poniedziałek, 13 maja 2013

4. Nie jesteśmy tacy męczący...

-Tak więc pani Nevárez, zdjęcia wywarły na nas pozytywne wrażenie i byłem już w pani sprawie u odpowiednich ludzi. Ma pani możliwość zrobienia zdjęć dwunastce Barcy. Czy przyjmuje pani tą propozycję?
-Czy przyjmuję? Ależ oczywiście!
-Dobrze. Tylko, że jest kilka warunków. Po pierwsze. Nie widzi pani w nich piłkarzy wielkiej Barcelony, tylko modeli. Po drugie nie może pani z nimi rozmawiać na prywatne tematy związane z rodziną czy meczami, tylko zdjęcia. Po trzecie kategorycznie zabronione jest proszenie o autografy, po czwarte zakaz dotykania piłkarzy. Po piąte, najlepiej jeśli pani w ogóle by z nimi nie rozmawiała.
-Dobrze, ale co do piątego mam zastrzeżenia. Skoro nie mogę z nimi rozmawiać, to jak mam się porozumieć?
-Takie profesjonalne zwroty mogą być.
-A jakie według pana są profesjonalne?
-No na przykład. Panie Alves, noga nieco wyżej.
Wybuchła głośnym śmiechem. ~On jest żałosny~
-Dobrze, dostosuję się. A oni też mają być w tych przebraniach?
-Tak. Zdjęcia zrobi pani dziś. Dwunastka jest już wybrana, więc nie będzie problemu. Po prostu pani przyjdzie, przedstawi się, zrobi co do pani należy, odbierze pieniądze i koniec. Rozumie pani?
-Oczywiście. To gdzie oni są?
-Na Camp Nou. Wie pani jak tam dojść?
-Tak. Trafię.
-Pokaże pani tę kartkę i wejdzie.
Jak powiedział tak też zrobiła. Po kilkunastu minutach była już w środku Camp Nou. Pierwszy raz nie na trybunach. Zbliżała się do murawy. Słychać było już gwizdek i rozmowy piłkarzy.
Gdy stanęła oko w oko z całą okazałością Camp Nou, zabrakło jej tchu w piersi.
Nie zdążyła się dobrze rozejrzeć, a ochroniarze już do niej podbiegli. Ale po pokazaniu kartki od swojego pracodawcy, dali jej spokój.
Powoli, bez pośpiechu rozłożyła swój sprzęt. Robiła to sama, ale było tego tak dużo, że wszyscy się jej przyglądali.
-Pomóc?
Usłyszała miły głos za swoimi plecami.
-Nie dziękuję.
Powiedziała nie odwracając głowy w stronę osoby za nią stojącej. ~Czy ochrona nie jest od pilnowania? A ten bierze się za aparat?~ Ku jej zdziwieniu to nie był ochroniarz.
-Na pewno? Może się do czegoś przydam?
-Wie pan...
Powiedziała odwracając głowę. Zamurowało ją. Jej oczom ukazał się Cesc Fabregas! Zaraz na wyciągnięcie ręki! Był tak blisko, że czuła jego zapach, a dokładnie pot, tak to był pot. Bardzo wyczuwalny pot.
-Jaki pan. Jestem Cesc. To na pewno nie potrzebujesz pomocy?
Chciała rzucić mu się na szyję. Chciała choć na chwile móc go dotknąć, ale wiedziała, że nie może.
-Diana. Nie, już właściwie skończyłam.
-Jesteś paparazzi? Jak tu weszłaś?
-Nie. Choć, może trochę. Będę wam robiła zdjęcia do kalendarza. Właśnie, przepraszam, ale nie mogę z Tobą rozmawiać...
-A to dlaczego?
-Taką mam umowę...
-Już nie przesadzaj. Zwołać chłopaków do sesji? Czy sama to zrobisz?
-Możesz. Będę wdzięczna. I tu macie przebrania.
Czekała kilkanaście minut na swoich "modeli". Trochę to trwało, gdyż wiadomo, prysznic, make-up. Eh, te gwiazdy...
Powoli zaczęli się schodzić. Gdy byli już wszyscy razem zaczęła swoją przemowę.



 -Witam. Jestem Diana, będę wam dziś robiła zdjęcia. Dzięki, że tak szybko się przebraliście. Mam nadzieję, że tak samo płynnie uda nam się ukończyć sesję. Pomożecie mi?
Usłyszała chóralne :taaak:
-Cieszę się. Więc zaczynamy.
Valdes, Alves, Pique, Fabregas, to tylko nieliczni z jej modeli. Zdjęcia pojedyncze, grupowe, w ruchu. Wszystko gotowe. Po czterech godzinach morderczego klikania guzików aparatu przyszedł czas na tak zwany "fajrant"
-Uff, ciężko było.
Powiedziała do siebie po cichu chowając wszystko do futerałów.
-Już nie przesadzaj, nie jesteśmy tacy męczący.
Jej oczom ukazał się wychodzący z szatni Alexis.
-Kto jak kto, ale ty to chyba najbardziej.
-Bo się obrażę.
-Heh, Tobie zrobiłam najwięcej zdjęć! Albo coś Ci nie pasowało, tak. Zawsze coś Ci nie pasowało.
-To nie moja wina, że jestem wymagający i chcę byś w całej idealności pokazała światu moją piękność.
-Co jak co, ale skromnością to ty nie grzeszysz... Miło było Cię poznać. Raz jeszcze się żegnam.
-Może jeszcze kiedyś się spotkamy.
~Mam taką nadzieję...~

***

-Dziękuję za zdjęcia. Jutro, albo nawet dziś będzie odpowiedź.
-Odpowiedź na co? Chyba nie będzie już dalszych zleceń?
-Nie, zleceń nie, ale jeszcze nie wiemy ile pani zarobi. To wszystko najpierw trzeba podliczyć.
-Dobrze. Więc będę czekała na telefon...

***

-Dziadku! Nie uwierzysz! Poznałam chłopaków z Barcelony!
Powiedziała ucieszona gdy tylko weszła do domu. Ricardo jak zwykle czytał gazetę. Nie wiem co on w tym widział...
-Tak? Cieszę się. Wszystkich?
-Tak! Pique, Cesc, Alexis, Xavi... Dziadku, wiesz jaka ja jestem szczęśliwa?
-Cieszę się Twoim szczęściem.
-To o to Ci chodziło jak zacząłeś wczoraj mówić o sporcie?
-Nie do końca, chodzi mi o naszego sąsiada.
-Nathana?
-Nie, jego brata.
-Czemu każdy mówi :brat:? Ty, Nathanowi rzadko zdarzy się powiedzieć Alex...
-Alex? Po prostu Alex?
-A jak na mówić? Alexander? Alex lepiej...
-Alexander? Aa, tak. Tak ma na imię...
Umilkł. ~Ale mi się dziadek trafił...~
-Nathan był. Pytał o Ciebie...
-Dawno?
-Jakieś dwadzieścia minut przed Twoim przyjściem.
-To pójdę do niego.

***

-Chciałeś coś?
-Może tak cześć?
-Cześć. Chciałeś coś?
-Nie, znaczy tak.
-Co?!
-Wejdziesz?
Weszła. Siadając na kanapie usłyszała lecącą wodę w łazience.
-Twój brat tutaj jest?
Spytała z nadzieję w oczach.
-Tak. Chciałaś go poznać. Bierze prysznic, a to może trochę potrwać...
-Jeśli to nie problem to zaczekam.
-Pewnie. Napijesz się czegoś?
-Nie, dzięki. A to ten brat fan Alexisa, tak?
-Nie... to nie tak.
-Jak nie tak? Przecież widziałam te zdjęcia i jego sypialni... Jest gejem. Rozumiem. Nie mam nic przeciwko. Będzie mi mógł doradzać w kwestii ciuchów.
-Nienormalna jesteś.
-Bywa...
Minuty mijały, a tym dwojgu rozmawiało się coraz lepiej, temat zszedł na dzisiejszą sesję...
-Wiesz, że poznałam dziś piłkarzy Barcy? Wszystkich? Robiłam im zdjęcia...
-Wszystkich?
-Nom, Pique, Cesc, Alexis, Messi. Wszyscy tam byli. Choć nie mogłam z nimi rozmawiać, ani wziąć autografów. Ale tam, kiedyś to nadrobię. Jutro idę z dziadkiem na mecz.
-Fajnie. Może na jeden autograf nie będziesz musiała czekać do jutra...
-O co Ci chodzi?
Powiedziała, ale zamiast odpowiedzi usłyszała otwierające się drzwi. Jej oczom, w samym ręczniku, z jeszcze mokrą klatką piersiową i całkiem przemoczonymi włosami ukazał się :brat: Nathana.

-O mój Boże!
Krzyknęła i wydała z siebie cichy pisk.
~I się zaczęło...~ Pomyślał Nathan i schował głowę w obie ręce.
Tym bratem był nie kto inny, a Alexis Sanchez. Tak, ten Alexis, na którego punkcie miała fioła!
-No nie mogę!
-Ymm, Natt, mogłeś mnie uprzedzić, że będziemy mieli gościa.
-Za późno, radź sobie.
-Yyiiip!
Pisnęła.
-Ojć, przepraszam, ale wiesz... Yyiip!
Znów pisnęła.
-Tak wiem! O Jezu to Alexis! Ten uśmiech, ta klata, te oczy! Matko boska, czy dobrze wyglądam? Czy abym się nie rozmazała? Przecież to boski Alexis! Yyiip!
Tym razem on pisnął, a przed tym dziwnym, kobiecym głosem mówił te bzdury. Wiedział jak działa na kobiety, zdążył się już do tego przyzwyczaić, ale pierwszy raz zdarzyła mu się taka sytuacja w jego własnym domu, a do tego gdy był w samym ręczniku.
-Przepraszam. Wiem wygłupiłam się. Jeszcze raz przepraszam. Będę już się zbierać.
-To cześć..
Powiedział smutny Nathan nie podnosząc głowy.
-Ej, zaczekaj. Jak masz na imię? Skądś Cię kojarzę...
-Diana. Zapewne z dzisiejszej sesji, robiłam Ci przed południem zdjęcia. Pamiętasz?
Powiedziała podchodząc bliżej swojego idola.
-Aa, tak. Pamiętam. Tyko wtedy byłaś taka...
-Normalniejsza?
-Właśnie.
-Wiem. Ale to dlatego, że byłam w pracy. Musiałam...
-Wiesz, pierwszy raz zdarzyła mi się taka  sytuacja. Lubię kontakt z moimi fanami, ale ani ja, ani Nathan nigdy nie wpuszczamy obcych do domu.
-Ja nie jestem obca. Jestem waszą sąsiadką. Mieszkam z dziadkiem na przeciwko.
-To ty jesteś ta Nevárez? Nathan ciągle o Tobie mówił. Zakochał się chłopak.
-Alex! Nie ściemniaj już. Diana właśnie wychodziła. Nie zatrzymuj jej.
-Tak... wychodziła. Do zobaczenia...
Wyszła. Cały czas miała w głowie słowa Alexisa "Zakochał się chłopak..."~ No nie! Niemożliwe. Nie potrzebuję chłopaka...~
Wróciła do mieszkania i nic nie mówiąc dziadkowi położyła się na łóżku. Wszystko zaczęło układać się w całość. Nathan wiedział, że Diana ma świra na punkcie Alexisa, dlatego nic jej nie mówił. Nie chciał, by o tym wiedziała. Był smutny, gdy już o wszystkim się dowiedziała. Wiedział, że bez zastanowienia wybierze jego. No cóż, nie było się czemu dziwić. Wiedział, że nie może się z nim mierzyć. W ogóle dziwnie się zachowywał. Tak samo nic nie mówił jak byli we troje. Tylko z tym "Diana już wychodzi" wyleciał.
Jej dręczące myśli przerwał dzwonek telefonu.
-Tak? Słucham.
-Witam pani Diano. Tutaj Joan Culesso, pani zleceniodawca. Dzwonię w sprawie dzisiejszej i wczorajszej sesji. Podliczyliśmy wszystko i omówiliśmy Zdjęcia wywarły na nas bardzo pozytywne wrażenie. Jutro o jedenastej proszę przyjechać po wynagrodzenie.
-Dobrze. Dziękuję.
-Tylko, jeśli będzie pani później, to z wejściem będzie gorzej. Jutro po jedenastej jest trening. Tak więc proszę być do jedenastej trzydzieści.
-Dobrze, dziękuję.

***

-Jak wrócisz to pójdziesz ze mną na stadion. Pomożesz mi wszystko na mecz przygotować.
-Dobrze. Będę za godzinę.
Jakby miała de javu. Znów wychodząc z mieszkania napotkała się na Nathana. Ale dziś nie był tak skory do rozmów.
Właściwie kroczył obok niej korytarzem nie odzywając się ani słowem.
-Halo? Powiesz coś wreszcie?
Powiedziała, gdy wsiedli razem do autobusu.
-Cześć.
-Cześć? Kpisz sobie? Co Ci się stało? Ja coś zrobiłam? Powiedz mi, bo nic nie rozumiem...
-Nic. Wszystko w jak najlepszym porządku.
-Nathan!
Wrzasnęła, aż popatrzyli się na nią wszyscy ludzie w autobusie.
-Tak właśnie mam na imię.
Zrezygnowała. Usiadła gdzieś dalej od niego i przez całą drogę wpatrywała się w okno. Dojeżdżając na miejsce wiedziała, że on też wysiądzie. Ta myśl ją przerażała. Ale nie było tak źle. Wyszedł pierwszy i zniknął za białymi drzwiami.

***

-Dziękuję za pani pomoc. Chętnie ugościmy panią raz jeszcze.
Powiedział wręczając Dianie kopertę z pieniędzmi.
-Polecam się na przyszłość.
-Do widzenia.
-Żegnam.

***

Dochodziła szesnasta. Mecz coraz bliżej. Nevárez i Nevárez Junior zabrali już wszystkie potrzebne rzeczy i siedzieli w samochodzie. Obok nich stało auto Sancheza. Auto bardzo ładne, a co z tym idzie drogie. Ale często co drogie, to badziewne.

Alexis siedział w środku i robił wszystko by go odpalić.
-Cholerny badziew!
Wrzasnął uderzając rękami w kierownice.
-Może pomóc?
Powiedział Ricardo podchodząc do sąsiada.
-O, dzień dobry. Chyba już nic się nie zrobi. Jedzie pan może w stronę stadionu? Bardzo byłbym wdzięczny...
-Wskakuj.
Po chwili siedzieli już w samochodzie. Alexis z tyłu nie czuł się najlepiej. Nie przyzwyczaił się do tego miejsca.
-No, Alex, wychodzisz dziś w pierwszym składzie? Czy znów grzejesz ławę?
Zaczęła Diana.
-Będę gustownie i z gracją siedział na grzanej ławce, wraz z moimi kolegami z drużyny.
Powiedział niskim i wolnym tonem przyglądając się Dianie, którą widział w bocznym lusterku.
-Do prawdy? Choć, można było już się przyzwyczaić. Wiesz, tak często to się zdarza...
-Disia, nie męcz już pana Sancheza. Musi być zrelaksowany przed meczem. Daj mu spokój.
-Heh, pana Sancheza...
Powiedziała sobie pod nosem. Nie mogła uwierzyć, że siedzi w jednym samochodzie ze swoim idolem. I nadal nie wierzy w to, że rozmawia z nim jak z normalnym chłopakiem, a to przecież piłkarz Fc Barcelony.~Ciekawe czy mnie lubi? Pewnie spaliłam się w jego oczach wczoraj... Szkoda. Jeszcze Nathan jest na mnie zły..~
-A twój brat będzie dziś na meczu?
Spytała, by przerwać cisze, która trwała już dłuższą chwilę.
-Będzie, ale pewnie pojawi się przed dwudziestą.

***

-Diana, idź korytarzem prosto i wejdź do schowka. Będzie po prawej stronie i przynieś piłki, będą w takim niebieskim worku.
Korytarz nie był długi, ale bardzo szeroki. Mijało ją kilkunastu członków ekipy, wszyscy przyglądali się jej jakby miała brudną twarz. Po chwili błądzenia dotarła do schowka. To co tam zobaczyła, zamurowało ją.
-Emm...
Odparła widząc całującą się parę.
-Przepraszam, że przeszkadzam... Ja po piłki...
Szybkim ruchem chciała dostać worek, który był zaraz obok nóg prawie nagiej blondynki.
Chwyciła worek i w tym momencie spojrzał na nią mężczyzna. Nie mogła uwierzyć.
 -Pique?
Powiedziała do siebie pod nosem, zerkając raz na niego raz na jego partnerkę.
-Masz wszystko?
Odpowiedział do niej mężczyzna.
-Chyba... Raz jeszcze przepraszam, ale moglibyście się zamknąć. Tak na przyszłość.
Przymknęła drzwi i wyszła.
~Ja cie! To był Gerard i Shakira! Obściskiwali się w schowku na piłki! Ale zaraz! Jeżeli on i Alexis tu są, to inni też! Hurra! Może nareszcie ich poznam?~ Myślała dochodząc do dziadka.
-Dziękuję. Pomożesz temu panu rozkładać kartki na krzesełka?
-Oprawa?
-Tak. To ten brunet, już czeka na Ciebie. Jeśli czegoś nie będziesz wiedziała to on Ci powie.
Poszła w stronę miło wyglądającego chłopaka. Mniej więcej w jej wieku. Może trochę młodszy, ale za to wyższy. Fakt. Prawie każdy był od niej wyższy. Diana należała raczej do osób niskiego wzrostu, ale nie przejmowała się tym. Podobała się sobie taka jaka jest.
-Jestem Diana. To co? Idziemy rozkładać?
Spytała na powitanie biorąc kartki na oprawę.
-Daniel. Tak chodź.
Rozkładanie oprawy zajęło sporo czasu. Na szczęście nie byli jedyni. Oprawy na Camp Nou słynęły z tego, że były potężne. Nie takie na jedną trybunę. One były na wszystkie!

Po rozłożeniu mogli spokojnie usiąść i popatrzeć na ćwiczących piłkarzy.
-Jesteś wnuczką pana Ricardo?
-Tak... Ale nie rozumiem. Skąd go wszyscy znają? Każdy, gdy tylko mnie widzi, oo wnuczka Ricardo. Jakby nie wiadomo kim on był... Prawda. Nie znam go za dobrze. Ok, nie znam go prawie w ogóle wyjechał do Hiszpanii gdy miałam dwanaście lat. Później widywałam go raz na rok. Na wakacje. Ale gdy byłam tu ostatni raz nic nie słyszałam, żeby miał coś wspólnego z Barceloną. Wiem tyle, że kiedyś grał  tu w piłkę, ale nigdy nie chciał o tym mówić...
-Naprawdę nie wiesz czemu on jest taki szanowany? Przecież Ricardo w latach 1969-1973 był znakomitym piłkarzem! Ale wybrał kobietę od kariery, przynajmniej tak mówią. Ale wrócił po trzydziestu latach. Zasłużył się jako trener. Jest naprawdę ważną dla nas osobą. A ty masz naprawdę łatwo mając taką osobę w rodzinie. I dlatego też gdy ktoś słyszy nazwisko "Nevárez" widzi przed oczyma pana Ricardo. Naprawdę, zazdroszczę Ci tego. Jeśli tylko będziesz chciała, możesz obracać się wśród piłkarzy. Z tego co wiem, Ricardo odkrył naszego obecnego trenera, Tito. Są bliskimi przyjaciółmi. Villanova często bierze cenne rady od Ricardo.
-Naprawdę? Dziadek mi nic, a nic nie mówił! No nie wierzę... Chyba pójdę sobie z nim porozmawiać.
-Dziwne, że się tym nie chwalił... Zapewne znasz już kilku piłkarzy, prawda?
-Tylko jednego. Alexisa. Mieszkam z nim w jednej kamienicy. Jestem tu już prawie od tygodnia, a dopiero wczoraj się o tym dowiedziałam...
Rozmowę przerwał Ricardo, wołający swoją wnuczkę. Leniwie zeszła z trybun i stanęła obok dziadka.
-Co tak długo? To nie było Twoje jedyne zadanie... Mam dla ciebie niespodziankę. Chcesz zobaczyć stadion "od kuchni"?
-Pójdziemy do szatni?
Zaraz już tam byli. Duża granatowo czerwona z dużymi czerwonymi szafkami i siedzeniami. Nie byli sami. Do treningu "przebierali" się ostatni piłkarze.

-Cześć chłopaki! Jak humory przed meczem?
Spytał Ricardo klepiąc Victora Valdesa po plecach.
-Pan Nevárez! A bardzo dobrze. Tylko zwycięstwo!
Odpowiedział mu David Villa.
-Chciałbym wam przedstawić moją wnuczkę, Dianę.
-Cześć.
Powiedziała nieco speszona i zdenerwowana Diana.
-Hola.
Odpowiedzieli niemal równocześnie. Diana, aż cała gotowała się z radości, nie mogła uwierzyć, że jest w jednym pomieszczeniu, a to było nie byle jakie pomieszczenie tylko sztnia chłopaków z Barcy. Chciała po kolei wszystkich wyściskać i wziąć autografy, ale musiała się uspokoić. Przecież co by sobie pomyśleli jakby zachowała się tak? No idiotka!
-Chłopcy, musicie iść na trening. I pamiętajcie, dajcie z siebie wszystko na meczu.
-Tak jest panie Nevárez!
Wyszli z szatni, a za nimi zaraz Ricardo. Diana chciała skorzystać z okazji i rozejrzeć się po szatni...

***

-Słodziutka ta wnuczka Rica? Nieprawdaż?
Zaczął Marc Bartra w czasie robienia brzuszków.
-Ładna, ale młodziutka. Ile ona może mieć lat? 18?
-Mi wiek nie przeszkadza, zresztą mam nie dużo więcej, gorzej z Tobą David...
-Czy ty sugerujesz, że jestem stary? Po za tym, mam żonę i trójkę dzieci. Nie dla mnie takie małolaty.
-Nic nie sugeruję. Wydaje Ci się. Ricardo nigdy nie wspominał, że ma wnuczkę... Nawet nie wiedziałem, że ma dzieci.
-Ma i to chyba troje. A o tej całej Dianie, też nie słyszałem...
Ich rozmowę przerwał stojący nad nimi trener.
-Czy ja wam aby nie przeszkadzam?
Zaczął zdenerwowany.
-Do roboty, a nie paplacie jak baby spod sklepu!
Wrzasnął i poszedł dalej.
-Boże, a temu co?

***

-Diana!?
Usłysłyszała głos dziadka gdy dotykała koszulki jednego z piłkarzy. Jak się dowiedziała, musiała wyjść z szatni z powodu sprzątania.
Usiadła na ławce rezerwowych. Siedziała sama, czasem tylko przechodził jakiś mężczyzna ubrany na czarno.
Siedziała w ciszy przyglądając się spoconym i zmęczonym chłopakom. Ten nie dajmy się oszukiwać, nudny widok przerwał cichy płacz dochodzący z korytarza. Nie zastanawiając się wstała i poszła na dźwiękiem. Wychodząc za róg, ujrzała zapłakaną dziewczynkę siedząca w kącie. Dziecko wyraźnie przestraszone całą sytuacją siedziało i nic nie mówiło, nawet jak Diana powtarzała to samo pytanie po raz piąty.
-Jak masz na imię kochanie?
Spytała znów.
-Olaya...
Odpowiedziała przecierając łzy.
Diana uwielbiała małe dzieci. Bez problemu nawiązywała kontakt z nimi, a dzieci wprost ją uwielbiały.
-Chcesz cukierka?
Spytała, by przekonać do siebie małą dziewczynkę. Gdy wyciągnęła cukierka z kieszeni mała od razu wyciagneła po niego rączkę.
-Dobry?
Nie usłyszała odpowiedzi tylko zobaczyła śliczny uśmiech na twarzy dziewczynki.
-Olayo, czemu siedzisz tutaj sama?
-Bo, bo Zaida mnie źiośtawiła...
-Zaida? Twoja mama? A gdzie jest twój tata?
-Zaida to nie mama.
Zaśmiała się i usiadła Dianie na kolanach.
-Tata gja. Tam na tjawie.
-A gdzie jest Zaida?
-Nie wiem. Śchowała się. Ona, ona tak źawsie. Tata na nią kśici...
-To chodź, poszukamy jej.
~Ale słodziak!~ Pomyślała, gdy chwyciła za rękę Olayę. Kroczyły korytarzem, ale po Zaidzie nie było śladu.
-O!o! Tu jeśt...
Powiedziała biegnąc do siostry.
-Ty jesteś Zaida?
Powiedziała do siedmiolatki, gdy ta wzięła siostrę na ręce.
-Tak. Dziękuję za przyprowadzenie siostry. Nie widziałaś może naszego taty?
-Taty? A kto jest waszym tatą? Jak macie na nazwisko?
-Vijja!
Krzyknęła Olaya.
-David jest waszym tatą? On ćwiczy na boisku, mogę was zaprowadzić.
 -Nie trzeba. Dziękuję za siostrę.
-Ćeść.
Powiedziała Olaya machając do Diany.
Wróciła na ławkę rezerwowych. Dochodziła 19. Chłopcy wchodzili już do szatni, by się przebrać.
-David!
Krzyknęła gdy Villa przechodził obok niej.
-Tak?
-Nie żebym się wtrącała, ale dzieci też potrzebują uwagi. Same na tak wielkim stadionie mogą się zgubić...
-Matko Katalońska! Moje córki!
Wrzasnął i pobiegł w stronę korytarza.
-Gdzie on tak pognał?
Powiedział Alexis siadając obok Diany.
-Zapomniał o swoich córkach.
-Jemu to się często zdarza... Nie wiem po co on je tu bierze, skoro nie ma dla nich czasu.
-Prawda. Alexis, przepraszam za wczoraj. Mam nadzieję, że moje wczorajsze zachowanie nie przekreśliło mnie w Twoich oczach. Jakże ślicznych oczach...
Dorzuciła po czym zrobiła się cała czerwona. Jak buraczek.
Czerwone poliki wywołały u Alexisa szczery uśmiech, przeplatany z różnymi słowami, których w rzadny sposób nie mogła rozszyfrować...
-Z czego się śmiejesz? Powiedziałam coś nie tak?
-Oj, Diana, Diana... Jesteś urocza.
Powiedział i poszedł do szatni.

***

Mecz się zaczął siedziała razem z dziadkiem. Dobra, właściwie siedziała sama, bo dziadek cały czas gdzieś chodził. Ale to jej nie przeszkadzało. Siedziała na trybunie "Vipów".  Świetny widok na murawe, kilka rzędów niżej widać głowy kilku piłkarzy z Barcy, ale nie wypadało jej tam podejść. Siedziała i ogladała biegających milionerów. Przerwał to siadajacy na miejscu Ricardo Nathan.
-Nie przeszkadzam?
Zaczął.
-O, Nathan! No nie wierzę, jednak umiesz mówić?
-Przestań... Chciałem Cię przeprosić. I zacząć od nowa.
Diana nie należała do osób, które potrafią się długo gniewać, a w dodatku na osoby, które są dla niej ważne.
Mecz skończył się wynikiem 4-1, oczywiście, dla miejscowych. Siedziała na swoim miejscu, aż wszyscy się rozejdą. Po około trzydziestu minutach zeszła na murawę. Długo nie była sama. Poczuła małe ręce na swoich nogach.
-O, Olaya!
Powiedziała i wzięła dziewczynkę na ręce.
-Znowu się zgubiłaś?
-Niooo...
-Nie martw się. Tata zaraz przyjdzie.
Nie pomyliła się. Po chwili podszedł do niej strzelec jednej z bramek.
-Znowu ją znalazłaś. Dziękuję Ci. I za to i za to poprzednio.
-Nie ma sprawy. Olaya to świetna dziewczynka. I taka słodziutka.
Powiedziała patrząc na dziecko.
-Mogłabyś zająć się nią przez chwilę? Ja pójdę się spakować...
-I poszukaj drugiej córki.
-A nie ma jej tu?!
Powiedział przestraszony.
-Nie, nie widziałam jej.
Nie usłyszała odpowiedzi, tylko ujrzała proszący wzrok Davida.
-Dobrze, poszukam jej.
-Życie mi ratujesz dziewczyno.
David zniknął za drzwiami, a Diana została sama.
-Olaya, nie wiesz gdzie jest Twoja siostra?
-Śpi.
-Co robi?
- No śpi.
-Gdzie?
-W takim pokoju.
~Świetnie~ Pomyślała szukając Zaidy. Szukała jej dłuższą chwilę. Aż wreszcie weszła do schowka na miotły i szczotki. Ujrzała leżącą na podłodze Zaidę. Wyglądała tak słodko jak spała.

***

W tym samym czasie w szatni piłkarze przebierali się po meczu.
-David, gdzie ty masz swoje dzieci?
-Heh, znów o nich zapomniałeś?
-Ale ty Victor jesteś zabawny. Nie zapomniałem. Załatwiłem sobie krótką opiekę do dzieci.
-Tak? To coś jest słaba, bo kilka minut po meczu widziałem Olayę samą na korytarzu.
-Zaufaj mi. Jest bezpieczna.
-Na co ty je bierzesz na mecz? Nie mogą zostać z Patricią w domu?
-Patti nie ma w mieście...
-Ou, nie wnikamy.
-Dobra, idę po moje dzieci. Do piątku.
Powiedział i wyszedł z szatni. Otwierając drzwi ujrzał swoją młodszą córkę i Dianę.
-Dobrze, że Cię widzę. Mam problem z Zaidą...
Razem poszli do schowka. Diana całą drogę nie mówiła co się stało. David niemal oszalał. Ale gdy ujrzał śpiącą na podłodze Zaidę prawie nie wybuchł śmiechem.
We czworo poszli do samochodu Davida.
Położyli dzieci w fotelikach. Obie zasnęły od razu.
-Dziękuję za dziś.
Zaczął David,
-Jak Ci się mogę odwdzięczyć?
-Emm... Poproszę koszulkę meczową z autografem!
Zaśmiała się. Nie liczyła, że zrobi to co powiedziała. Nie minęła chwila, a wyciągnął koszulkę z torby i podpisał ją.
-Yiipp!

Pisnęła gdy ten wręczył jej koszulkę.
 -Mam nadzieję, że jak będę miał jeszcze kiedyś problem z dziećmi, to mogę liczyć na Twoja pomoc?
-Za takie wynagrodzenie? Oczywiście.
David odjechał. ~Ta dziewczyna naprawdę uratowała mi życie. Jakby Patricia znów dowiedziała się, że zgubiłem dzieci to było by ze mną źle...~ Myślał kierując się do domu.

***

Czy jest coś lepszego od leżenia na kanapie z miską pełną popcornu i oglądaniem swojego ulubionego filmu? A do tego myśl przechodząca przez umysł, że Barcelona znów wygrała? No chyba wątpię. Nikt Ci nie narzeka, że w nocy nie powinno się jeść, że trzeba kłaść się spać, bo rano trzeba wstać. Po prostu idealne życie. Ricardo już dawno spał, nie ma co się dziwić. Nie jest już młody, a przecież zrobił dziś swoje. Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie odgłosy dochodzące z mieszkania obok. Prawda, chodź dochodziła już pierwsza w nocy, to w mieszkaniu numer 10 nie zapowiadało się na koniec imprezy.
Piłkarze wygranej dziś drużyny postanowili uczcić zwycięstwo symbolicznym kieliszkiem. Szkoda tylko, że na jednym się nie skończyło.
Alexis to bardzo towarzyski chłopak, ale tylko gdy kogoś dobrze pozna. A chłopaków z Barcy traktował jak braci, no może poza jednym... Mieszkał tylko z bratem, wiec jego mieszkanie często było odwiedzane przez sportowców. Tak też było i tym razem.
-Jordi, pójdź no do łazienki, chyba Cristian tam zasnął...
-Sam sobie idź, to Twoje mieszkanie. Mnie ono przeraża.
Odpowiedział Alba leżąc na kanapie.
-Będziesz coś chciał!
Strzelił fochem(przynajmniej to udaje mu się strzelić) i chwiejnym krokiem poszedł do łazienki. To co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Otwierając drzwi ujrzał leżącego w wannie Pedro. Leżał w niej niczym Shakira.

Tylko, że nie była do pusta wanna. Była napełniona wodą, a gdzieś między jego nogami pływały kawałki pomarańczy. Gdyby tego było mało na nim leżał Tello z całą buzią brudną od czekolady. Oh, cóż za widok. Alexis, choć nie był do końca trzeźwy, to jego instynkt fotografa, do pstrykania "śłitt foć" miał się idealnie. Szybko wyciągnął telefon i zrobił kilkanaście zdjęć.
Wracając do Jordiego potknął się o leżące na podłodze pudełko ze zdjęciami i przewrócił się na dywan.
-Alex, ty cioto!
Wrzasnął Jordi, który dziwnym trafem przebudził się.
-Ci.. Ty nic nie widziałeś. To tylko omamy, jesteś pijany, wydawało Ci się.
-Głuuupek!
Krzyknął tak, że było go słychać w całej kamienicy. Nie minęły trzy minuty, gdy obaj usłyszeli stukanie do drzwi. Jordi, jakby zapomniał, że nie jest u siebie w domu i jak gdyby nigdy nic poszedł otworzyć drzwi. Jego oczom ukazała się niewysoka brunetka ubrana w krótka zieloną koszuleczkę na ramiączkach i czarne spodenki. Nigdy wcześniej jej nie widział.
-Cześć. Jest Alexis?
Spytała Diana.
-No cześć śliczna, nie ma ale jestem ja! W zupełności Ci wystarczę, o to się nie martw.
Powiedział dość niewyraźnym tonem głosu opierając się jedną ręką o futrynę, a drugą kładąc na biodrze Diany. Cóż alkohol robi z ludźmi? Gdyby był w pełni świadomy swoich poczynań, nigdy, nigdy nie posunąłby się do takiego kroku. Jordi, był nieśmiałym chłopakiem. Szczególnie, jeśli chodzi o płeć przeciwną. W tych sprawach był raczej zacofany, choć na brak dziewczyn w swoim życiu nie mógł narzekać. No cóż, życie piłkarza ma swoje wady i zalety. Mnóstwo fanek i sztucznych przyjaciół na dłuższą metę nie są zaletą bycia gwiazdą.
-Czyś ty oszalał?! Bierz te łapy zanim naprawdę będzie z Tobą źle!
Krzyknęła na niego ściągając jego dłoń ze swojego ciała. Kiedyś marzyłaby, żeby którykolwiek gracz Barcelony się nią zainteresował. Teraz jest całkiem inaczej. Wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła. Nie czekając na jego reakcje, przeszła pod jego ręką zawieszoną na futrynie i stanęła na przeciwko leżącego i ledwo przytomnego Sancheza.
-Alex!
Powiedziała szturchając go w ramię. Bez skutku. Podeszła do telewizora, z którego grała głośna muzyka i wyłączyła go.
-Alexis już odleciał... Zresztą ja też...
Mówił kładąc się na podłodze, obok telewizora. Wziął sobie tylko parę ciuchów Alexisa pod głowę. Już niczego mu nie brakowało do szczęścia. Zasnęli oboje.
-No pięknie!
Powiedziała sama do siebie, przykrywając obydwóch kocem leżącym gdzieś w kuchni.
-A gdzie Nathan?
Powiedziała wchodząc do pokoju i jego i Alexa. Nie było go. Nie wiadomo po co zajrzała do łazienki. Może miała nadzieję na zobaczenie go pod prysznicem? Ale to co zobaczyła sprawiło, że niemal nie wybuchnęła dzikim śmiechem. Pedro i Tello ułożeni w tych samych pozycjach sprawili, że zrobiła się cała czerwona i miała ochotę krzyczeć jak głupia. Ale wiedziała, że jak będzie głośno to się obudzą. Zrobiła sobie tylko kilka zdjęć ze swoimi ulubieńcami, by pochwalić się Laurze i Filipowi.
Po cichu wyszła z mieszkania. Po tym co zobaczyła, dużo lepiej było jej zasnąć... Uwielbiała swoje życie.

niedziela, 12 maja 2013

3. Czy ty bawisz się w swatkę?


PIIP PIIP PIIP !!!
Cóż za straszny dźwięk, nie ma nic gorszego. Zawsze po usłyszeniu choć jednego dźwięku miała przed oczami jedną rzecz. Szkołę. O tak... Kilkanaście lat zmarnowanych w jednym budynku, z którego nie wyniosła praktycznie nic przydatnego, no może oprócz idealnego podrabiania podpisu swoich rodziców. Robiła to perfekcyjnie.
~A tak dobrze mi się spało~.
Zegarek wskazywał 8:30. Nie łatwo było jej podnieść się z wygodnego łóżka. Było jej tak dobrze. Musiała wstać.
Poranna toaleta, ubiór, fryzura. Wszystko było robione o niebo lepiej niż w normalny dzień, ponieważ dziś zaczyna pracę.
Gotowa do pracy wyszła z pokoju. Dziadek jak zwykle czytał gazetę.
-Śniadanie na stole. Smacznego.
Zjadła ze smakiem było naprawdę dobre.
-Gotowa do pracy?
Spytał Ricardo odkładając gazetę.
-Tak. Wezmę tylko jeszcze sprzęt.
Torba z aparatem i wszystkim niezbędnym była już w samochodzie dziadka. Siadając zdała sobie sprawę, że dziadek ją okłamał.
-Mówiłeś, że nie masz samochodu... Kłamałeś? Po co?
Spytała zapinając pasy.
-Nie gniewaj się. Chciałem, żebyś poznała Natta. To naprawdę dobry chłopak. Pamiętaj o tym.
-Czy ty bawisz się w swatkę?
-Ja?! No skąd! Wydaje Ci się.
Po kilkunastu minutach byli już na miejscu. Boczny stadion oddalony o kilkaset metrów od Camp Nou miał być jej miejscem pracy.
Dochodziła jedenasta.
-Chodź. Przedstawię Cię wszystkim.
Najpierw trener Barcy B, później zarządca klubu, wszystkich poznała. Na koniec nadszedł czas na jej głównego pracodawcę.
-O, panna Nevárez! Miło panią w końcu spotkać.
-Dziękuję, mi również.
Po ustaleniu ogólnych spraw, mogła wreszcie zapoznać się z miejscem, które będzie służyło jej za "tło".
Jej pracodawca powiedział, że zdjęcia będą robione do kalendarza dla chorych dzieci. Jej pierwszym zadaniem jest namówienie swoich modeli do włożenia kostiumów różnych zwierząt. Jeśli wszystko pójdzie dobrze to samo zrobi z dużo bardziej znanymi piłkarzami.
Sprzęt był już rozstawiony. Wszystko było przygotowane. Tylko modeli brak. Siedziała sama na murawie przyglądając się niebu. Było przejrzyście błękitne. Choć nie byłą fanką tego koloru, bardzo jej się podobało.
Chwilę zadumy przerwali powoli zbierający się mężczyźni. Widząc ich wstała z trawy i poprawiła swój wygląd zewnętrzny.
-Witam. Jestem Diana.
Powiedziała, gdy zebrała się już spora grupka mężczyzn.
-Cześć!
Odpowiedzieli jakby się umówili.
-Pewnie ktoś wam już wspomniał, że dziś będę robiła wam zdjęcia. Cieszę się, że będę mogła z wami pracować i mam nadzieję, że ułatwicie mi ją.
-Ja się będę starał. Dla takiej ładnej pani fotograf wszystko.
Rzucił jako pierwszy Deulafeu.
-Miło mi. Jeśli mogłabym was o coś prosić, nie gniewajcie się jeśli nie będę do was mówiła po imieniu, mam problem z zapamiętywaniem imion. A w dodatku jest was tak dużo...
Grupka licząca ponad  20 osób, każdy inny, oryginalny. Naprawdę będzie trudno...
-Nie ma sprawy.
Dodał Roberto.
-Ja jestem Segri.
Po kilku minutach ogólnego zapoznania przyszła pora na prawdziwą pracę.
-Dobrze. Jak wiecie będą to zdjęcia do kalendarza. Jest tylko jeden problem. Mam 12 kostiumów...
-Jakich kostiumów?
-Tych.
Wskazała na leżące na trawie przebrania.
-Potrzebuję 12 chętnych.
Nie trzeba było więcej powtarzać. Szybko znalazł się tuzin chłopaków. Gdy oni poszli się przebrać, reszta prowadziła zwykły trening.
Myślała, że wybuchnie śmiechem gdy ujrzała wyjawiających się chłopaków. ~Spokojnie, uspokój się~.
-I jak?
-Dobrze. Ustawcie się na razie razem.
Kilka zdjęć było już zrobionych. Po zwykłych, przyszedł czas na zdjęcia w ruchu. Chłopcy trenowali, Diana robiła zdjęcia. Było to naprawdę fajne uczucie. Zdała sobie sprawę, że kocha aparat i chcę się tym zajmować profesjonalnie.


***

-I co, panie dyrektorze? Diana ma szanse na lepszą ofertę pracy?
Spytał Ricardo, który bardzo przejmował się przyszłością wnuczki.
-Nie widziałem jeszcze zdjęć, ale widzę jak radzi sobie z ludźmi, a co  najważniejsze jak czuje się z aparatem w ręku. Jeśli zdjęcia będą dobre, polecę ją odpowiednim osobom. Jestem dobrej myśli.
-Mam nadzieję. W takim razie dziękuję.
Gdy udawał się do wyjścia usłyszał znów głos dyrektora.
-Przepraszam Ricardo, nie wiesz gdzie podziewa się Nathan? Jest już spóźniony od dwóch godzin, a nawet nie zadzwonił. Już nie raz przymykałem oko na jego wybryki, ale teraz to już za dużo. Wiem, że mieszkacie w jednej kamienicy, więc chciałbym Cię poprosić abyś przemówił mu do rozsądku.
-Dobrze. Spróbuję i dziękuję za informację.

***

-Dobrze, dobrze Cristian! Uff. Skończyliśmy na dziś. Byliście świetni. Naprawdę.
-Oh, dziękujemy, ale to dlatego, że mamy taką ładną panią fotograf.
-Nie słodź, nie słodź.
Sesja zakończona. Na końcu chłopacy zapragnęli zdjęć z Dianą. Nie protestowała. Ochoczo oddała się fleszowi aparatu. Próbowała nawet robić różne tricki z piłką. Może nie szło jej idealnie, ale jakoś sobie radziła.
Po kilkunastu minutach wspólnych zabaw, udała się do swojego pracodawcy.
-Zdjęcia zrobione. Mam nadzieję, że będą się podobały...
-Też mam taką nadzieję. Przyjdź jutro, a dam Ci odpowiedź. Na dziś to wszystko. Dziękuję.
-Więc do zobaczenia.
Powiedziała i wyszła z gabinetu. Przez dobre dwadzieścia minut szukała dziadka. Na próżno. Krzątała się po stadionie, nikogo nie mijając. ~Pięknie! Chyba się zgubiłam...~ Krążyła korytarzami szukając kogokolwiek.
-Diana? Co ty jeszcze tu robisz?
Usłyszała głos Cristiana, który właśnie szedł przebrać się po treningu.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że Cię spotkałam. Błąkam się po tym stadionie od kilkudziesięciu minut i nie mogę nikogo znaleźć.
-Ale sierota z Ciebie.
Wybuchł drwiącym śmiechem i podszedł bliżej pani fotograf.
-Pomogę Cię ocalić.
-Dziękuję, ale nie potrzebuję twojej łaski. Powiedz mi, którędy do wyjścia i już sobie poradzę.
Powiedziała nie miłym tonem i unosząc przy tym brwi ku górze.
-Ależ jesteś nie miła... Jak chcesz. Idziesz tym korytarzem do końca, później w prawo i lewo. I już.
-Dzięki.
-A do domu trafisz?
Zdała sobie sprawę, że sama nigdy nie wróci do domu.
-Nie martw się. Dam sobie radę.
Posłała mu sztuczny uśmiech.
-Co ty jesteś taka nie miła? Stało się coś? Złe zdjęcia?
-Ja? Wydaje Ci się. Nie znasz mnie, żeby wiedzieć jaka jestem. Po prostu mam taki kaprys.
Jej odpowiedź w ogóle nie miała sensu. I ona i Cristian to zauważyli. Nie chciało jej się z nim dłużej rozmawiać. Odeszła. Tak po prostu. Bez pożegnania. Po prostu odeszła. To jej się zdarzało bardzo często. Słynęła z tego. ~Co za dziewczyna...~ pomyślał Cris.
~Ale ja jestem głupia! Takim zachowaniem tylko odstraszam od siebie ludzi...~ Myślała wsiadając do autobusu. ~Mam nadzieję, że jakoś trafie~
~Gdzie ta dziewczyna jest? Nie wpadła na to, że będę na nią czekał przy samochodzie?~ Myślał Ricardo.
Wrócił do domu. Otwierając drzwi, przypomniał sobie, że ma porozmawiać z Nathanem.
-O, dzień dobry panie Nevárez. Pomóc w czymś?
-Dla kogo dobry, dla tego dobry. Dla Ciebie raczej nie...
-Stało się coś? Może pan wejdzie? Alex wrócił, pewnie chciałby się przywitać...
-Nie, nie będę robił wam kłopotu. Dlaczego nie byłeś dziś na treningu?
-Nie mogłem... Byłem po Alexa na lotnisku, a wie pan jak to jest z nim. Jak się rozgada to nie ma przebacz. Ale chyba nic złego się nie stało?
-Właśnie. Trener kazał mi przekazać, że to była Twoja ostatnia nieobecność na treningu. Jeszcze raz i wylatujesz. Lepiej to sobie zapamiętaj...
-Chyba naprawdę się wkurzył...
-Dzwoń następnym razem. Pozdrów brata.
-Dobrze. To już więcej się nie powtórzy...
Rozeszli się.

***

-Uff, trafiłam.
Powiedziała sama do siebie widząc znajomą kamienice.
-Dziadku, wróciłam!
-O, dobrze. Już się martwiłem. Cieszę się, że dałaś sobie radę.
Dochodziła siedemnasta. Poniedziałek powoli dobiega końca. Na szczęście. To najgorszy dzień w tygodniu.
-Halo? Filip? Cieszę się, że Cię słyszę? Co tam w domu? Jak przesłuchanie?
Powiedziała odbierając telefon.
-To dobrze, że wszystko w porządku. Tak? Główną rolę! No pewnie, że się cieszę! Wiedziałam, że Ci się uda.
-...
-Fajnie. Naprawdę. A co u Laury? Jak jej sprawa?
-...
-Uuu... Cóż, nie zawsze się udaję. Mam nadzieję, że ona się tym nie zamartwia...?
-...
-A gdzie jest teraz?
-...
-Cała Laura! A ty czemu nie poszedłeś z nią?
-...
-Oo, a jak ma na imię? Znam go?
-...
-Kacper? Kacper Kubisz? No nie gadaj! Przecież oni nigdy ze sobą nie rozmawiali...
-...
-No fakt. Pozdrów ją ode mnie.
-...
-U mnie w porządku. Mam prace, jako fotograf. Jutro się dowiem czy się nadaję! Nie zgadniesz komu robię zdjęcia!
-...
-Dziś robiłam chłopakom z Barcy B, a jak zdjęcia się spodobają to będę je robiła wszystkim z Barcy! Wierzysz w to?
-...
-Ja też! Prześle Ci zdjęcia!
-...
-Dobra, muszę kończyć. Dziadek czegoś ode mnie chce...
-...
-Odezwę się jutro i powiem co z tą pracą.
-...
-Oby. Kocham Cię. Do jutra.
-...
~Nie możliwe! Laura się zakochała ! Heh, ciekawe ile wytrzyma. Daje im miesiąc, najdłużej~ Sabkowska nie należała do osób, które długo zostają przy jednej osobie. Raczej nie pragnęła wiązać się na zawsze, aż miłość ich nie rozłączy. Wolała niezobowiązującą zabawę, bez ograniczeń. Cóż, może jej nowa sytuacja życiowa ją zmieniła. Nowa praca, wyjazd przyjaciółki, może dorosła?
-Tak, co chciałeś?
Spytała siadając obok dziadka.
-Interesujesz się sportem?
Zaczął ni stąd ni zowąd.
-Tak, a czemu pytasz?
-Lubisz piłkę nożną? Mam nadzieję, że nie jesteś typem dziewczyny, która tylko maluje paznokcie i siedzi godzinami w łazience z dylematem "Mmm, czerwona, czy beżowa szminka pasuje mi do tych butów...". Choć oczywiście kocham Cię i zaakceptuję jeśli taka jesteś... Choć znam Cię dość dobrze i wydaje mi się, że należysz do powyższej grupy...
-To prawda, znasz mnie już na tyle, by wiedzieć, że jestem normalną dziewczyną. Oczywiście, wygląd jest dla mnie ważny, ale nie najważniejszy. A co do piłki nożnej, to lubię. Zresztą moja aktualna praca się z tym wiąże, a nie robiłabym czegoś, czego nie lubię. Ale nie rozumiem, do czego ta rozmowa zmierza...
-Cieszę się. A jakim klubom kibicujesz?
-W Polsce jest taki klub, Śląsk Wrocław. Gdy jeszcze mieszkałam we Wrocławiu, co mecz obowiązkowo stawiałam się z Filipem na stadionie. Ale, dzięki Tobie całym moim sercem jestem przy Barcelonie. Ale, do czego jest Ci to potrzebne?
-Uu, to będziesz w niebo wzięta jak się czegoś dowiesz...
Zaśmiał się i poprawił okulary, które zawsze gościły na jego nosie, gdy czytał gazetę.
-Czego się dowiem? Powiedz mi!
Diana nie mogła długo zostać w niewiedzy. Tak naprawdę gdy tylko dowiedziała się o czymś, musiała znać całą prawdę.
-Nie powiem. Bądź cierpliwa...
-Dziadku...
Powiedziała błagalnym głosem i zrobiła smutną minkę.
-Idź do Nathana, a się dowiesz.
-Co? A co ma Nathan z tym wspólnego? Wiem, że gra w piłkę, ale nie jest żadnym świetnym graczem...
-Nie chodzi dokładnie o niego... Dobra i tak wiem, że nie wytrzymasz i pójdziesz do niego.
Miał rację. Najchętniej by od razu do niego pobiegła.
-A tak poza tym, to mam bilety na mecz. Chcesz iść?
-Ten pojutrze? W środę?
-Tak.
-Jeszcze się pytasz? No pewnie!
-Ok. Chyba nie będzie Ci przeszkadzało towarzystwo starego dziadka?
-Nie, no skąd. Uwielbiam z Tobą spędzać czas. Jesteś najlepszy dziadku.
Powiedziała i rzuciła się dziadkowi na szyję.
-No, wystarczy już tych czułości. Idź do Nathana, bo wiem jak bardzo tego chcesz.
Nie musiał czekać na odpowiedź. Nie minęło pięć sekund, a już stała pod drzwiami numer dziesięć.
-Cześć Nathan. Nie przeszkadzam?
Powiedziała od razu gdy ujrzała sąsiada.
-Nie, pewnie. Wchodź. Tylko, nie będę mógł Ci poświęcić zbyt wiele czasu...
-Oj, to nie chcę się narzucać. Mogę iść jeśli przeszkadzam...
-Nie, mamy z pół godziny.
-Dobrze. Widzę, że Twój brat wrócił...
Powiedziała siadając na kanapie. Walizki były porozrzucane po całym salonie. Może nie same walizki, a ciuchy.
-Tak. Alexi.. em Alex wrócił z Grecji i widzisz co zrobił.
-A gdzie jest teraz?
-Poszedł gdzieś. Nawet nie wiem. On nie usiedzi w domu. Wyciągnął tylko jakieś ciuchy i zniknął. Cały Alex.
-Chciałabym go poznać... Ciekawe czy jest tak samo fajny jak Ty.
~Nawet nie wiesz, jak bardzo nie chcę, żebyś go poznała...~
-No cóż. To ja nie będę Ci się już narzucać. Będę już szła. Do zobaczenia.
~Dlaczego on jest moim bratem? Nie mogę mieć normalnego brata? Musiał mi się on trafić? Przecież wiadomo, że wybierze jego! Nie mam co z nim konkurować. Zawsze był i będzie tym lepszym~
-I co? Poznałaś Alexa?
Spytał dziadek, gdy tylko ujrzał wnuczkę.
-Nie. Nathan był sam. Ale gdzieś się śpieszył...
-Więc uzbrój się w cierpliwość. Jutro będzie znaczący dla Ciebie dzień...


__________*__________

Hiszpanio! Mamy Mistrza!

Na cztery kolejki przed końcem sezonu Barcelona może cieszyć się z Mistrzostwa. Dwudziestego drugiego Mistrzostwa.
Naszą przedwczesną radość zagwarantował nam nasz "przyjaciel" Real. Dzięki jego remisowi wszyscy Cules na całym świecie mogą świętować Mistrzowski tytuł!


































Dzisiejszy mecz z Atletico Madryt to tylko formalność, ale to formalność, z którą mogą być problemy. No, ale od czego jest Lionel Messi? ;)

Vamos Barca! <3

sobota, 11 maja 2013

2. Może jednak nie będzie tak źle?

Obudziła ją myśl- czy ja sobie tu poradzę? Czy się dostosuję?-
Bała się. Cholernie się bała. Dopiero teraz do niej dotarło w co tak naprawdę się pakuje. Nie wiedziała jak to będzie. Nowy kraj, dom, otoczenie, znajomi. Właśnie znajomi. Z tym był największy problem. Choć nawiązywanie kontaktów szło jej nad wyraz łatwo, bała się odrzucenia. Można było rzec, że przelot między Polską, a Hiszpanią zmienił ją diametralnie. Od zawsze wolna i niezależna, teraz zaczęła przejmować się opinią innych. Czuła się inna, choć była taka sama. Bała się, że się nie dostosuje. Bała się, że będzie tak jak w gimnazjum. Oh, co to były za czasy. Za wszelką cenę chce o nich zapomnieć.
Siadając na łóżku wyjrzała przez okno. Ujrzała park, a w oddali pnące się ku niebu domy. Do pogody nie można było się przyczepić.
 Niedzielne promienie słońca delikatnie pieściły jej twarz. Ten przyjemny i jakże wyczekany masaż przerwał Ricardo.
-No, Disiu nie ma spania. Dzień się zaczął trzeba wstawać.
Rzucił patrząc na swoją jeszcze zaspaną wnuczkę.
-Wychodzisz już?
-Już? Już to ja się spóźniłem. Muszę iść to zarządu klubu, tak więc nie wiem, o której wrócę. Musisz sobie sama jakoś zagospodarować czas.
-Bez obaw. Poradzę sobie.
Posłała do dziadka sztuczny uśmiech i odwróciła się w stronę brudnej szyby. Znów pomyślała o rodzicach. Tak bardzo za nimi tęskni. Za ich śmierć obwinia tylko i wyłącznie siebie. Nalegała by przyjechali obejrzeć mieszkanie. Czuje się winna...
-Będę na obiedzie.
Powiedział i wyszedł z domu. Nic więcej nie potrzebowała. Rozpłakała się. Nie wytrzymała nadmiaru emocji.
Strata rodziców, rozstanie z przyjaciółmi, nowe życie. To wszystko ją przerosło. Wtulając się w poduszkę, zdała sobie sprawę, że pierwszy raz prawdziwie płacze, po stracie rodziców. Była twarda. Nie musiała się powstrzymywać od łez, po prostu nie mogła. To wszystko wydawało się kumulować jej małym ciele i czekać na odpowiedni moment, by wybuchnąć. Cierpiała...
Przecierając łzy wstała z łóżka. Podchodząc do lusterka zaczęła szczypać się w ręce. To była jej kara za płacz. Sądziła, że płaczą tylko słabi. Stojąc przed lustrem patrzyła prosto w swoje zaszklone oczy.
-I co ty sobie myślisz?
Krzyknęła wściekła i uderzyła pięścią w szklaną szybę.
-Płaczem nic nie wskórasz! Chcesz znów być pośmiewiskiem? Odrzudkiem? Bierz się dziewczyno za siebie! Nie jesteś warta łez.
Uderzyła się w twarz. Tak po prostu. Chciała się ukarać.
-Jesteś nikim...
Powiedziała już znacznie ciszej odchodząc od lusterka.
Przemyła twarz zimną jak lód wodą. Uspokoiła się. Zaczęła znów myśleć racjonalnie.
Przygotowując sobie śniadanie ujrzała półkę z trofeami, których wcześniej dziwnym trafem nie zauważyła. Było na niej wiele pucharów, czy medali. ~Mój dziadek był kimś..~ Pomyślała jedząc kanapkę.
Dochodziła czternasta. Chwilę wytchnienia nad kubkiem kakao przerwał wchodzący z reklamówkami Ricardo.
-Uff, nareszcie.
Powiedział odkładając torby i siadając na fotelu. Fotel, ach ten fotel... Był niczym tron. Zajmował centralne miejsce w salonie. Ricardo uwielbiał na nim przesiadywać. Choć był już stary i nie wyglądał idealnie, kochał go. Miał z nim związane wiele wspomnień.
-Rozmawiałem z różnymi ludźmi u mnie w pracy, chcąc załatwić Ci posadę. Od kilku dni poszukiwany jest dobry fotograf do zrobienia sesji zdjęciowej. Miałyby to być zdjęcia do kalendarza. Nie płacą za dużo, ale to chyba lepsze niż nic.
-A komu ja bym te zdjęcia robiła?
Spytała wyciągając rzeczy z toreb.
-Kilkorgu chłopakom z Barcy B. Tak na początek. Jeśli się spodobają, te same zrobisz już piłkarzom Barcy.
Pasuje taki układ?
-Lepsze to niż nic.
Powiedziała jakby od niechcenia.
-Jeśli Ci nie pasuje, powiedz.
-Nie, jest ok. Głodny? Przygotuję pastę z pomidorkami.
Jak powiedziała tak też zrobiła.
Niedziela, jak niedziela. Najbardziej leniwy dzień w tygodniu. Ktoś kiedyś powiedział,  że niedziela to dzień święty. Święty, owszem. Jest idealny do odpoczęcia po dynamicznym weekendzie i nabrania sił na następne pięć dni. Za to mu dziękuję.
-Disiu!
Krzyknął Ricardo wyciągając nos spod gazety.
-Tak?
Ukazała mu się postać wychodząca z pokoju.
-Pójdź proszę do sklepu. Dziadziusiowi się ciasteczek zachciało...
Ricardo nie odmawiał sobie. Choć lekarze nie raz go straszyli zawałem, cukrzycą czy innym choróbskiem, on robił to na co miał ochotę. Ciasteczko? Proszę bardzo! Chipsy? Czemu nie! Dżemik? Ależ oczywiście! 
Nie miała nic do gadania. Wzięła pieniądze, kurtkę, bo robiło się już zimno i wyszła.
Krocząc ciemnym korytarzem usłyszała miły niski głos za swoimi plecami.
-Hola! Diana! Gdzie tak biegniesz?
Odwróciła się.
-O, cześć Nathan. Do sklepu idę. Dziadkowi się ciasteczek zachciało...
Powiedziała i uśmiechnęła się.
-Mogę Ci towarzyszyć?
-A nie śpieszy Ci się?
-Dla Ciebie zawsze znajdę czas.
Sklep znajdował się kilka minut od kamienicy. Mały, żółty kwadracik z milionem kwiatów. Czy to w donicach na parapecie, czy obok ławek, czy wsadzone wokół dróżki prowadzącej do małego stawu.

W stawie tym pływało mnóstwo kaczek, które bez problemu dawały się karmić i głaskać.
Sklep od lat był prowadzony przez tego samego pana. Alejandro, przejął sklep po swoim ojcu w wieku 20 lat, teraz ma 64 i nadal radzi sobie świetnie.
-Dzień dobry panie Gonzalez.
Powiedział na przywitanie Nathan.
-Oo, witaj Nathan. Czego dziś potrzebujesz? Oo, a kim jest Twoja prześliczna towarzyszka?
-To jest Diana.
-Diana Nevárez.
Poprawiła szybko dziewczyna.
-Nevárez? Ta Nevárez?
Zdziwił się sprzedawca.
-Tak. Od pana Ricardo. To jest jego wnuczka.
-O mamma mia! Cóż za szczęście mnie spotkało! Widzieć krew z krwi Nevárezów! Pozwól, że Cię uściskam!
Wyszedł zza jasnej lady i przytulił brunetkę. Wywołało to strach, który już krótką chwilę potem przerodził się w szczęście. Nie przerywała mu, choć nie wiedziała czemu jest obiektem takiego zadowolenia i sympatii. ~Czego dziadek mu o mnie nagadał?~ Przemknęło jej przez myśl.
-Przepraszam jeśli pozwoliłem sobie na zbyt dużo, ale po prostu nie mogę uwierzyć. Czego potrzebujesz mała Barbaro?
Myślała, że się przesłyszała? Barbaro?
-Jak mnie pan nazwał?
Spytała by się upewnić. ~Może się pomylił~
-Przepraszam jeśli Cię to uraziło. Czyż Barbara nie była twoją babką? Żoną Rica?
-Tak, ale pierwszy raz spotkałam się z takim nazwaniem mnie...
-Pani Nevárez to była bardzo poczciwa kobieta...
Już zaczął by się wykład o tym jaka to była, a jaka nie była Basia. Gonzalez był w mówieniu bardzo dobry. Nie jeden już przy nim wymiękł. To samo stałoby się z Dianą i Nathanem, gdyby ten drugi nie przerwał monologu...
-Przepraszam jeśli się wtrącam..
-Owszem! Nie uczyli, że nie przerywa się starszym?
-Przeprosiłem. Mi i Dianie bardzo się śpieszy. Jeśli byłby pan w stanie dać jakąś paczkę ciasteczek bylibyśmy bardzo wdzięczni.
-Czy to prawda?
Spytał spoglądając na Dianę.
-Tak. I jeśli można było prosić o takie w czekoladzie...
-Jak chcecie... Proszę. To ostatnia paczka.
Podając położył ręce na blacie.
-Dziękuję bardzo.
Opuścili sklep.
-Uff, nareszcie. Dziękuję, że mu przerwałeś. Ja bym pewnie stała i czekała, aż skończy.
-Nie ma sprawy. Ale chcę coś dostać w zmian...
-A co masz na myśli?
-Film? Dziś. U mnie. 20?
Spojrzała na zegarek.
-Tylko zaniosę ciastka.
I jego i ją ten pomysł bardzo zadowolił. Rozstali się na korytarzu.
-Proszę.
Mówiąc udała się do pokoju, w celu założenia lepszych ciuchów.
~Wiem, że to nie jest randka, ale przydałoby się lepiej wyglądać.~
Pomyślała zakładając lepszy podkoszulek. Wiedziała,  że podkreśla on jej walory. Kolor idealnie komponował się z karnacją i kolorem włosów, a wcięcie u szyi uwypuklało jej biust. Jeszcze tylko ładniejsza biżuteria i fryzura i jest gotowa.
-Disiu!
Krzyknął Ricardo widząc krzątającą się z pokoju do łazienki wnuczkę.
-Wybierasz się gdzieś?
-Tak.
Odpowiedziała i wyszła z pokoju.
-Mogę wiedzieć gdzie?
-Do Nathana. Tu obok.
-Do Nathana... Dobrze. Tylko nie zapomnij o jutrzejszym pierwszym dniu pracy.
-Pamiętam, pamiętam. Już nastawiłam budzik.
-Ślicznie wyglądasz.

***

W tym samym momencie, Nathan próbował ogarnąć mieszkanie. Robił to naprawdę rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Poprawiając fryzurę usłyszał dzwoniący telefon.
-Słucham?
Odebrał poprawiając poduszki na kanapie.
-Hej, Nathan! Tu Alex. Pamiętasz, że masz jutro po mnie przyjechać?
-Jeju, Alex! Nie poradzisz sobie sam... Wiesz jutro te zdjęcia i trening...
-Obiecałeś!
-Dobra, będę, ale teraz muszę kończyć, czekam na kogoś.
-Na kogoś? Kim jest ta ślicznotka? Z Giną wreszcie skończyłeś?
-Nie... Poznasz ją jutro. Do wnuczka Ricardo.
-Ricardo? To on ma jeszcze jakąś rodzinę?
-No najwyraźniej nie mówił nam wszystkiego. Dobra. Do rana.
-Miłego wieczoru.. I nocy .
Rozłączył się. ~Głupek~ pomyśleli oboje. Nie zdążył odłożyć telefonu, gdy usłyszał dzwonek u drzwi.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
-Nie, skąd. Wchodź.
Mieszkanie niczego sobie. Bardzo ładne i duże. Większe niż Naváreza. Duży, jasny salon otwarty na kuchnię. Trzy pokoje, balkon, mini siłownia. Choć widać, że nie mieszka tu kobieta.
-Wiec jaki typ filmu preferujesz? Horror? Komedia? Musical? Choć muszę powiedzieć, nie mam żadnego musicalu...
-Nie szkodzi. Nie przepadam za takim typem filmu. Może komedia, na początek?
-Dobrze.
Film wybrany, popcorn się robi. Czas na podziwianie mieszkania.
-Nie krępuj się.
Powiedział widząc rozglądającą się Dianę.
-Ktoś tu naprawdę musi lubić Barcelonę. A w szczególności Alexisa Sancheza.
Powiedziała wskazując na różne zdjęcia wiszące na tablicy korkowej przy książkach.
-Tak, mój brat jest jego fanem. Chyba największym.
-O nie, nie! Jeśli chodzi o Sancheza, to nie ma większego fana ode mnie.
Zaśmiała się i chodziła dalej po domu.
~I w co ja się pakuję? Ona się w nim kocha?~ Myślał
-Ej! A no co mu jego zdjęcia nawet w sypialni? I to jak jest z jakąś dziewczyną...?
-Mówiłem, że ma fioła. Bywa tak.
-Masz brata geja?
Spojrzała na niego wychodząc z sypialni.
-Mi możesz powiedzieć. Jestem tolerancyjna.
-Spokojnie. Z tego co wiem to woli płeć przeciwną.
-Mam nadzieję, że ty też?
Spojrzała na niego podejrzliwie. Nie odpowiedział jej. ~O kurde! On jest gejem! To jego pokój! Ale spokojnie, Diana, uspokój się... Jesteś tolerancyjna, pamiętasz?~
Usiedli wygodnie na kanapie. Film właśnie się zaczynał. Zapowiadało się przyjemnie.
Fabuła filmu może banalna i prosta, ale największą uwagę przyciągają główni bohaterowie.
-Jeju, jaki on śliczny...!
Wyrwało jej się. Szybko zasłoniła usta obiema rękami.
-Znaczy...
-Spokojnie. Nie denerwuj się.
Wybuchnęli głośnym śmiechem. ~Ale ona jest urocza~ Myślał przyglądając się wpatrzonej w aktora brunetce. ~Mam szczęście, że poznałem ją jako pierwszy. Mój okropny brat od razu by ją w sobie rozkochał.~
~On pewnie nie wie, że czuje jego wzrok na moim ciele... Jest zabawny. Fajnie byłoby się do niego zbliżyć...~
Film powoli dobiegał końca. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Po kilkunastu minutach im oczom ukazał się napis "the end".
-I jak się film podobał?
-Bardzo. A ten aktor... Cudo!
Zaśmiała się.
-To już słyszałem.
Zapadła cisza. Cisza, której oboje tak się bali. Im cisza trwa dłużej tym trudniej ją przerwać. To prawda.
-Too... Jakie plany na jutro?
-Jutro zaczynam pracę. Może nie jest to moja wymarzona, ale zawsze coś. Dziadek pomógł mi ją załatwić.
-Jesteś tu dopiero drugi dzień, a już masz prace? Szybka jesteś.
-Nie lubię tkwić w miejscu. A ty? Jak jutro spędzisz dzień?
-Rano jadę po brata. Wraca z Grecji. Był z kolegami na krótkim odpoczynku. A później na trening i jeszcze będą nam zdjęcia robili. Nie bardzo to lubię.
-Oj, fotografia jest bardzo fajna. Może kiedyś Cię do tego przekonam.
Siedzieli i rozmawiali tak dobre trzy godziny. Nawet nie zauważyli, gdy wybiła pierwsza w nocy.
-Będę już szła, rano praca, jeszcze dziadek pewnie się martwi...
-Znam to. No cóż. Przynajmniej mile spędziliśmy czas. Powtórzymy to?
-Oczywiście, wiesz gdzie mieszkam.
Zaśmiała się i przyjacielsko pocałowała chłopaka w policzek.
~Już nigdy go nie umyję.~
-Do jutra. A właściwie, do później.
-Tak, do zobaczenia.
Wyszła zamykając za sobą drzwi. Dziadek już spał. ~Dziwne, myślałam, że będzie czekał...~ Zasnął, bo wiedział, że Dianie w towarzystwie Nathana nic się nie stanie. Miał rację.

piątek, 10 maja 2013

1. Czas zacząć wszystko od nowa...

 Droga donikąd.

To niesamowite, że pojawiają się w naszym życiu osoby, które są w stanie przysłonić nam resztę świata. Osoby, bez których życie nie miałoby sensu. Osoby, bez których nie wyobrażamy sobie dalszego funkcjonowania. Osoby, dla których jesteśmy w jednym, najmniej oczekiwanym momencie zdolni rzucić wszystko, nie zważając na konsekwencje, czy problemy. Osoby, o których od początku wiedzieliśmy, że odegrają ważną rolę w naszym życiu i trudno będzie się ich pozbyć. Te oto osoby śmiało możemy nazwać przyjaciółmi. Przyjaciółmi nie na pięć minut, nie na rok czy dwa, a na zawsze. A zawsze to nie jest takie zwykłe słowo. Zawsze to obietnica. I choćby nasze życie waliło się i nie widzielibyśmy już żadnych pozytywów, oni będą przy nas, będą zawsze.
Diana była wielką szczęściarą. Miała przy sobie dwóch pełnoetatowych Aniołów Stróżów. Ángeles de la guarda, bo tak ich czule nazywała byli dla niej wszystkim. Wiedziała, że jeśli będzie miała najmniejszy problem, oni jej pomogą. Anioły te nosiły imiona Laura i Filip...

***

Diana mieszkała w centrum Wrocławia wraz ze swoimi przyjaciółmi Laurą i Filipem. Mieszkanie to nie było za duże. Raczej przeciętne. Ale coś jednak wyróżniało go z tłumu... Na trzecim piętrze, na końcu korytarza, za ciemnymi olchowymi drzwiami mieszkały nad wyraz oryginalne i przyjacielskie osoby. Atmosfery w mieszkaniu numer 9 nie jeden by pozazdrościł.
Mieszkanie urządzone bardzo starannie, ale bez większego przepychu. Krótki korytarz prowadził na otwarty salon z kuchnią. Po prawej stronie znajdowały się trzy pary drzwi. Drzwi za którymi znajdowała się inna, barwna osoba.
Pierwszy pokój należał do wysokiej, krótkowłosej blondynki.
Laura była osobą bardzo dynamiczną i trudno było nad nią zapanować. Na początku problem mieli z nią rodzice, a teraz współlokatorzy. Nie chciała ułatwiać życia ani sobie, ani innym. Uważała, że przetrwają tylko najtwardsi. Wychowała się w centrum miasta. Jest typowym mieszczuchem. Nie wyobraża sobie, gdyby miała przesiąść się w taksówki na rower. Jej rodzice, uczyli ją tego, że ma nie przejmować się innymi. Że jeśli będzie litowała się nad innymi, sama nic nie osiągnie. Na taką też osobę wyrosła. Chciała mieć wszystko co najlepsze dla siebie. Ale już nie raz przez takie zachowanie wpakowała się w niezłe kłopoty... Postanowiła, że się zmieni, ale nie jest łatwo oduczyć się czegoś, co siedzi w Tobie od początku... Rodzice Laury są wpływowymi biznesmenami. Praca już kompletnie ich pochłonęła. Nawet nie wiadomo, gdzie dokładnie się znajdują. Ostatnim razem gdy Laura ich szukała, dowiedziała się, że aktualnie pracują w Japonii. Co miesiąc przesyłają jej pieniądze i to jest jedyny oznak ich życia... Blondynka nie przejmuje się już tym tak. Cieszy się wolnością, którą już tak dawno pragnęła... Studiuje prawo, jest na pierwszym roku. Marzy o karierze prawniczej. Powinno jej się to udać. Jest w tym naprawdę dobra.
Drugi pokój należy do Diany.
Diana znacznie różni się od swojej przyjaciółki. Jest ciemnooką brunetką o egzotycznej urodzie. Jej dziadek Ricardo, urodził się w Hiszpanii. To po nim ma oryginalną urodę. Jej mottem życiowym jest twierdzenie :" Nunca hice una búsqueda en la fuerza de la felicidad. Aparecerá en el momento menos esperado y volcar su vida al revés." Te słowa tkwią w niej od zawsze, a znaczą : "Nigdy nie szukaj szczęścia na siłę. Ono pojawi się w najmniej oczekiwanym momencie i wywróci Twoje życie do góry nogami". Mawiał tak jej dziadek, którego tak bardzo jej brakuje... Jej rodzice i młodsza siostra Maja zginęli w wypadku samochodowym trzy miesiące temu. Jechali obejrzeć jej nowe mieszkanie. Niestety nigdy go nie zobaczyli... Została sama. Nie miała już nikogo. Jedyne osoby jakie miała przy sobie to Laura i Filip. Ale oni mieli własne życie. Nie chciała być od nich zależna. Na pogrzebie rodziców jej wujostwo, zaproponowało jej przeprowadzenie się do nich, do Londynu. Nie chciała. Ostatecznie przeprowadza się do dziadka... Nie była wzorową uczennicą, co bardzo przeszkadzało jej rodzicom. Zdała maturę przeciętnie, na studia nie chciała iść. To nie było priorytetem. Szczególnie w jej sytuacji. Interesuje się fotografią i piłką nożną. Z tymi pasjami wiąże przyszłość. Wraz z Filipem kibicuje Fc Barcelonie.
Ostatni pokój to pokój Filipa.
Najstarszego z całego towarzystwa. Filip nigdy nie mógł narzekać na brak kobiet w swoim życiu. Zaczynając od dwóch starszych sióstr, z którymi się wychował, poprzez koleżanki z piaskownicy, czy ze szkoły, a kończąc na współlokatorkach. Był prawdziwym magnesem na baby. Zawsze zastanawiał się, co jej tak do niego ciągnie, ale nie doszedł do prawidłowej odpowiedzi. Od najmłodszych lat przyjaźni się w Dianą. W dzieciństwie mieszkali obok siebie. Byli, a raczej nadal są jak rodzeństwo. Filip nigdy nie poznał swoich rodziców. Wie o nich tylko tyle, że porzucili go, gdy miał trzy lata. Byli uzależnieni od narkotyków i alkoholu. Zaadoptowała go rodzina, która była wręcz idealna. Dla nich zdrowie ich przybranego syna i dwóch własnych córek było najważniejsze. Kochali go najmocniej jak mogli. Zawsze był otoczony przez nich opieką. Byli wyjątkowi. Prawdziwych rodziców nie chce poznać. Wystarcza mu to co wie. Nie chce być taki jak oni. Żyje tak jakby ich nie było. Jego pasją jest muzyka. Interesuje się modą. Skończył szkołę muzyczną, gra na kilku instrumentach, najbardziej przypasowała mu gitara. Uwielbia nią uwodzić dziewczyny, wie że to na nie działa...

***

Wychodzę do sklepu! Chcecie coś ?
Spytała zakładając bluzę i poprawiając swoje jasne włosy.
-Nie.. Kup tylko kakao, jak możesz.
Odpowiedziała jej Diana .
-Dobrze.
Dorzuciła i wyszła z mieszkania. Dzień był nad wyraz pochmurny jak na czerwiec. Prawda, choć kalendarzowego lata jeszcze nie było, to pogoda pozwoliła przyzwyczaić się do pięknego słońca i wysokiej temperatury.
-Szkoda, że nas zostawiasz..
Zaczął Filip.
-Będzie nam Ciebie brakowało...
-Filip, wiesz, że sama sobie nie poradzę.. Wiesz w jakiej jestem sytuacji. Muszę wyjechać.
-Rozumiem Cię. Tylko nie chce, by kilometry, które będą nas dzieliły zmieniły nasze relacje.
-Wiesz, że ty i Laura jesteście dla mnie najważniejsi. Już zawsze tak będzie. Pamiętasz ? Zawsze to nie takie zwykłe słowo...
-Zawsze to obietnica.
Dokończył Malik.
-No właśnie. Będziecie mnie odwiedzać, ja będę przyjeżdżała do was. Będzie dobrze.
Wpadli sobie w ramiona. Oboje wiedzieli, że między nimi nie ma zwykłej przyjaźni, między nimi jest coś magicznego. Coś co nie zdarza się często. I, że nigdy to się nie zmieni..

***

Te dwa tygodnie minęły nim ktokolwiek się spostrzegł. Dni leciały nie ubłagalnie. Dlaczego to wszystko tak szybko mija? Nasze życie mija nim zdążymy się nim nacieszyć. Czas to taki ponury pan, który nie pyta się nikogo o zdanie, po prostu idzie, zabiera nam cenne minuty i sprawia, że stajemy się starsi. Jemu życie przeminęło dosłownie w kilka chwil i teraz kradnie je innym. Samolub, pomyślałby każdy. Ale nie, on jest samotny i myśli, że skoro on taki jest to każdy tak się czuje i więcej czasu nie jest nikomu potrzebne.
Dzień był zwariowany od samego początku, jakby zapowiadał przełom w życiu Diany. Czuła się wspaniale, wiedząc, że zobaczy swojego dziadka i że zacznie wszystko od nowa, ale również wiedziała, że coś się kończy... Laura z Filipem nie pozwolili tak po prostu odjechać Dianie, nie, nie byli by wtedy sobą. Zabrali się z nią. Choć na te dwa dni chcieli być z nią.
Walizki w samolocie. Można ruszać. Siedzieli w milczeniu. Jakby wiedzieli, że już nie będzie jak dawniej. Mijały minuty, cel był coraz bliżej.
-Laura, nie maluj tych paznokci! Śmierdzi to!
Powiedział Filip zatykając nos.
~Nareszcie! Nareszcie ktoś się odezwał~ pomyślała Diana spoglądając na przyjaciół.
-Jak coś Ci nie pasuje to przesiądź się. Musze ładnie wyglądać w Hiszpanii. Mam zamiar znaleźć męża, w odróżnieniu od Ciebie dbam o moją przyszłość.
-A kto niby by Cię chciał? Patrzyłaś dziś w lustro? A tak, zapomniałem, trzy godziny tam siedziałaś!
Wrzasnął, aż wszyscy ludzie na niego spojrzeli. Takie kłótnie to był standard. Potrafili kłócić się godzinami o byle sprawę. Ale przyjaźnili się, musieli.
-Przynajmniej wyglądam jak człowiek, a nie jak niedorozwój.
Powiedziała wskazując palcem na Filipa.
-Uspokójcie się!
Powiedziała Diana.
-Cieszę się, że w końcu od was odpocznę. Mam dość tych waszych sprzeczek...
-Ale Dianuś, ty wiesz, że to tak na żarty...
-Dokładnie. My to lubimy.
Dopowiedział Filip.
Nie odpowiedziała. Całą podróż wlepiała swoje brązowe oczy w szybę. Nie zwracała już nawet uwagi na głupie komentarze Laury i Filipa.

***

-Diana, wstawaj jesteśmy...
Powiedziała Laura szturchając lekko przyjaciółkę. Nawet nie zauważyła kiedy zasnęła. Wyjrzała przez okno. ~W końcu!~ pomyślała.
Wyszli z samolotu. Nie było dużo ludzi, wręcz przeciwnie, kilkoro. Ale nigdzie nie mogła dopatrzeć się swojego dziadka.
-Pewnie zapomniał...
Powiedziała zmartwiona kierując się do wyjścia.
-Diana, ja Ci czegoś nie powiedziałem...
-Tak Filip?
~No nie! Co on znów zmalował?~ Pomyślały jakby się umówiły Laura i Diana.
-Pamiętasz, jak miałem zadzwonić do Twojego dziadka i powiedzieć mu, żeby po nas przyjechał? Zapomniałem...
-Filip! Zabiję Cię!
-Przepraszam, ale przyszła Zuza i tak wyszło...
-Bez szczegółów proszę. Dobra, jakoś trafimy...
Filip to Filip. Jakby o czymś nie zapomniał nie byłby sobą. Takie "wpadki" to jego specjalność.
Po paru godzinach błąkania się po Barcelonie znaleźli się pod kamienicą. Ale nie była to kamienica jak w Polsce. Wręcz przeciwnie. Piękna biała kamienica, skalniak przed wejściem i park. Prześliczna okolica.

 -Tu jest jeszcze piękniej niż pamiętam...
Powiedziała Diana.
Kręte, drewniane schody prowadziły na drugie piętro. Zatrzymali się przed jasnymi, dużymi drzwiami. Drzwiami mieszkania numer 12.
Zapukała. Tuż po otworzeniu drzwi ukazała jej się postać starszego pana po sześćdziesiątce.
-Diana?
Zapytał z niedowierzaniem. Nie usłyszał odpowiedzi. Poczuł tylko ciepłe ręce na swoim ciele. Diana rzuciła się na dziadka jak na najlepsze ciasto.
-Disia, dziecko moje... Jak dobrze, że dotarłaś cała.
Powiedział całując wnuczkę w czoło. Diana oderwała swoje ciało od dziadka i poprawiła włosy.
-Możesz ich nie pamiętać, to są Filip i Laura.
-Filip?
Spytał ze zdziwieniem i objął chłopaka jedną ręką.
-Tego brzdąca pamiętam. Nie da się o nim zapomnieć.
Ricardo zaśmiał się i popatrzył na ładną blondynkę.
-Tej panienki nie pamiętam.
-Tak, bo dość niedawno zaczęłam się z nią przyjaźnić.
-Niedawno?
Wtrąciła się Laura?
-Już z pięć lat będzie.
-Oj...
Podsumowała Diana.
-Gdzie dzieciaki macie walizki ? Przygotowałem już pokój dla Ciebie Disiu.
-Dziadku, nie mów tak do mnie... Właściwie mam tylko te dwie... Nie chciałam brać wszystkiego. Zawsze będę mieć pretekst, by pojechać do Polski.
-Prawda.
Dokończył Filip.
-No, to już wchodźcie.
Każdy wziął po swojej walizce i wszedł do niedużego mieszkania. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka i salon.
 Bardzo przytulnie i elegancko.
-Tu Disiu będzie Twój pokój.
Nie miała już siły poprawiać dziadka.
Pokój całkiem niczego sobie. Duże łóżko, biurko, kilka szafek na ubrania i lustro na całą ścianę.
 -Oczywiście jeśli coś Ci nie pasuje, od razu możemy to zmienić.
-Nie, jest w porządku. Naprawdę.
-Ciesze się. Jesteście głodni ?
Wszyscy chóralnie odpowiedzieli. A solistą w tym chórze był nie kto inny jak Filip. Było go słychać najlepiej.
Dziadek Ricardo przy obiedzie sypał żartami jak z rękawa. Był bardzo wyluzowany i dowcipny.
-A wy, na ile zostajecie? Na całe wakacje?
Spytał się Ricardo.
-Nie.
Zaczęła Laura.
-My tylko do jutra. Ja mam pierwszą sprawę, a Filip przesłuchanie do przedstawienia.
-Ooo, a czym się zajmujesz?
-Studiuję prawo. W przyszłości zostanę prawnikiem i będę wyciągać ludzi z największego bagna, takich na przykład jak Filip.
Zaśmiała się i szturchnęła przyjaciela.
-Oj, Filip to chyba grzeczny chłopiec...
-Tak, jak śpi.
Dorzuciła Diana.
-Na pewno nie jest tak źle. A ty Filip, czym się zajmujesz ?
-Ja? Ja tańczę i gram na gitarze. W niedzielę mam przesłuchanie do przedstawienia. Muszę mieć główną rolę.
-Artysta? To bardzo fajny zawód. Sam się tym zajmowałem, ale nie wyszło.
-Dziadek był piłkarzem.
Dopowiedziała Diana.
-Naprawdę?
-Tak, grywało się tu i uwadze. O, właśnie, dziękuje, że mi przypomnieliście. Disiu, możesz zapukać do drzwi na przeciwko i powiedzieć, że nie będę mógł jutro mu pomóc? On będzie wiedział o co chodzi...
-Dobrze. Pójdę.
Powiedziała i wyszła na zewnątrz.
Stanęła przed drzwiami i zapukała. Chwila minęła nim ktoś jej otworzył.
-Tak?
Powiedział brunet wpatrując się z nieznaną mu dotąd postać.
-Przysłał mnie mój dziadek, Ricardo i kazał panu, co ja mówię Tobie powiedzieć, że nie będzie mógł Ci jutro pomóc... Powinieneś wiedzieć o co chodzi.
-Dobrze rozumiem. I jaki pan. Jestem Nathan.
Wyciągnął przyjaźnie dłoń w jej stronę.
-No przecież się poprawiłam. Diana.
Ich dłonie się zetknęły, a oczy spotkały. Od tego momentu wszystko się zmieni... Wystarczy jedno spojrzenie, by wiedzieć w czyje oczy chce się spoglądać przez resztę życia.
 -Ricardo nic nie mówił, że ma taką ładną wnuczkę.
-Bo nie ma. Ma tylko mnie.
-Ty jesteś tą ładną wnuczką.
-Nie słodź, nie słodź.
Zakończyła Diana
-Natt, z kim tak rozmawiasz?
Podeszła do drzwi ładna Hiszpanka. Nie wyglądała na przyjazną. Wręcz przeciwnie. Jej wyzywający makijaż i ubiór sprawiał, że każdy miał o niej wyrobione zdanie.
-Jestem Diana.
Powiedziała wyciągając w jej kierunku drobną dłoń.
-Nathan, chodź do środka.
Nie dała możliwości na odpowiedź i wciągnęła chłopaka do mieszkania.
~Phi, co za baba!~ pomyślała wchodząc do mieszkania dziadka.
-I co? Był w domu?
-Tak, powiedział, że rozumie.
Dochodziła osiemnasta. Diana kończyła się wypakowywać i oswajać z myślą, że od dziś to jest jej dom. Filip z Laurą wyszli obejrzeć okolice, mieli na to tylko jeden dzień.
-Disiu, zapewne chcesz pójść z przyjaciółmi na miasto. Masz tu kilka euro i klucze. Zabawcie się.
Powiedział kładąc pieniądze i klucze na biurku. Nie chciała się sprzeciwiać. Było to jej potrzebne.
Po wyjściu w kamienicy nie trudno było znaleźć Filipa z Laurą.
~Co za głupek~ Zaśmiała się w duszy i podeszła do Filipa, który stojąc na stole od ping-ponga mówił swoją rolę na niedzielne przesłuchanie. Wszyscy obecni patrzyli na niego jak w obrazek, a Laura zwijała się ze śmiechu siedząc na ławce.
-Co tu się dzieje ?
Spytała Diana siadając obok blondynki.
-Patrz z kim my się zadajemy!
Powiedziała śmiejąc się bez przerwy.
-On jest szalony!
-Nienormalny wręcz bym powiedziała.
Tylko człowiek szalony jest wstanie osiągnąć wszystko, nawet to co niemożliwe. Filip osiągnie wszystko, wystarczy, że będzie chciał.
Minęło kilka minut nim Filip zszedł ze stołu. A schodził kilka razy, bo brawa, które tak uwielbiał wołały go znów na "scenę".
-I jak wam się podobało? Powiedźcie, że bardzo.
-Byłeś najlepszy.
Powiedziała Diana.
-Raczej przeciętny.
Dopowiedziała Laura.
Chwile trwały sprzeczki między Laura, a Filipem, gdy wreszcie ucichły i we troje wybrali się zwiedzać miasto.
Barcelona to naprawdę śliczne miasto. A w nocy, gdy wszystkie lampy świecą jasnym światłem po prostu widok zapiera wdech w piersiach.
Sagrada Familia, Font Mágica czy Park Montjuic, to tylko nieliczne z poznanych miejsc. Było by ich więcej, gdyby nie to, że zrobiło się naprawdę późno. Gwiazdy świeciły niemiłosiernie, tak samo jak wiał wiatr. Zimne powietrze tylko zachęcało do powrotu do domu.
-Cii, żeby dziadka nie obudzić.
Mówiła Diana powoli otwierając drzwi. Obeszło się bez większych hałasów, ale ku ich zdziwieniu Ricardo stał przy drzwiach.
-Czy wy wiecie, która jest godzina?!
Spytał zły.
-Mówiłeś, że mamy się zabawić..
-Tak, ale nie do godziny 05:38!
Wrzasnął.
-Oj, Panie Ricardo...
Dokończył Filip i wszedł do pokoju Diany. To samo zrobiła Laura i Diana.
-Zaczyna się.
Powiedział do siebie Ricardo.

***

-Filip!
Krzyknęła Diana.
-Bierz tę nogę ze mnie!
-Nie krzycz...
Co prawda, wziął nogę, ale przytulił się do Diany i objął ją jedną ręką.
-Ooo, jak wy ładnie wyglądacie.
Powiedziała Laura, która właśnie weszła do pokoju.
-Lepiej go budź. Za dwie godziny mamy samolot.
-Co?!
Powiedział wracający do życia Filip. Zerwał się z łóżka na równe nogi i zaczął szukać swoich rzeczy.
-Przecież nie zdążę!
-Nie przesadzaj, dwie godziny...
Wybiegł do łazienki. To nie był dobry znak, mógł tam siedzieć pół dnia. Na szczęście odbyło się bez większych posiedzeń.
Dochodziła dwunasta. Pół godziny do samolotu. Niby wszystko gotowe, ale nikt nie pomyślał o tym, że w pół godziny nie dojadą na lotnisko.
-Dziadku, masz samochód? O tej godzinie równe z cudem będzie złapanie taksówki...
Zaczęła Diana.
-Nie, w moim wieku nie dał bym rady prowadzić samochód... Ale mój sąsiad może was zawieść... Poczekajcie, pójdę do niego.
Nie minęły dwie minuty, a dziadek pokazał się z sąsiadem, jak się okazało, był to Nathan.
We troje wraz z Nathanem udali się do jego samochodu. Przez całą drogę, Filip zarzucał Laurze, że to jej wina, że muszą się spieszyć. Nic nowego.
Droga na lotnisko trwała kilkanaście minut. Trzy minuty przed odlotem samolotu byli na miejscu.
-Będę za wami tęskniła...
Powiedziała Diana, której łzy napływały do oczu.
-Dianuś... Zobaczymy się za kilka miesięcy, zresztą jest jeszcze skype.
-Ale to nie to samo. Będzie mi brakowało waszych kłótni, wszystkiego co jest z wami związane...
-Chodź tu do mnie.
Przyjaciółki rzuciły się sobie w czułe objęcia, do których już za kilka sekund przyłączył się Filip,
-Lepiej już wchodźcie.
Powiedział Nathan, który do tej pory stał z boku.
-Tak...
-Do zobaczenia.
Zniknęli. Zniknęli za białymi drzwiami. Przetarła łzy, które za wszelką cenę chciała ukryć.
-Wszystko w porządku?
Spytał Nathan podchodząc do brunetki.
-Tak. Zawieź mnie do domu.
Powiedziała stanowczo i ruszyła w stronę samochodu.
-Diana...
Zaczął kierując się do domu.
-Powiedz mi coś o sobie. Na długo tu zostajesz?
-Nic ciekawego o mnie nie da się powiedzieć... Jestem normalną dziewczyną. Chyba na zawsze... Przynajmniej mam taką nadzieję...
-Na stałe? Fajnie, będziemy mogli się lepiej poznać. Nie przesadzaj, na pewno jest coś co Cię wyróżnia spośród innych...
-Wątpię. Może z czasem mnie lepiej poznasz...
-Mam taką nadzieję. Masz ochotę na pizze?
Nie usłyszał odpowiedzi. Ujrzał tylko uroczy uśmiech na twarzy Diany. Pizzeria nie była daleko. Już po kilku minutach siedzieli na przeciwko siebie i czekali na zamówioną pizze.
-Teraz ty mi powiedz coś o sobie.
Zaczęła Diana.
-Ja to mam dopiero ciekawe życie.
Zaśmiał się.
-Mieszkam w Hiszpanii od trzech lat, razem z bratem. Przeprowadziłem się tutaj, bo rodzice chcieli bym miał lepsze życie, a ja nic nie robię. Ledwo skończyłem szkołę, nie pracuję. Jakby rodzice wiedzieli co robię, na pewno nie byli by zadowoleni.
-I tak całymi dniami siedzisz w domu?
-Nie, gram w piłkę. W Barcelonie B. Nawet mi wychodzi.
-Uuu, znam piłkarza.
Uśmiechnęła się i odgarnęła włosy z czoła.
-Heh, piłkarza. Chciałbym nim być.
-A Twój brat jest starszy czy młodszy ?
-Starszy. Alex. Ma 24 lata. Też gra w piłkę.
-To uzdolnioną rodzinkę masz. Fajnie.
-A ty nie masz uzdolnionej ?
-Nie. Moi rodzice i siostra zginęli w wypadku samochodowym trzy miesiące temu...
-O, przepraszam. Nie wiedziałem.
-To dlatego tutaj się przeprowadziłam. W Polsce nie mam już nikogo.
Posmutniała. Trudno było jej o tym mówić. Jeszcze się z tym nie pogodziła... Chwilę milczenia przerwał kelner przynoszący pizze.
Po godzinie byli już pod domem. Robiło się późno, a Ricardo zapewne się martwił.
-Masz jakieś plany na jutro?
Zaczął Nathan wkładając kluczyk w zamek.
-Nie wiem. Dam Ci znać jak coś.
-Będę czekał na dzwonek u drzwi.
Kończąc mówić ukazała im się wychodząca zza ściany postać kobiety.
-Gina! Cześć.
Powiedział przytulając i całując dziewczynę.
-Diana, to jest Gina. Gina...
-Ta informacja nie jest mi do niczego potrzebna.
Powiedziała ironicznie dziewczyna otwierając drzwi  i wciągając tam swojego chłopaka.
-Tak, Diana...
Powiedziała sama do siebie, gdy zniknęli za drzwiami.
-I jak? Pojechali?
Spytał dziadek widząc swoją wnuczkę.
-Tak. Dziadku, pomożesz mi znaleźć pracę ?
-Pracę? Jeżeli potrzebujesz pieniędzy ja Ci dam, nie chcę, żebyś się przemęczała.
-Nie o to chodzi. Muszę coś robić. Nie potrafię wysiedzieć dłuższej chwili w domu.
-Dobrze.
Odłożył gazetę i spojrzał na wnuczkę.
-Powiedz czym się interesujesz. Co byś chciała robić.
-Interesuję się fotografią. Chciałabym się tym zajmować.

 -Z fotografią będzie ciężko... Naprawdę. Jutro idę do pracy, popytam czy nie będzie potrzebny fotograf.
-Pracujesz? Mówiłeś, że jesteś za stary na samochód, a pracujesz?
-Diana?! Na nie za dużo sobie pozwalasz? Moja praca nie jest ciężka. Ja tylko patrzę, oceniam i wyciągam wnioski.
-Przepraszam... Też bym tak chciała. Dobrze, jestem zmęczona. Od jutra zaczynam życie od nowa. Dobranoc dziadku...
Powiedziała znikając za drzwiami pokoju.
-Śpij dobrze Disiu.