miło się czuła w towarzystwie tych chłopaków. Oczywiście ominęła pewien znaczący element, mianowicie noc z Leitnerem. Ale przecież nie wszyscy muszą o tym wiedzieć?
-A Cristian nie jest chory?
Spytał się, gdy Diana powiedziała o wrzuconym do rowu Cristianie.
-Nie, dziadku to jest silny facet, nigdy nie choruję. Co to dla niego zimna woda!
Powiedziała ze śmiechem.
***
Dochodziła dwudziesta. Diana nie widziała się od wrócenia do Barcelony z Alexisem, a tym bardziej z Nathanem. Zresztą jak to ona sądzi "Ja się prosić nie będę".
-Disiu, ja wychodzę.
Powiedział Ricardo wchodząc do pokoju wnuczki.
-Gdzie idziesz?
Spytała widząc dziadka. Nie wyglądał jak zawsze. Jego zazwyczaj rozczochrane włosy zamieniły się w ułożone, a jeansy i koszulę zamienił na czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę.
-Mam spotkanie. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
Odpowiedział i po pocałowaniu wnuczki w czoło wyszedł z mieszkania.
I jeszcze te jego perfumy! Tak rzadko je używa, tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dziś ich użył.
Diana jeszcze do końca nie dorosła. Mimo, że nie ma już ośmiu lat, nadal czuje się jak dziecko. Szybko podbiegła do okna, chcąc zobaczyć dokąd jedzie Ric. Nic nowego się nie dowiedziała. Wsiadł w taksówkę i zniknął za murami budynków.
Położyła się znów na łóżko. Leżąc i patrząc w sufit, zastanawiała się co ma robić. Zasnęła.
***
Obudził ją wielki huk!
Huk był tak głośny, że aż podskoczyła na łóżku. Zaraz po grzmocie spadł ulewny deszcz. Pioruny rozświetlały zachmurzone niebo, deszcz obijał się o wszystko co napotkał na swojej drodze, a grzmoty były tak głośne, że wszystkie żyjące stworzenia pochowały się najgłębiej jak mogły.
Diana miała wielki lęk przed burzami. Już jako dziecko gdy tylko usłyszała choć jeden grzmot, biegła do pierwszej bliskiej osoby i mocno się do niej przytulała. Miała tak od zawsze . Strasznie się bała. ~ Nie wysiedzę tutaj sama...!~ Pomyślała patrząc na zegarek. Wskazywał dwudziestą pierwszą.
PUK! PUK!
Rozległo się na całym korytarzu.
-Diana, cześć.
Powiedział Nathan.
-Mogę u was trochę posiedzieć...?
Spytała zmieszana. Wyglądała na naprawdę przestraszoną. W ręku trzymała poduszkę i koc, jeej włosy były całkiem rozwalone, a oczy miała zaszklone od łez.
Nie odpowiedział, tylko wpuścił dziewczynę do środka. On zamknął drzwi, ona usiadła na kanapie.
-Chcesz coś do picia, jedzenia?
Spytał.
-Nie, już mi lepiej.
Powiedziała. Siedziała na kanapie z podkulonymi nogami, cała przykryta kocem, pod same zęby. Widać było tylko jej brązowe oczy.
-Sorry, że spytam... Co Ci się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała...
Mówił.
-Wiesz...
Zaczęła.
W tym momencie niebo rozjaśniło się, a już po chwili słychać było wielki, ogromny huk! Największy tej nocy.
Diana znów podskoczyła, tylko tym razem wydała z siebie przeraźliwy dźwięk.
-Ha!Ha! Diana! Ty się boisz burzy!
Powiedział śmiejąc się Nathan. Oj... Nie ładnie jest się z kogoś wyśmiewać.
Diana aż się zagotowała. Nie lubiła być powodem do drwin.
-Nie boję, po prostu... Zimno mi. Ale już lepiej.
Powiedziała i wstała z kanapy. Chciała pokazać się Nathanowi z jak najlepszej strony, mimo że nie była sobą.
-Widzisz, już jest dobrze.
Powiedziała stojąc obok Nathana.
I znów huk! Tak się przestraszyła, że nie kontrolowała nad swoimi ruchami. Gdy otrzeźwiała spostrzegła, że siedzi Nathanowi na kolanach. Ze strachu, aż przytuliła się do niego.
Spojrzała w jego oczy. Widziała, że śmieje się z niej. Nie mogła dalej zgrywać odważnej.
-Miałeś rację... Boję się burzy...
Odpowiedziała spuszczając wzrok.
Było to dla niej trudne. Zwykła burza, co to takiego? Kilka kropelek deszczu spadających z nieba, pioruny, grzmoty. Ale czasem taka zwykła rzecz jest przykrywką dla jakiejś dużo większej, poważniejszej. Tutaj nie chodziło tylko o burzę. Chodziło o coś znacznie gorszego...
-Nie bój się, jestem tutaj.
Powiedział i przytulił brunetkę widząc jej napływające łzy do oczu.
-Dziękuję...
Wyszeptała mu do ucha.
Siedzieli wtuleni w siebie kilka chwil. Wspaniałych chwil. Gdy doszło do nich to co robią, cala magia tej chwili prysła.
-Przepraszam.
Powiedziała i wstała z kolan Nathana.
Nic jej nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął.
-Jest Alexis?
Spytała.
-U siebie. Powiedz mu, że wychodzę.
Powiedział i po założeniu na siebie kurtki wyszedł z domu.
***
Alexis leżał na swoim łóżku i oglądał jakiś film. Jakieś biegające roboty, latające samochody. Cały świat z maszyn.
-Lubisz coś takiego?
Spytała wchodząc do pokoju.
-Nie. Ale chce wiedzieć co będzie w przyszłości.
Odpowiedział.
-Ale wiesz, że to jest nieprawda?
-Skąd wiesz? Może tak właśnie będzie? Nikt nie ma pewności.
Usiadła na łóżku obok niego i spojrzała w telewizor.
-Nie, to jest bzdura.
Odpowiedziała.
-Nie znasz się. Gdzie Natt?
Spytał.
-Wyszedł.
-W taką pogodę? Chyba chory chce być...
-Najwyraźniej.
Odpowiedziała spuszczając głowę w dół.
-A Tobie co się dzieje?
Spytał patrząc na brunetkę.
-Nie. Wszystko w porządku. Oglądaj film, ja już pójdę.
Powiedziała i wstała z kanapy.
-O nie, nie, nie. Nigdzie nie pójdziesz, do póki nie powiesz mi co się stało.
-Nic się nie stało...
Powiedziała i wykręcając się posłała sztuczny uśmiech w stronę Alexisa.
-No przecież widzę.
Prawdziwy przyjaciel, to taki, który zawsze wie, jak jest coś nie tak. Który zawsze pomoże. Smutek nie zawsze od razu można zauważyć. Czasem ukrywa się on pod sztucznym uśmiechem. Przecież usta mogą się śmiać, to oczy zawsze zdradzą wszystko.
-Mów co się stało. Coś z Nathanem?
Pytał.
-Nie. Alexis, ja nie chcę o tym gadać...
Mówiła.
-No dobra, ale szybko się ode mnie nie uwolnisz.
-Będę już szła. Dobranoc.
Powiedziała i wstała z łóżka.
-Dobranoc...
***
Pomyśleć, że już minęło dziewięć miesięcy odkąd przyleciała do Barcelony. Czas leci nie ubłagalnie. Dla każdego jest go za mało, każdy narzeka.
Jesień to chyba najgorsza pora roku. W Polsce wieczne deszcze, niska temperatura, po prostu ideał! A w dodatku szkoła... Jak dobrze, że już się skończyła.
Listopad to taki nijaki miesiąc. Ani nie jest ciepło, ani zimno. Taki cały szary, bury, nie wiadomo komu potrzebny.
-Alex...
Zaczęła Diana.
-No...
Mówił. Już wiedział, że coś kombinuje.
-Bo... Patrz jakie nudy są. Mam pewien pomysł!
Powiedziała zadowolona.
-Nie. To jest głupi pomysł.
Zaprzeczył.
-Ej, ty go nawet nie usłyszałeś...
Powiedziała i zrobiła smutną minę.
-Umiem czytać Ci w myślach. Zapomnij.
Odpowiedział.
-No, Alex... Proszę!
Powiedziała i zaczęła dźgać Alexisa w brzuch.
-Pamiętasz? Mnie to nie rusza.
Powiedział zadowolony.
-Ani dźganie, ani łaskotki. Nic!
To nie jest człowiek! Jak można nie mieć łaskotek? Jak dźganie może nie przeszkadzać? Alexis, ty żyjesz?!
-To nie.
Powiedziała i odwracając się na pięcie podeszła do drzwi wyjściowych.
Bardzo dobrze wiedział o co jej chodzi. Zdążył ją poznać na tyle, że doskonale wiedział co kombinuje. Wiedział ,że teraz tylko czeka, aż on spyta się o co chodzi. Nie spytał.
-Wychodzę...
Mówiła łapiąc za klamkę. Nie chciała wyjść. Bardzo, bardzo chciała, by jej plan wtoczył się w życie.
-To cześć.
Powiedział z uśmiechem na twarzy.
Nacisnęła na klamkę.
Taka zabawa była codziennością u tych dwojga. Standard rodzinny.
Wyszła z mieszkania.
~U! Serio wyszła...~ Pomyślał zdziwiony.
Nie minęła chwila, a Diana już bywa z powrotem w mieszkaniu Sanchezów.
-Alex no! Chodź ze mną!
Mówiła.
-Gdzie?
Spytał.
-Na zakupy...
-Na zakupy chcesz iść?!
Spytał zdziwiony.
-A ty myślałeś, że gdzie?
-Sam nie wiem. No dobra, to ubieraj się.
-Dziękuję!
Powiedziała zadowolona i wybiegła z mieszkania. Po chwili była już gotowa.
***
Pojechali do jednego z większych centrów handlowych w Barcelonie.
Diana doskonale wiedziała, że teraz jest wyprzedaż ciuchów letnich, a i jakieś zimowe da radę kupić taniej.
Jak weszła do jednego sklepu, tak nie mogła wyjść. Przymierzała wszystko! Bluzki, spodnie, buty, wszystko musiała dotknąć.
Alexis długo wytrzymywał. Nawet bardzo. Przez pierwszą godzinę chodził za Dianą, pomagał wybierać, nawet sam sobie coś kupił. Ale ile można chodzić za kobietą, które wpadła w wir zakupów?
-Będę...
Mówił, lecz nie dokończył. Stwierdził, że nie ma sensu. Ona i tak nie słucha.
Usiadł gdzieś w rogu sklepu i siedział czekając na cud...
Po pierwszej godzinie przestał liczyć czas. Nawet tego mu się odechciało. Chyba zasnął...
***
-Alex... Aluś... Aluuuusiuu!
Mówiła do leżącego na kanapie piłkarza.
-Wstawaj. Środek dnia, a ty śpisz.
Mówiła. Po prawie trzech godzinach raczyła wrócić do Sancheza.
Po wydaniu fortuny w centrum mogli wrócić do domu.
-Przyjdę później. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?
Mówiła.
-nie jestem. Bardzo wygodną kanapę mieli, więc było dobrze.
Odpowiedział i wszedł do mieszkania. Diana zrobiła to samo.
Wchodząc ujrzała siedzącego przy stole dziadka i jakąś obcą postać.
-Disiu! Witaj!
Powiedział.
-Dzień dobry...
Powiedziała do obcej osoby.
-Witaj Diana. Twój dziadek dużo mi o Tobie mówił.
Odpowiedziała kobieta.
-Dziadku...
Zaczęła Diana patrząc na Ricardo.
-Diana, to jest Manuela. Moja przyjaciółka.
Odpowiedział jej.
Przyjaciółka. Przyjaciółka. Jaka kurde przyjaciółka!? Przecież Ricardo nie może mieć przyjaciółki!
-Może usiądziesz z nami do stołu?
Zaproponowała niska kobieta. Była naprawdę niska. Ale bardzo ładna. Mimo tylu lat ile miała, jej włosy nadal były czarniawe, oczy mocno brązowe, a usta krwisto czerwone. Widać było, że dba o swój wygląd. Ubrania starannie dobrane, pasująca biżuteria. Prezentowała się bardzo dobrze.
Diana z grzeczności usiadła do stołu. Czuła sie nieswojo z tą kobietą przy stole. Dało się to zauważyć. Nie odezwała się ani słowem.
Siedziała przy stole i milczała dobre dwadzieścia minut. Nie wiedziała jak powiedzieć, że nie chce z nimi siedzieć. Wpadła na pomysł. Wyciągając z kieszeni telefon, włączyła piosenkę, którą ma na dzwonek w komórce.
-Halo?
Powiedziała i odeszła od stołu "odbierając" telefon.
-Tak, tak. Dobra. Już idę.
Mówiła dalej.
-Dziadku idę do Alexisa.
Powiedziała i nie czekając na odpowiedź wyszła z mieszkania.
W mieszkaniu Sanchezów panował jak zwykle bałagan. Ale ten aktualny to istny koszmar! Wszystko wszędzie tylko nie tam, gdzie powinno być. Co do licha w salonie robi gąbka i żel po prysznic? Kwiatki się tym myją?
-Nie zgadniecie!
Powiedziała siadając obok Alexisa.
-Wygrałaś w Totka!
Powiedział Nathan!
-Nie...
Zaprzeczyła.
-Wiem! Pojechałaś do Chin i spotkałaś mędrca, który powiedział Ci, że powinnaś zjeść kilogram bananów, ty to zrobiłaś i zamieniłaś się w małpę i szukasz jakiegoś wysokiego drzewa, bo żadne ZOO nie chce Cię przyjąć!
-Alex! Mówił Ci już ktoś, że jesteś głupi? I sam jesteś małpą! A nie! Ty jesteś baranem!
Krzyknęła za niego ze śmiechem.
-Boję się waszych dalszych pomysłów, więc wam powiem.
Zaczęła.
-Mój dziadek ma dziewczynę!
Powiedziała ucieszona. Sama nie widziała dlaczego, ale ucieszyła się, że Ricardo ma kogoś.
-Jak to ma dziewczynę?
Pytał Nathan.
-No normalnie. Manuela się nazywa. Jest u nas w mieszkaniu.
-Ha! Ha! Natt, ty nie masz nikogo, a Ric tak! Spójrz na siebie!
Śmiał się Alexis.
-Debilu przypomnę Ci, że ty też jesteś sam!
-Nie jestem sam kretynie! Tylko ty nei jesteś godny jej poznać.
Odpowiedział.
-Jej? Chyba GO! HAHA! Geju ty!
Śmiał się. W tym momencie Alexis rzucił się na brata i zaczęła się braterska miłość. Raz Alex na Nathanie, później Nathan na Alexisie. Ależ oni się kochają...
***
Podróż z Dortmundu do Barcelony nie trwała długo, jednakże Diana bardzo się wynudziła. Tello, Pedro i Jordi zajęli się grą w karty. A Alexis jak to Alexis, upatrzył sobie jakąś śliczną blondyneczkę i już tylko jej poświęcał czas.
-Ten pani chłopak nie jest idealny...
Powiedziała starsza pani siedząca niedaleko Diany.
Brunetka tylko przyglądała się kobiecie ze zdziwioną miną.
-Niby taki kochany i miły, a teraz zabawia jakąś inną.
Dokończyła.
-Ale to jest jego życie, niech robi co chce.
Dopowiedziała Diana i łapiąc za słuchawkę włożyła jedną do ucha.
-Nie jest pani zazdrosna? Chce się pani dzielić mężczyzną?
Pytała dalej starsza kobieta.
-Pani nie rozumie. Ja nie jestem z nim. Jest mi obojętne co robi. Jak dla mnie mógłby się umawiać ze wszystkimi.
Odpowiedziała od niechcenia i machnęła ręką. Dało się zauważyć, że ta rozmowa ją stresuje. Język jej się plątał, gdy mówiła "jest mi obojętny".
-Chyba jednak nie do końca... Mnie pani nie oszuka. Dobrze wiem co kryje się w pani sercu.
Mówiła kobieta.
-Niech pani się dobrze zastanowi co pani czuje i do kogo to pani czuje, nim będzie za późno.
Dopowiedziała i wlepiła swoje zielono-niebieskie oczy w szybę. Do końca lotu patrzyła się w jeden punkt.
Po kilku minutach samolot wylądował.
***
-To widzimy się za dwa dni na treningu.
Powiedział Alexis.
-Tak, do zobaczenia.
Dopowiedział Pedro.
Każde z nich poszło w swoją stronę. Każde z nich ma rodziny, ma obowiązki. Życie to nie tylko wieczne zabawy, podróże, mecze. Czasem trzeba przystopować i zająć się tym co ważniejsze. Rodziną na przykład.
Pedro niedługo zostanie ojcem. To są ostatnie chwile, kiedy może się wyszaleć, pobawić.
Tello jest podporządkowany jednej dziewczynie. Lorena całkiem zawładnęła życiem Tello, a on samowolnie jej się podporządkował. Jordi z kolei nie znalazł jeszcze swojej miłości, ale ma w domu coś gorszego... Młodszą siostrę! Biedny Jordi, biedny...
Tylko Alexis z całej czwórki żyje jak mu się podoba. Wraca do domu kiedy chce, nie musi się nikomu tłumaczyć, jest po prostu wolny i korzysta z życia. Ale czy takie życie ma sens? Gdy wracasz z długiej podróży nikt na Ciebie nie czeka. Co ranek budzisz się samotnie. Nie ma Cię kto przytulić, kto pocałować, kto doprowadzić do porządku. Ta druga osoba jest potrzebna.
***
-Podobało Ci się?
Spytał Alexis gdy wchodzili po schodach kamienicy.
-Było w porządku. Tylko mogłeś więcej bramek strzelić!
Zaśmiała się i podchodząc do drzwi włożyła klucz w drzwi.
-Ciekawie jakbyś ty zagrała. Hę? Ciekawe czy byłabyś taka mądra.
Odpowiedział otwierając drzwi.
-Ja nie jestem piłkarzem, wybacz.
Odpowiedziała i zniknęła za drzwiami.
Ricardo jak zwykle siedział i czytał gazetę.
-Cześć dziadku...
Powiedziała i przytuliła się do starszego mężczyzny.
-Disiu. Cieszę się, że wróciłaś. Jak było? Opowiadaj.
Powiedział przejęty odkładając gazetę.
I zaczęła się długa opowieść o Dortmundzie, o Moritzie, Leo, Reusie. Opowiadała, jak bardzo mile ją przyjęli, jak miło się czuła w towarzystwie tych chłopaków. Oczywiście ominęła pewien znaczący element, mianowicie noc z Leitnerem. Ale przecież nie wszyscy muszą o tym wiedzieć?
-A Cristian nie jest chory?
Spytał się, gdy Diana powiedziała o wrzuconym do rowu Cristianie.
-Nie, dziadku to jest silny facet, nigdy nie choruję. Co to dla niego zimna woda!
Powiedziała ze śmiechem.
***
Dochodziła dwudziesta. Diana nie widziała się od wrócenia do Barcelony z Alexisem, a tym bardziej z Nathanem. Zresztą jak to ona sądzi "Ja się prosić nie będę".
-Disiu, ja wychodzę.
Powiedział Ricardo wchodząc do pokoju wnuczki.
-Gdzie idziesz?
Spytała widząc dziadka. Nie wyglądał jak zawsze. Jego zazwyczaj rozczochrane włosy zamieniły się w ułożone, a jeansy i koszulę zamienił na czarne spodnie, białą koszulę i marynarkę.
-Mam spotkanie. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno.
Odpowiedział i po pocałowaniu wnuczki w czoło wyszedł z mieszkania.
I jeszcze te jego perfumy! Tak rzadko je używa, tylko w wyjątkowych sytuacjach. Dziś ich użył.
Diana jeszcze do końca nie dorosła. Mimo, że nie ma już ośmiu lat, nadal czuje się jak dziecko. Szybko podbiegła do okna, chcąc zobaczyć dokąd jedzie Ric. Nic nowego się nie dowiedziała. Wsiadł w taksówkę i zniknął za murami budynków.
Położyła się znów na łóżko. Leżąc i patrząc w sufit, zastanawiała się co ma robić. Zasnęła.
***
Obudził ją wielki huk!
Huk był tak głośny, że aż podskoczyła na łóżku. Zaraz po grzmocie spadł ulewny deszcz. Pioruny rozświetlały zachmurzone niebo, deszcz obijał się o wszystko co napotkał na swojej drodze, a grzmoty były tak głośne, że wszystkie żyjące stworzenia pochowały się najgłębiej jak mogły.
Diana miała wielki lęk przed burzami. Już jako dziecko gdy tylko usłyszała choć jeden grzmot, biegła do pierwszej bliskiej osoby i mocno się do niej przytulała. Miała tak od zawsze . Strasznie się bała. ~ Nie wysiedzę tutaj sama...!~ Pomyślała patrząc na zegarek. Wskazywał dwudziestą pierwszą.
PUK! PUK!
Rozległo się na całym korytarzu.
-Diana, cześć.
Powiedział Nathan.
-Mogę u was trochę posiedzieć...?
Spytała zmieszana. Wyglądała na naprawdę przestraszoną. W ręku trzymała poduszkę i koc, jeej włosy były całkiem rozwalone, a oczy miała zaszklone od łez.
Nie odpowiedział, tylko wpuścił dziewczynę do środka. On zamknął drzwi, ona usiadła na kanapie.
-Chcesz coś do picia, jedzenia?
Spytał.
-Nie, już mi lepiej.
Powiedziała. Siedziała na kanapie z podkulonymi nogami, cała przykryta kocem, pod same zęby. Widać było tylko jej brązowe oczy.
-Sorry, że spytam... Co Ci się stało? Wyglądasz jakbyś się czegoś bała...
Mówił.
-Wiesz...
Zaczęła.
W tym momencie niebo rozjaśniło się, a już po chwili słychać było wielki, ogromny huk! Największy tej nocy.
Diana znów podskoczyła, tylko tym razem wydała z siebie przeraźliwy dźwięk.
-Ha!Ha! Diana! Ty się boisz burzy!
Powiedział śmiejąc się Nathan. Oj... Nie ładnie jest się z kogoś wyśmiewać.
Diana aż się zagotowała. Nie lubiła być powodem do drwin.
-Nie boję, po prostu... Zimno mi. Ale już lepiej.
Powiedziała i wstała z kanapy. Chciała pokazać się Nathanowi z jak najlepszej strony, mimo że nie była sobą.
-Widzisz, już jest dobrze.
Powiedziała stojąc obok Nathana.
I znów huk! Tak się przestraszyła, że nie kontrolowała nad swoimi ruchami. Gdy otrzeźwiała spostrzegła, że siedzi Nathanowi na kolanach. Ze strachu, aż przytuliła się do niego.
Spojrzała w jego oczy. Widziała, że śmieje się z niej. Nie mogła dalej zgrywać odważnej.
-Miałeś rację... Boję się burzy...
Odpowiedziała spuszczając wzrok.
Było to dla niej trudne. Zwykła burza, co to takiego? Kilka kropelek deszczu spadających z nieba, pioruny, grzmoty. Ale czasem taka zwykła rzecz jest przykrywką dla jakiejś dużo większej, poważniejszej. Tutaj nie chodziło tylko o burzę. Chodziło o coś znacznie gorszego...
-Nie bój się, jestem tutaj.
Powiedział i przytulił brunetkę widząc jej napływające łzy do oczu.
-Dziękuję...
Wyszeptała mu do ucha.
Siedzieli wtuleni w siebie kilka chwil. Wspaniałych chwil. Gdy doszło do nich to co robią, cala magia tej chwili prysła.
-Przepraszam.
Powiedziała i wstała z kolan Nathana.
Nic jej nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął.
-Jest Alexis?
Spytała.
-U siebie. Powiedz mu, że wychodzę.
Powiedział i po założeniu na siebie kurtki wyszedł z domu.
***
Alexis leżał na swoim łóżku i oglądał jakiś film. Jakieś biegające roboty, latające samochody. Cały świat z maszyn.
-Lubisz coś takiego?
Spytała wchodząc do pokoju.
-Nie. Ale chce wiedzieć co będzie w przyszłości.
Odpowiedział.
-Ale wiesz, że to jest nieprawda?
-Skąd wiesz? Może tak właśnie będzie? Nikt nie ma pewności.
Usiadła na łóżku obok niego i spojrzała w telewizor.
-Nie, to jest bzdura.
Odpowiedziała.
-Nie znasz się. Gdzie Natt?
Spytał.
-Wyszedł.
-W taką pogodę? Chyba chory chce być...
-Najwyraźniej.
Odpowiedziała spuszczając głowę w dół.
-A Tobie co się dzieje?
Spytał patrząc na brunetkę.
-Nie. Wszystko w porządku. Oglądaj film, ja już pójdę.
Powiedziała i wstała z kanapy.
-O nie, nie, nie. Nigdzie nie pójdziesz, do póki nie powiesz mi co się stało.
-Nic się nie stało...
Powiedziała i wykręcając się posłała sztuczny uśmiech w stronę Alexisa.
-No przecież widzę.
Prawdziwy przyjaciel, to taki, który zawsze wie, jak jest coś nie tak. Który zawsze pomoże. Smutek nie zawsze od razu można zauważyć. Czasem ukrywa się on pod sztucznym uśmiechem. Przecież usta mogą się śmiać, to oczy zawsze zdradzą wszystko.
-Mów co się stało. Coś z Nathanem?
Pytał.
-Nie. Alexis, ja nie chcę o tym gadać...
Mówiła.
-No dobra, ale szybko się ode mnie nie uwolnisz.
-Będę już szła. Dobranoc.
Powiedziała i wstała z łóżka.
-Dobranoc...
***
Pomyśleć, że już minęło dziewięć miesięcy odkąd przyleciała do Barcelony. Czas leci nie ubłagalnie. Dla każdego jest go za mało, każdy narzeka.
Jesień to chyba najgorsza pora roku. W Polsce wieczne deszcze, niska temperatura, po prostu ideał! A w dodatku szkoła... Jak dobrze, że już się skończyła.
Listopad to taki nijaki miesiąc. Ani nie jest ciepło, ani zimno. Taki cały szary, bury, nie wiadomo komu potrzebny.
-Alex...
Zaczęła Diana.
-No...
Mówił. Już wiedział, że coś kombinuje.
-Bo... Patrz jakie nudy są. Mam pewien pomysł!
Powiedziała zadowolona.
-Nie. To jest głupi pomysł.
Zaprzeczył.
-Ej, ty go nawet nie usłyszałeś...
Powiedziała i zrobiła smutną minę.
-Umiem czytać Ci w myślach. Zapomnij.
Odpowiedział.
-No, Alex... Proszę!
Powiedziała i zaczęła dźgać Alexisa w brzuch.
-Pamiętasz? Mnie to nie rusza.
Powiedział zadowolony.
-Ani dźganie, ani łaskotki. Nic!
To nie jest człowiek! Jak można nie mieć łaskotek? Jak dźganie może nie przeszkadzać? Alexis, ty żyjesz?!
-To nie.
Powiedziała i odwracając się na pięcie podeszła do drzwi wyjściowych.
Bardzo dobrze wiedział o co jej chodzi. Zdążył ją poznać na tyle, że doskonale wiedział co kombinuje. Wiedział ,że teraz tylko czeka, aż on spyta się o co chodzi. Nie spytał.
-Wychodzę...
Mówiła łapiąc za klamkę. Nie chciała wyjść. Bardzo, bardzo chciała, by jej plan wtoczył się w życie.
-To cześć.
Powiedział z uśmiechem na twarzy.
Nacisnęła na klamkę.
Taka zabawa była codziennością u tych dwojga. Standard rodzinny.
Wyszła z mieszkania.
~U! Serio wyszła...~ Pomyślał zdziwiony.
Nie minęła chwila, a Diana już bywa z powrotem w mieszkaniu Sanchezów.
-Alex no! Chodź ze mną!
Mówiła.
-Gdzie?
Spytał.
-Na zakupy...
-Na zakupy chcesz iść?!
Spytał zdziwiony.
-A ty myślałeś, że gdzie?
-Sam nie wiem. No dobra, to ubieraj się.
-Dziękuję!
Powiedziała zadowolona i wybiegła z mieszkania. Po chwili była już gotowa.
***
Pojechali do jednego z większych centrów handlowych w Barcelonie.
Diana doskonale wiedziała, że teraz jest wyprzedaż ciuchów letnich, a i jakieś zimowe da radę kupić taniej.
Jak weszła do jednego sklepu, tak nie mogła wyjść. Przymierzała wszystko! Bluzki, spodnie, buty, wszystko musiała dotknąć.
Alexis długo wytrzymywał. Nawet bardzo. Przez pierwszą godzinę chodził za Dianą, pomagał wybierać, nawet sam sobie coś kupił. Ale ile można chodzić za kobietą, które wpadła w wir zakupów?
-Będę...
Mówił, lecz nie dokończył. Stwierdził, że nie ma sensu. Ona i tak nie słucha.
Usiadł gdzieś w rogu sklepu i siedział czekając na cud...
Po pierwszej godzinie przestał liczyć czas. Nawet tego mu się odechciało. Chyba zasnął...
***
-Alex... Aluś... Aluuuusiuu!
Mówiła do leżącego na kanapie piłkarza.
-Wstawaj. Środek dnia, a ty śpisz.
Mówiła. Po prawie trzech godzinach raczyła wrócić do Sancheza.
Po wydaniu fortuny w centrum mogli wrócić do domu.
-Przyjdę później. Mam nadzieję, że nie jesteś zły?
Mówiła.
-nie jestem. Bardzo wygodną kanapę mieli, więc było dobrze.
Odpowiedział i wszedł do mieszkania. Diana zrobiła to samo.
Wchodząc ujrzała siedzącego przy stole dziadka i jakąś obcą postać.
-Disiu! Witaj!
Powiedział.
-Dzień dobry...
Powiedziała do obcej osoby.
-Witaj Diana. Twój dziadek dużo mi o Tobie mówił.
Odpowiedziała kobieta.
-Dziadku...
Zaczęła Diana patrząc na Ricardo.
-Diana, to jest Manuela. Moja przyjaciółka.
Odpowiedział jej.
Przyjaciółka. Przyjaciółka. Jaka kurde przyjaciółka!? Przecież Ricardo nie może mieć przyjaciółki!
-Może usiądziesz z nami do stołu?
Zaproponowała niska kobieta. Była naprawdę niska. Ale bardzo ładna. Mimo tylu lat ile miała, jej włosy nadal były czarniawe, oczy mocno brązowe, a usta krwisto czerwone. Widać było, że dba o swój wygląd. Ubrania starannie dobrane, pasująca biżuteria. Prezentowała się bardzo dobrze.
Diana z grzeczności usiadła do stołu. Czuła sie nieswojo z tą kobietą przy stole. Dało się to zauważyć. Nie odezwała się ani słowem.
Siedziała przy stole i milczała dobre dwadzieścia minut. Nie wiedziała jak powiedzieć, że nie chce z nimi siedzieć. Wpadła na pomysł. Wyciągając z kieszeni telefon, włączyła piosenkę, którą ma na dzwonek w komórce.
-Halo?
Powiedziała i odeszła od stołu "odbierając" telefon.
-Tak, tak. Dobra. Już idę.
Mówiła dalej.
-Dziadku idę do Alexisa.
Powiedziała i nie czekając na odpowiedź wyszła z mieszkania.
W mieszkaniu Sanchezów panował jak zwykle bałagan. Ale ten aktualny to istny koszmar! Wszystko wszędzie tylko nie tam, gdzie powinno być. Co do licha w salonie robi gąbka i żel po prysznic? Kwiatki się tym myją?
-Nie zgadniecie!
Powiedziała siadając obok Alexisa.
-Wygrałaś w Totka!
Powiedział Nathan!
-Nie...
Zaprzeczyła.
-Wiem! Pojechałaś do Chin i spotkałaś mędrca, który powiedział Ci, że powinnaś zjeść kilogram bananów, ty to zrobiłaś i zamieniłaś się w małpę i szukasz jakiegoś wysokiego drzewa, bo żadne ZOO nie chce Cię przyjąć!
-Alex! Mówił Ci już ktoś, że jesteś głupi? I sam jesteś małpą! A nie! Ty jesteś baranem!
Krzyknęła za niego ze śmiechem.
-Boję się waszych dalszych pomysłów, więc wam powiem.
Zaczęła.
-Mój dziadek ma dziewczynę!
Powiedziała ucieszona. Sama nie widziała dlaczego, ale ucieszyła się, że Ricardo ma kogoś.
-Jak to ma dziewczynę?
Pytał Nathan.
-No normalnie. Manuela się nazywa. Jest u nas w mieszkaniu.
-Ha! Ha! Natt, ty nie masz nikogo, a Ric tak! Spójrz na siebie!
Śmiał się Alexis.
-Debilu przypomnę Ci, że ty też jesteś sam!
-Nie jestem sam kretynie! Tylko ty nei jesteś godny jej poznać.
Odpowiedział.
-Jej? Chyba GO! HAHA! Geju ty!
Śmiał się. W tym momencie Alexis rzucił się na brata i zaczęła się braterska miłość. Raz Alex na Nathanie, później Nathan na Alexisie. Ależ oni się kochają...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















